Superbohater inny niż wszyscy, czyli „Brune” Håkon Øvreås, Øyvind Torseter

Podejrzewam, że każdy choć raz w życiu chciał zostać superbohaterem. Mieć niezwykłe moce i nieść pomoc potrzebującym. Albo chociaż wyglądać super w długiej pelerynie i masce na oczach. Mały bohater z powieści „Brune” udowadnia, że potrzeba niewiele, żeby zmienić się w mściciela i utrzeć nosa prześladowcom z sąsiedztwa.


Rune ma na głowie sporo zmartwień. Właśnie umarł mu dziadek, a wredni chłopcy z sąsiedztwa zniszczyli bazę, którą budował ze swoim przyjacielem. Leżąc wieczorem w łóżka wpada na genialny plan. Wskakuje w brązowe ubrania, jednym cięciem nożyczek przerabia stary koc na maskę i pelerynę, po czym uzbrojony w wiadro brązowej farby i pędzel Brune (po norwesku to po prostu brązowy) wyrusza wymierzyć sprawiedliwość. Już wktórce do brązowego mściciela dołączają przyjaciele - odziany na czarno Svartle i niebieska Blåse. 

W swojej powieści Håkon Øvreås porusza dwa wątki. Jeśli skupimy się na przygodach dzieciaków, które na własną rękę chcą się zemścić na starszych chłopakach, to „Brune” okazuje się ujmującą i szalenie zabawną historyjką o sile przyjaźni i poszukiwaniu sprawiedliwości. Do tego momentu wszystko się zgadza, a opowieść płynie wartko i sprawia przyjemność. Jednak autorowi zachciało się głębi i wmieszał w fabułę motyw śmierci dziadka. I w tym miejscu robi się smutno. Niestety wcale nie z powodu zgonu staruszka, ale dlatego, że dorośli zupełnie ignorują dziecięcą żałobę. Co prawda tata pyta ze dwa razy czy aby na pewno wszystko u syna ok, Rune odburkuje, że tak, więc jest po temacie. Mama zajmuje się swoją własną rozpaczą i tyle. Chłopak musi sobie radzić sam, bo nikt nie oferuje mu wsparcia. Nawet nie próbuje być obok, żeby poczekać aż w końcu dzieciak się przełamie i sam zacznie mówić o stracie. A Rune ma potrzebę mówienia, bo przecież zwierza się przyjaciołom, jest wyraźnie zagubiony i skołowany. Szkoda, że to duch dziadka we własnej osobie musi interweniować, bo najwyraźniej rodzice mają uczucia swojego synka w nosie.

Przesadzam? Być może, w końcu to tylko książka dla dzieci. Jednak nic nie poradzę na to, że nie podoba mi się zostawianie cierpiącego człowieka samemu sobie, bez względu na to ile ma lat. Niestety wychowanie i odpowiedzialność za potomka nie polega tylko na tym, żeby trzy razy dnia rzucić mu coś do jedzenia na talerz. Dlatego w wersji przygodowej „Brune” broni się fajnym pomysłem na zemstę i humorystycznym pomysłem, jednak w warstwie emocjonalnej powieść leży i kwiczy. Wypośrodkowując jest nieźle, choć mogło być zdecydowanie lepiej. Natomiast na plus wypada cała szata graficzna. Proste, minimalistyczne, ledwie liźnięte kolorem ilustracje Øyvinda Torsetera maja w sobie mnóstwo łobuzerskiego uroku i często wywołują szeroki uśmiech.

„Brune” trochę rozczarowuje podejściem autora do radzenia sobie ze stratą bliskiego człowieka. Jeśli przymkniemy oko na braki na poziomie podejścia do dziecięcych emocji, okazuje się, że historia brązowego mściciela jest ciepłą, zabawną i sympatyczną opowiastkach o trójce przyjaciół, którzy postanawiają wziąć sprawy w swoje ręce. Przyjemne dla oka ilustracje współgrają z tekstem i są jego ozdobą, a przy okazji podkręcają wyobraźnię. W takim razie czy warto przeczytać? I tak, i nie. Zdecydujcie sami.

💙💙💙
Håkon Øvreås, il. Øyvind Torseter, Brune, tłum. Milena Skoczko, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2020. 

Komentarze


Photobucket        

Mój instagram ♥