Poród w Oświęcimiu, czyli nie taki szpital straszny jak go malują

źródło


Od początku ciąży wiedziałam, że będę rodzić w oświęcimskim szpitalu. Co prawda opinie na jego temat są bardzo różnie, najczęściej negatywne, ale za tą placówką przemawiała najbardziej odległość. Szpital jest blisko więc miałam pewność, że jak tylko zacznie się akcja to zdążę dojechać, a w razie jakichkolwiek problemów ze mną czy z dzieckiem w ciągu 15 minut będą u mnie mąż lub rodzice.

Po niemal tygodniowym pobycie na oddziale położniczym muszę stwierdzić, że nie taki szpital straszny jak go malują. Jeśli ktoś oczekuje hotelu z basenem to będzie rozczarowany, bo sale aż proszą się o remont, a jedna łazienka z trzema prysznicami i dwiema toaletami to zdecydowanie za mało. Sale są sześcioosobowe, jednak panie położne starają się tak rozlokowywać pacjentki, żeby w każdym pokoju były maksymalnie trzy osoby, jeśli oczywiście warunki na to pozwalają. Jedzenie na oddziale nie jest złe, właściwie tylko raz obiad mi nie smakował. Wiadomo, że nie jest tak smacznie jak w domu, ale te kilka dni da się przeżyć, a porcje są na tyle duże, że rodzina nie musiała mi przynosić dodatkowego prowiantu. Co istotne na oddział nie są wpuszczane osoby postronne, więc mąż ani bliscy nie mogą wejść na sale. I dobrze, bo w trakcie tych pierwszych, najtrudniejszych dni połogu nikt nie kręci się po oddziale, a świeżo upieczona mama może uczyć się karmienia czy choćby wypoczywać bez skrępowania.

Ale tu nie o warunki chodzi, choć te tragiczne nie są, ale o czynnik ludzki, który w tak niezwykłym czasie jak poród i pierwsze chwile z dzidziusiem jest najważniejszy. Cały personel oddziału, czyli panie położne i panie salowe, to wspaniałe, ciepłe i sympatyczne osoby. Naprawdę byłam bardzo mile zaskoczona, że wszystkie panie z takim sercem podchodzą do pacjentek (no dobra, jedna jest miła, ale upierdliwa), są pomocne, uśmiechnięte i chętnie żartują. Potrafią stworzyć ciepłą atmosferę i dają poczucie bezpieczeństwa. Na oddziale noworodków panie położne również w większości są miłe (dwie z nich są niby uprzejme, ale chłodne i powściągliwe, żeby nie powiedzieć, że wredne), ale już nie tak bardzo jak na położniczym.

Sala do porodu rodzinnego jest duża i przestronna, wyposażona w nowe łóżko porodowe, wannę, worek sako i piłkę. Miałam nadzieję, że skorzystam z tych dobrodziejstw w trakcie porodu, ale niestety musiałam być podpięta do ktg i kroplówki, więc cały czas przeleżałam na łóżku. Od kilku miesięcy można w szpitalu skorzystać ze znieczulenia zewnątrzoponowego (wcześniej nie było takiej opcji), ale lista ewentualnych zagrożeń z tym związanych jest tak długa, że ja nie zdecydowałam się na znieczulenie, czego w trakcie porodu zdążyłam kilka razy pożałować, ale teraz jednak cieszę się, że wybrałam poród naturalny. Miałam ogromne szczęście, bo trafiłam na rewelacyjną położną, teraz z perspektywy czasu wiem jakie to ważne, żeby ta obca osoba budziła zaufanie, potrafiła dopingować i wspierać rodzącą. Również lekarz, który był przy narodzinach mojego synka okazał się dobrym profesjonalistą i sympatycznym człowiekiem (a nie wszyscy ginekolodzy w szpitalu tacy są). Ale i tak najbardziej się cieszę z tego, że był przy mnie mąż, który cały czas mnie wspierał i pomagał mi jak tylko mógł. Bez niego bym sobie nie poradziła.

Jeśli stan noworodka na to pozwala, to zaraz po urodzeniu maleństwo pozostaje z mamą w kontakcie skóra do skóry prawie przez dwie godziny. Pani położna pomaga dostawić dziecko do piersi, a neonatolog dokonuje pierwszej oceny dzidziusia na brzuchu mamy. Tak obiecywali na szkole rodzenia i tak faktycznie było. Przez cały ten czas szczęśliwy tata był razem z nami, a cały personel szpitala pozwalał cieszyć się pierwszymi wspólnymi chwilami w samotności, bez towarzystwa osób postronnych. Co jakiś czas pani położna zaglądała i dopytywała czy wszystko jest w porządku. Myślę, że miałam dobry poród (chyba go sobie wymodliłam :-)), taki który stał się niezwykłym wydarzeniem, a nie traumatycznym przeżyciem. Cały mój pobyt w szpitalu wspominam pozytywnie, więc jeśli zdecydujemy się kiedyś na rodzeństwo dla Ignacusia to z pewnością znów postawimy na oświęcimską porodówkę.