Imię dla dziecka, czyli nie taka znowu oczywista sprawa



Kiedy tylko potwierdziły się nasze przypuszczenia i oficjalnie wiedzieliśmy już, że za niecałe 9 miesięcy zostaniemy rodzicami od razu zaczęliśmy się zastanawiać jakie to nasze dziecko będzie. Po kim odziedziczy nosek, oczka, paskudny charakter. Czy będzie złośliwe jak mama, czy przemądrzałe jak tata. No i oczywiście czy będzie chłopcem czy dziewczynką. Przy okazji rozważań nad płcią małej fasolki zaczęliśmy się zastanawiać jakie imię wybierzemy dla naszego Malucha. Nawet nie przypuszczałam, że to będzie jedna z najtrudniejszych decyzji jakie musimy podjąć…

Zawsze lubiłam swoje imię i nigdy nie myślałam o tym, że chciałabym je zmienić. Imię męża również bardzo mi się podoba, bo zwyczajnie do niego pasuje. I nagle okazuje się, że muszę zdecydować jak nazwać małego człowieka, określić go imieniem, które będzie mu towarzyszyć przez całe życie. Ważnie nie tylko, żeby imię pasowało do nazwiska, ale żeby dziecko dobrze się z nim czuło, nie było ośmieszane i wyśmiewane, bo rodziców poniosła fantazja. A fantazji niestety nam nie brakuje!

Szybko okazało się, że z dziewczynką będzie łatwiej. Moja propozycja wymarzonego imienia dla córeczki nie spotkała się ze sprzeciwem Mateusza. To jedno było ustalone. Ale co będzie, jeśli okaże się, że nasz dzidziuś jest chłopczykiem? Trochę się naczekaliśmy, ale w końcu badania prenatalne potwierdziły, że będzie syn. Wróciliśmy więc do punktu wyjścia i znów zaczęliśmy analizować różne opcje. Od razu wiedzieliśmy, że Mały na pewno nie będzie Kevinem, Borysem, Alanem, Fabianem ani innym Denisem. Bo każde proponowane imię albo nam się głupio rymuje, albo jeszcze gorzej kojarzy.

Najlepsze w wybieraniu imienia dla dziecka jest to, że nagle uświadamiasz sobie ilu ludzi nie znosisz. Niemal każde imię kojarzy ci się z kimś, za kim generalnie nie przepadasz. Bo ten jest jakiś dziwny, tamta szurnięta i jakby przygłupia, a tego nikt nigdy nie lubił, bo potrafił zepsuć dzieciakom nawet najlepszą zabawę. Przez całe życie spotyka się setki osób, o których nawet się później nie pamięta. Ale cudze wady, przywary, słabości i irytujące zwyczaje naglę zaczynają ci się przypominać, kiedy w kontekście własnego dziecka pada konkretne imię. Zaczęliśmy więc szukać wśród ludzi, których lubimy (wbrew pozorom tacy też się zdarzają). Może nazwać Małego po dziadku, wujku, albo jeszcze dalszym przodku? Ewentualnie taka opcja nie byłaby najgorsza, dodatkowo dziadek chyba pękłby z dumy. Ale cóż z tego, skoro nie czuję, żeby do tego okruszka, który buszuje w moim brzuchu pasowało imię kogoś z rodziny.

Przy braku innych opcji należałoby uruchomić wyobraźnię i poszukać imienia idealnego gdzieś dalej i głębiej. Przekopałam się przez najczarniejsze kąty mojej świadomości, przejrzałam listę moich ulubionych muzyków, pisarzy, poetów i nic mi się nie spodobało! Od biedy dałoby się zrobić Sewerusa z Seweryna, Bena (po wujku Keniobim) z Benedykta albo Beniamina, ewentualnie Luka (po wujku Skywalkerze) z Łukasza. Chociaż ja najbardziej chciałabym chować małego Elessara. Pomysł nie byłby najgorszy, a z pewnością oryginalny, ale wystraszyliśmy się, że opieka społeczna odbierze dziecko niestabilnym emocjonalnie i nie do końca normalnym rodzicom.  Może jednak lepiej nie dekonspirować się na własne życzenie.

Zanim poziom mojej frustracji sięgnął zenitu mąż zaproponował ostatnie rozwiązanie. Ja napiszę na kartce pięć imion, które podobają mi się najbardziej, a on z tej listy wybierze jedno dla naszego synka. Sprawiedliwa propozycja, która nareszcie zakończyła się sukcesem. Właśnie taką historyjkę opowiem Ignacemu jeśli kiedyś zapyta skąd się wzięło jego imię :-)