piątek, 8 grudnia 2017

Solidarność jajników, czyli szalone przygody komiksowych przyjaciółek


Wydawnictwo Non Stop Comics z impetem wdarło się na polski rynek komiksowy i szybko podbiło serca komiksomaniaków. Świetne opowieści graficzne, które praktycznie można brać w ciemno oraz wysoka jakość wydania idą w parze z przystępną ceną. Jakiś czas temu zachwycałam się tym, że wydawnictwo w ogóle powstało (i z miejsca stało się moim wymarzonym miejscem pracy), teraz przyszła kolej na konkrety, czyli przegląd oferty Non Stop Comisc. I tak na pierwszy ogień idą komiksy o przyjaciółkach, które potrafią nieźle namieszać i zawsze stają za sobą murem. Solidarność jajników działa!



„Giant days” wpadł na listę moich ulubionych komiksów już od pierwszego kadru. Jako, że jestem fanką historii rozgrywających się w szkole byłam natychmiast kupiona. Co prawda tutaj akcja dzieje się w środowisku studenckim, ale trzy urocze bohaterki Johna Allisona dopiero rozpoczynają swoją przygodę na uniwerku. A trzeba przyznać, że są to wyjątkowo urocze i nietuzinkowe osóbki. Susan Ptolemy ucieka od przeszłości i ma zamiar zacząć wszystko na nowo, Daisy Wooton zupełnie nie radzi sobie z kontaktami międzyludzkimi i jest przy tym rozczulająco nieporadna, natomiast moja ulubienica Esther De Groot najczęściej znajduje się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, co generuje dziwaczne sytuacje, dlatego przyjaciółki nazywają ją królową dramy. 


Zderzenie zwariowanych charakterów bohaterek oraz ich życiowe doświadczenie sprawiają, że dziewczyny cały czas wpadają w nowe tarapaty, bywają wobec siebie złośliwe, ale jeśli wymaga tego sytuacja, to skoczyłyby za sobą w ogień. Tak powinno się opowiadać o babskiej solidarności! Historyjka związana z zemstą na kolesiach, którzy przedmiotowo potraktowali Esther jest tak genialna i komiczna, że mogłabym do niej wracać w nieskończoność! Ilustracje Lissy Treiman doskonale pasują do komediowej obyczajówki o grupce przyjaciółek. Cartoonowo-disneyowa kreska ilustratorki świetnie się tu sprawdza, tym bardziej, że Treiman doskonale oddaje mimikę i ekspresję bohaterek.

Perypetie Susan, Daisy i Esther śledzi się z największą przyjemnością. Scenariusz Alissona jest przezabawny, choć mocno trzymający się rzeczywistości, bo problemy bohaterek nie różną się wiele od problemów współczesnych młodych kobiet. Natomiast same dziewczyny są tak fajne, naturalne i rozkosznie urocze, że chciałoby się mieć obok siebie takie przyjaciółki. Bo „Giant days” to ciepła, sympatyczna i śmieszna obyczajówka, która, spodoba się wszystkim bez względu na wiek i płeć. Przetestowałam na domownikach. Wszyscy jesteśmy oczarowani i czekamy na kolejne zeszyty!

💙💙💙
John Allison, Lissa Treiman, Giant Days #1: Królowe dramy (tyt. oryg. Giant Days #1), tłum. Wojciech Góralczyk, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2017.



„Rat Queensto kompania do wynajęcia, która za odpowiednią opłatą zlikwiduje wszystkie twoje problemy. W świecie rodem z „Władcy Pierścieni” cztery diabelnie piękne, seksowne i niebezpieczne kobiety robią taką rozpierduchę, że aż miło. Słodka, malutka i niewyżyta Betty, zwariowana Dee, piękna krasnoludzica Violet i klnąca jak szewc Hannah to nie żadne mimozy, ani damy w opłatach, ale prawdziwe babki z jajami, które wiedzą czego chcę i mają odwagę sięgać po swoje.

Kiedyś dziewczyny chroniły Palisadę, teraz to one ściągają kłopoty ma miasto i niestety nie cieszą się popularnością wśród mieszkańców, chociaż są i tacy, który ratują im tyłki z opresji. Chociaż umówmy się, wojowniczki nie potrzebują niczyjej ochrony, bo same świetnie sobie radzą. Pewnego dnia Królowe Szczurów dostają zlecenie na zlikwidowanie goblinów żyjących w jaskini na obrzeżach miasta. W trakcie zadania sprawy nieco się komplikują, bo oto pojawia się zabójca w czerni, a nasze bohaterki orientują się, że wpadły w pułapkę…


Fabuła komiksu jest nie tylko zabawna, ale przede wszystkim bardzo dynamiczna. Szybko zmieniają się kolejne scenki, a czytelnik nie ma ani chwili na odpoczynek. Choć wydaje mi się, że przygody Królowych Szczurów są tu nieco na drugim planie, bo to dziewczyny i ich barwne osobowości dominują nad akcją. Jestem pewna, że gdyby Rat Queens były mężczyznami, to zostałyby nazwane seksistami, a jako silne babeczki, które potrafią utrzeć nosa każdemu, są po prostu przezabawne i mają w sobie mnóstwo ostrego uroku. Są silne, pyskate, wulgarne, bezpośrednie i bezczelne. A jednak pod zadziorną powierzchownością czai się delikatność i wrażliwe wnętrze. Jednak nie spodziewajcie się wielu tkliwych i czułostkowych momentów, bo dziewczyny radzą sobie lepiej z bronią niż uczuciami.

W „Rat Queens” czarny humor leje się równie często co mocne trunki, krew sika na prawo i lewo, a dziewczyny prowadzą nonszalanckie rozmowy o seksie. To wszystko sprawia, że komiks czyta się z dziką satysfakcją, głośno rechocząc z kolejnych żarcików. Do tego ilustracje Roca Upchurcha są tak piękne, że trudno oderwać od nich oczy. A już przedstawienie postaci Violet to prawdziwe mistrzostwo! Czego jak czego, ale tak ślicznej krasnoludzicy się nie spodziewałam (mam nadzieję, że jednak nie zapuści tej brody!). Oczekiwanie na koleją część należy sobie osłodzić kieliszeczkiem czegoś pysznego i sporą porcją komiksów z Non Stop Comics („Paper Girls” będą do tego idealne!).

💙💙💙
Kurtis J. Wiebe, Roc Upchurch, Rat Queens tom 1: Magią i maskarą (tyt. oryg. Rat Queens. vol 1 Sass And Sorcery), tłum. Kamil Śmiałkowski, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2017.





Wszyscy porównują „Paper Girls” Briana K. Vaughana i Cliffa Chianga z netflixowym „Stranger Things”. I faktycznie po lekturze komiksu muszę przyznać, że coś w tym jest. Przede wszystkim rewelacyjny klimat, dziwne wydarzenia i zamieszana w nie grupka dzieciaków. Ale to tylko ogólniki, bo to dwa osobne twory, które fajnie się uzupełniają. Albo inaczej, jeśli podobał wam się serial możecie brać komiks w ciemno. I odwrotnie, jeśli polubiliście „Paper Girls” to z pewnością zakumplujecie się z Dustinem i resztą (Steve rządzi! ♥).

Akcja komiksu rozgrywa się wczesnym rankiem 1 listopada 1988 r. Po mieście krążą jeszcze ostatnie grupki dzieciaków przebranych w Halloweenowe stroje, a dwustoletnia Erin właśnie wsiada na rower i zaczyna rozwozić gazety po swoim rejonie. Niedługo później dziewczynkę zaczepia grupka starszych chłopców, na szczęście z opresji ratują ją trzy koleżki po fachu, z zadziorną i pyskatą MacKenzie na czele. Dziewczyny postanawiają trzymać się razem, co jest zdecydowanie dobrym posunięciem, bo jeszcze nie wiedzą, że za zakrętem czeka na nie niesamowita przygoda.


Scenariusz Briana K. Vaughana jest tak zakręcony, że czytelnik, który wpadł po uszy razem z dziewczynami nie zawsze orientuje się o co chodzi. Jest zagubiony tak samo jak bohaterki, chodzi za nimi krok w krok i próbuje połapać się w sytuacji. A lekko nie będzie, bo obok podroży w czasie i przestrzeni, pterodaktyli, osobliwych ninja i obcych mówiących dziwnym językiem mamy jeszcze zwyczajne życie, czyli kawał konkretnej warstwy obyczajowej, która sprawia, że dziewczyny stają się nam jeszcze bliższe.

Zresztą interesujące bohaterki to póki co najmocniejsza strona „Paper Girls”, bo tom pierwszy to zaledwie wprowadzenie do szalonej fabuły, która podejrzewam, że jeszcze niejednym nas zaskoczy. Vaughan umiejętnie bawi się konwencją, czepie garściami z popkultury, a przede wszystkim tworzy genialny, nostalgiczny klimat, który jak magnes przyciąga czytelników. Bo lektura komiksu to nic innego jak czysta zabawa i powrót do cudownie beztroskich lat szczenięcych. I nawet jeśli uznamy, że niektóre motywy są ograne, banalne, a nawet głupkowate, to mimo wszystko od „Paper Girls” nie można się oderwać (zupełnie jak od „Stranger Things”, bo choć wszystko to już gdzieś było, a sezon drugi to praktycznie kopia sezonu pierwszego, to jednak cały czas podkochuję się w Stevie, uwielbiam Eleven, nie znoszę Joy i chętnie obejrzę wszystkie odcinki po raz kolejny).

Również Cliff Chiang spisał się na medal, bo jego świetne ilustracje podkręcają klimat i doskonale oddają emocje bohaterów. Rysownik manipuluje czytelnikiem za pomocą genialnie dobranych kolorów, które to są pyszną wisienką na torcie. Całość fabularnie i wizualnie wypada znakomicie. Co ciekawe magia Vaughana i Chianga działa zarówno na mnie, która wychowała się w latach 90., jak i na moją nastoletnią siostrę, która klimat tamtych lat zna jedynie z filmów. Krótko mówiąc przyzwoita rozrywka na przyzwoitym poziomie. Czegóż chcieć więcej? Kolejnych zeszytów!

💙💙💙
Brian K. Vaughan, Cliff Chiang, Paper Girls tom 1, tłum. Bartosz Sztybor, wyd. Non Stop Comics, Katowice 2017.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz