środa, 11 października 2017

Po przygodę, czyli komiksowe łobuziary rządzą!


Podobno obchodzimy dzisiaj Międzynarodowy Dzień Dziewczynek (ustanowiony w 2011 roku przez Zgromadzenie Ogólne ONZ). Co prawda do czytania fajnych komiksów nie potrzeba żadnej specjalnej okazji, ale korzystając z tak miłego dnia zapraszam wszystkich małych i dużych komiksomaniaków na przegląd trzech tomików o wyjątkowo przebojowych dziewczynkach.

Komiksy „Łauma” Karola Kalinowskiego, „Oto Tosia” Mart Falkowskiej i „Hilda i Troll” Luke'a Pearson'a mają ze sobą sporo wspólnego, choć scenariusz każdego jest oryginalny i jedyny w swoim rodzaju. Na pierwszy plan wysuwają się niesforne bohaterki – ciekawskie poszukiwaczki przygód, które kpią sobie z niebezpieczeństwa. Z sercem na dłoni i światłem w oczach czarują czytelników, zarażają radością i przypominają, że nigdy, ale to przenigdy nie wolno rezygnować z marzeń i zatracić w sobie dziecięcej ciekawości świata. Autorzy, którzy mówią własnym głosem i zachwycają pomysłowością, również mają jedną wspólną cechę – opowiadają historie z pogranicza jawy i snu, zachwycają niczym nieskrępowaną wyobraźnią, a także unikają niepotrzebnego moralizowania i dydaktyzmu. Nawet jeśli z opowieści płynie głębszy przekaz to jest on na tyle subtelny, że nie zrazi ani dzieci, ani dorosłych. Bo choć wszystkie wspominane komiksy powstały z myślą o młodych odbiorcach, to dorosłym czytelnikom również sprawią ogromną frajdę. A teraz konkrety…



Myślę, że nie będzie przesadą stwierdzenie, że „Łauma” Karola „KaeReLa” Kalinowskiego jest już komiksem kultowym (a jeśli nie jest, to za parę lat będzie). Prawdziwe cudo graficzne i fabularne. Bohaterką komiksu jest kilkuletnia Dorotka, która wraz z rodzicami przenosi się do Łojm, maleńkiej wioski położonej w sercu Suwalskiego Parku Krajobrazowego. Dorotka mieszkała wcześniej w dużym mieści, ale bez większego problemu adoptuje się w nowym otoczeniu. Mama zaczyna pracę w bibliotece szkolnej, a tatę pochłania remont domu, co przynosi mu mnóstwo radości. I wszystko byłoby idealnie, gdyby pewnego dnia tata nie zabił węża mieszkającego pod kredensem, który był przecież… A nie, tego zdradzić nie mogę!
KRL jest prawdziwym czarodziejem! Doskonale wyważył proporcje między tym co zwyczajne, a tym co niezwykłe. Szara codzienność rodziny, która zaczyna nowe życie na wsi miesza się tutaj z jaćwieskimi wierzeniami, ludowymi legendami, chowającą się między drzewami magią i tajemnicą. Scenki obyczajowe szybko zmieniają się w prawdziwie fantastyczną opowieść, w której wszystko jest możliwe. Elementy grozy i horroru łagodzi KRL solidną dawką humoru, który jest puszczaniem oka do dorosłych czytelników.

Proste, czarno-białe ilustracje Kalinowskiego mają w sobie mnóstwo uroku. Artysta świetnie radzi sobie z rysowaniem otoczenia, leśne kadry, najbardziej rozbudowane i szczegółowe są moim zdaniem najlepsze i to one tworzą klimat komiksu. Jeśli chodzi o bohaterów to na pierwszy plan wysuwa się oczywiście Dorotka - dziewczynka o czystym sercu, która choć przecież mała, ma w sobie tyle odwagi, że zawstydza swoich magicznych przyjaciół. Jej postać jest tak rozkoszna i sympatyczna, że czytelnik przez cały czas jej kibicuje. Ach, zapomniałam wspomnieć, że wszystkie wydarzenia poznajemy z pierwszej ręki, właśnie od Dorotki. KRL doskonale wczuł się w rolę małej, wymyślił dla niej świetną historię, a przede wszystkim pozwolił jej pozostać niewinną dziewczynką, która podąża za głosem serca. Cała jej relacja jest wiarygodna i faktycznie brzmi jakby opowiadało ją dziecko. Brawa dla autora!


Jakby tych zachwytów było mało muszą przyznać, że KRL ma doskonałe wyczucie i talent do opowiadania historii, potrafi utrzymać ciągłe napięcie, a zwroty akacji następują dokładnie w tych momentach, w których powinny. Do tego dochodzi niesamowita atmosfera cudów, czarów i dziwów oraz obłędne ilustracje, które podkręcają klimat i zachwycają swoim urokiem. Nawet nietypowy format przyciąga uwagę. No i mama Dorotki jest bibliotekarką! Czy może być coś fajniejszego? Udał się Kalinowskiemu ten komiks, oj udał.

💙💙💙
Karol Kalinowski, Łauma, wyd. Kultura Gniewu, Warszawa 2016.





Tosia to rezolutna dziewczynka, która kpi sobie z niebezpieczeństwa. Pewnego dnia mała znajduje w ogródku odcisk ogromnej stopy. Dziewczynka od razu rozpoznaje, że taki ślad musiało zostawić jakieś niezwykłe stworzenia. Intuicja podpowiada jej, że najpewniej chodzi o Pietruszkowego Stwora, czyli Pietrostwora. Takie odkrycie nie może dłużej czekać, dlatego Tosia pakuje ekwipunek i wyrusza z misją badawczą. Towarzyszy jest Pan Precel, wierny przyjaciel i koci opiekun, który dobrze wiem, że dziewczynka wpakuje się w jakieś kłopoty…

Najbardziej rozbraja mnie komediowy charakter przygód Tosi. Bo chodzi tutaj przede wszystkim o czystą rozrywkę i dobrą zabawę, bez doszukiwania się drugiego dna. Komiks Marty Falkowskiej pozwala na moment wrócić do czasów dzieciństwa, kiedy nic poza marzeniami, zabawą i poszukiwaniem przygód nie miało znaczenia. Ja to kupuję i z przyjemnością pozwalam sobie na chwilę niezobowiązującej rozrywki. Co prawda fabuła komiksu nie jest szczególnie skomplikowana, ale Tosia zaraża dobrym humorem i fantazją. Bujna wyobraźnia bohaterki pozwala przenieść się do świata, w którym gadający kot i różne dziwne stwory nie są dziwne. W końcu oczywisty jest fakt, że dziewczynka tak doskonale rozumie się ze swoim przyjacielem, a przygody, które przeżywa rządzą się swoimi prawami.


I choć Tosia jest naprawdę urocza, ten brak zęba jest rozczulający, to jednak całe show kradnie jej Pan Precel. Postać czarnego kota został fenomenalnie wykreowana. To on napędza cały komizm sytuacji, jest nie tylko przyjacielem, ale też opiekunem i trochę zrzędzącym głosem rozsądku. Swoją dziecięcą beztroską Tosia wystawia nerwy kocura na ciągłą próbę, jakże znamienna jest scena, w której przykazy mamy wpadają Tosi jednym uchem, a wypadają drugim. Właściwie sam scenariusz może nie byłby tak porywający, a rola futrzaka tak zabawna, gdyby nie rewelacyjne ilustracje młodej rysowniczki. To na nich nasz koci przyjaciel ożywa i daje popis swoich umiejętności. W ogóle cartoonowa kreska Marty Falkowskiej bardzo mi odpowiada, pasuje jak ulał do treści i przywodzi na myśl stare, dobre kreskówki, które oglądałam w dzieciństwie. Dlatego doskonałym dodatkiem do lektury jest kubek kakao z piankami jojo. Pyszności!

💙💙💙
Marta Falkowska, Oto Tosia. W poszukiwaniu Pietrostwora, wyd. Egmont Polska, Warszawa 2017.


Hilda, bohaterka komiksu brytyjskiego rysownika Luke'a Pearson'a, to prawdziwa łowczyni przygód. Dziewczynka jest w ciągłym ruchu, śpi w namiocie w deszczową noc, biega po domu, ma milion pomysłów na minutę. Pewnego dnia razem ze swoim przyjacielem Rożkiem wyrusza na wzgórze, żeby malować skały. Jeden z odkrytych przez dziewczynkę kamieni przypomina trolla, co tylko nakręca wyobraźnię Hildy. Dziewczynka z pomocą Rożka zawiesza na nosie stwora, dzwoneczek, którego dźwięk będzie zwiastował początek zupełnie nowej przygody...
Świat wykreowany przez Luke'a Pearson'a zapiera dech w piersi. Wodne duchy, olbrzymy, trolle, drewniane stwory straszą, bawią i fascynują. A wszystko to w olśniewającej, skandynawskiej scenerii. Brytyjski rysownik czaruje bogatymi, szczegółowymi ilustracjami, genialnie operuje kolorem, kadry są dynamiczne, jak mała Hilda, a cortoonowa kreska doskonale współgra z minimalistyczną treścią. Bo samej fabuły nie ma tu zbyt wiele. Scenariusz jest raczej oszczędny i wyważony, jakby zostawiał miejsce dla wyobraźni czytelnika. A jednak świat Hildy wciąga, a dziecięcy zachwyt małej bohaterki natychmiast udziela się czytelnikowi, który niemal czuje trawę pod stopami i razem z nią zrywa się do ucieczki przed Trollem. 

Hilda jest czarująca, ale to Rożek, czyli połączenie liska i jelonka w jednym, zmiażdżył mi serce! Toż to najbardziej rozczulająca postać jaką widziałam. I tak doskonale pasuje do baśniowego, trochę jakby muminkowego klimatu (czy tylko ja mam skojarzenia z Tove?). Ale w przygodach Hildy nie chodzi tylko o zabawę, bo Pearson w subtelny sposób, trochę jakby mimochodem, przemyca małym komiksomaniakom kilka ważnych prawd życiowych. Warto również wspomnieć o pięknym wydaniu komiksu. Duży format, twarda oprawa, materiałowy grzbiet, matowa okładka z lakierowanymi elementami, gruby, kredowy papier. No cudo! Prawdziwa gratka dla bibliofili!

💙💙💙
Luke Pearson, Hilda i Troll (tyt. oryg. Hildafolk), tłum. Hubert Brychczyński, wyd. Centrala, Poznań 2013.



3 komentarze:

  1. Swietne ilustracje, wszystkie mi się podobają :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja dla komiksów zawsze mówię tak! i czasem mi się zdarzało, że ludzie pytali się mnie jak ja je czytam dziecku. Ale akurat z tym nie ma najmniejszego problemu - jeśli komiks jest ciekawy Córa śledzi obrazki bez problemu!

    OdpowiedzUsuń