piątek, 22 września 2017

Ale to już było, czyli raczej przeciętne i mało oryginalne babskie czytadła

Agata Przybyłek, Małżeństwo z odzysku, wyd. Czwarta Strona

Wielokrotnie deklarowałam, że nie lubię typowych, babskich obyczajówek. Po co w takim razie je czytam? Sama nie wiem… Czasami odczuwam potrzebę zatopienia się w opowieściach o cudzej miłości, która niestety jest silniejsza niż zdrowy rozsądek (potrzeba, nie miłość). Później zarzekam się, że już nigdy więcej nie sięgnę po babskie czytadło, a po jakimś czasie znów popełniam ten sam błąd. Tym razem dałam się zwabić dwóm obyczajówkom, które okazały się kontynuacjami wydanych wcześniej powieści (nie siedzę w temacie, więc autorek nie znałam, a opis z okładki nie sugerował, że to kontynuacje), więc zaczęłam czytać zupełnie bez sensu. Na szczęście z rozwoju fabuły dowiedziałam się o wcześniejszych perypetiach bohaterek (nie trzeba czytać serii od początku, bo każdy tom stanowi właściwie osobną opowieść) i cóż, muszę stwierdzić, że nic nie straciłam…

Skusiłam się na powieści o mężatkach, bo byłam ciekawa jak autorki poradzą sobie z zadaniem i w jaki sposób wykreują małżeńskie życie swoich bohaterek. Zresztą ciekawiło mnie jakie problemy w obyczajówkach mają żony, matki i kochanki. I czy zobaczę w nich choć okruszek własnych doświadczeń? Już wiem, że nie zobaczę, bo dziewczyny są dziwne, ich małżeńskie problemy naciągane, dzieci stanowią jedynie tło i praktycznie niczego od matek nie chcą, a sama fabuła pozostawia wiele do życzenia. I wcale nie chodzi o to, że marzę o przeczytaniu czegoś całkowicie oryginalnego, czego jeszcze nie było (chociaż fajnie by było), bo np. Manuele Fior w swojej powieści graficznej „Pięć tysięcy kilometrów na sekundę” udowodnił, że można z ogranych motywów stworzyć piękną i chwytającą za serce historię. I to bez kombinowania i silenia się na szokującą fabułę. Ale wracając do nieszczęsnych obyczajówek…


Marta i Piotr z powieści „Za głosem serca” Izabeli M. Krasińskiej to małżeństwo niemal doskonałe. Ona piękna, seksowna i pociągająca, on takie ciacho, że brakuje mi wyobraźni, żeby go sobie zwizualizować. Kochają się szalenie, ale powoli w ich związek zaczyna wkradać się nuda. Marta chciałaby wrócić do pracy, ale boi się o tym powiedzieć mężowi, czego zupełnie zrozumieć nie potrafię. Ani tego, że kobieta boi się porozmawiać z człowiekiem, który jest jej najbliższy, ani tego, że Piotr ma problem z tym, że żona garnie się do ludzi i chce zasilić domowy budżet. W końcu dzieci są już duże i samodzielne, a i dodatkowy grosz pewnie by się przydał. Ale zostawmy temat, bo ten problem nie zajmuje w powieści wiele miejsca.

Można powiedzieć, że tematem przewodnim obyczajówki jest zazdrość. Bo oto do jednostki straży pożarnej, w której pracuje Piotr przyjęta zostaje młoda i przebojowa Sylwia. Dziewczyna wie czego chce i bezczelnie potrafi sięgać po swoje. A chce Piotra, bo przełożony jest diablo przystojny (o tym już wspominałam), a do tego ma piękną osobowość. Ideał, o którym każda marzy. Sylwia też. Oczywiście Marta wkrótce dowiaduje się o nowej koleżance z pracy i regularnie stroi fochy oraz robi awantury mężowi. A kiedy dochodzi do spotkania obu kobiet tragedia wisi w powietrzu. Do tragedii wkrótce dochodzi, ale nie z udziałem Marty i Piotra, ale postaci pobocznych. Właściwie to najciekawszy wątek w całej powieści, niestety poprowadzony w taki sposób, że końcowe rozwiązanie trochę mnie oburza, ale wynika to z moich osobistych przekonań (wiem, że trochę bez sensu to brzmi, ale nie chcę spoilerować).

Co do fabuły, to wydaje mi się, że autorka chciała powiedzieć zbyt dużo naraz i przez to zabrakło jej solidnego pomysłu na motyw przewodni. Bo temat zazdrości choć burzliwy, to szybko się kończy, a później jest o wszystkim i o niczym. Bohaterowie są tak nijacy, że aż przykro. I choć Piotr ma niezły potencjał, tak Marta jest okropna. Zupełnie jej nie polubiłam. Kobieta lubi histeryzować i wyolbrzymiać wszystko, czepia się męża bez powodu, wypomina mu rzeczy, których wypominać nie ma prawa. W zderzeniu z charakterną Sylwią Marta wypada blado i nieciekawie. A to, że młoda strażaczka jest tą złą, która chce rozbić rodzinę Piotra nie ma znaczenia, bo przynajmniej ma zapadającą w pamięć osobowość.

„Za głosem serca” (w serwisie lubimyczytac.pl znajduje się 12 rożnych książek o tym tytule, taka nieistotna ciekawostka) to lekkie i niezobowiązujące czytadło. Mnie historia Marty i Piotra nie przekonała, choć przyznaję, że w powieści znajduje się kilka mocnych punktów. Niestety ich potencjał nie został wykorzystany. Ogólnie można przeczytać, choć nie spodziewajcie się żadnych fajerwerków.


Natomiast w przypadku książki „Małżeństwo z odzysku” Agaty Przybyłek sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, bo zupełnie nie wiem co o niej napisać. Brakuje mi słów, bynajmniej nie z zachwytu. Wszystko wskazuje na to, że powieść miała być komendą. Sporo tu humoru sytuacyjnego, a i sama bohaterka jest szurnięta na wesoło, więc powinna wzbudzać sympatię, a jej szalone pomysły bawić i prowokować do uśmiechu. Niestety główne założenia gdzieś się w tekście rozjechały, bo mnie humor serwowany przez panią Przybyłek nie rozbawił. Cała fabuła wydaje mi się absurdalna i naciągana. Miało być jak z komedii romantycznej, niestety wyszło jak zwykle…

Zuzanna dostaje anonim. Właściwie dostaje samo zdjęcia, na którym jej mąż gapi się prosto w biust seksownej blondynki. Ale oczywiście zamiast pokazać fotkę Ludwikowi i zażądać wyjaśnień, ewentualnie zrobić mu dziką awanturę i powiedzieć, że może się pakować, albo chociaż popaść w histerię i wygarnąć chłopu wszystkie żale, ona zaczyna kombinować. W sytuację wtajemnicza przyjaciółkę i razem postanawiają śledzić biedaka i przyłapać go w chwili słabości. Cała reszta to splot mniej lub bardziej udanych scenek z udziałem obu kobiet oraz kilka wątków pobocznych. Oczywiście Zuza jest dziko zazdrosna o męża i dorabia sobie całą teorię spiskową, ale nie przeszkadza jej to gościć pod swym dachem swojego byłego chłopaka, który przy okazji zajmuje się synem Zuzki częściej niż rodzice. Ale żeby było jeszcze zabawniej (a przynajmniej w teorii), siostra bohaterki postanawia znaleźć Teodorowi nową narzeczoną, żeby nieszczęśnik zapomniał o zawiedzionej miłości do Zuzki. Przy okazji Zuzanna lamentuje nad domniemaną niewiernością męża, a sama bierze ewentualne kandydatki na żonę byłego w takie obroty, że ewidentnie widać, że nie chce faceta wypuszczać z rąk. Absurd jakiś.

Nie wiem czemu w polskich obyczajówkach robi się z kobiet idiotki. Same histeryczki i wariatki, rozchwiane emocjonalnie manipulatorki i kombinatorki, które głowę mają tylko po to, żeby ładnie układały się na niej włosy. Pewnie są książki, w których bohaterki są inteligentnymi i fajnymi kobietami, ale ja jakoś nie mogę na takie trafić. Może patrzę na powieść zbyt surowo i zbyt „na poważnie” zamiast dać się porwać fabule, czytać i nie rozmyślać nad potokiem słów. I choć początek był niezły, faktycznie kilka razu zdarzyło mi się uśmiechnąć, szczególnie przy spotkaniach naszej bohaterki z uroczą parą sąsiadów, to później brnęłam do końca w męczarniach. Może oczekiwałam zbyt wiele? Albo po prostu nie należę do grupy docelowej (choć początkowo wydawało mi się, że należę), bo pożyczyłam tomik koleżance i twierdzi, że jej się powieść podobała. Więc wychodzi na to, że jeśli trafi na podatny grunt, to wykiełkuje jak trzeba, ale ostrzegam, czytacie na własną odpowiedzialność.

 💙💙💙
Izabela M. Krasińska, Za głosem serca, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.
Agata Przybyłek, Małżeństwo z odzysku, wyd. Czwarta Strona, Poznań 2017.

3 komentarze:

  1. Ja lubię takie powieści, często je czytam. Myślę, że nasze odczucia mogłyby się całkowicie różnić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też tak myślę :) Niestety nie mój klimat, choć w obu przypadkach łudziłam się, że będzie inaczej. Najdziwniejsze jest to, ze książki dla nastolatek mnie przekonują, a te dla dorosłych czytelniczek już nie :D

      Usuń
  2. Ja wiem, że to wpis o książkach, ale mnie najbardziej zachwyca ta spódnica na okładce ;)

    OdpowiedzUsuń