niedziela, 16 lipca 2017

„Toczą się koła, toczą”, czyli książeczkowe samochodziki dla maluchów

Mój synek, jak na prawdziwego mężczyznę przystało, uwielbia samochody, traktory, motory i inne pojazdy wszelakiej maści. Ja natomiast uwielbiam obserwować jak leży na dywanie, jeździ autkiem i ze skupieniem patrzy jak kręcą się kółeczka. I choć interesuje go wszystko co jeździ, to najważniejsze są karetki, radiowozy i wozy strażackie. Na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie wypatrzyłam serię książeczek dla maluchów w kształcie różnych samochodów. Kupiłam tomik „Grzegorz i jego ambulans”, który kilka miesięcy później okazał się prawdziwym hitem.


Z serii „Toczą się koła, toczą” mamy w domu trzy książeczki – o karetce, radiowozie i wozie strażackim. Właściwie tomik „Grzegorz i jego ambulans” musiałam kupić po raz drugi, bo ten z Targów Książki zdążył się już rozlecieć na kawałki i nadawał się tylko do wyrzucenia. Pomysł na autko-książeczki jest świetny. Wesołe bajeczki zapinane na rzep i kręcące się kółeczka sprawiają dzieciom ogromną frajdę, bo można je nie tylko poczytać, ale także się nimi pobawić. Ignaś uwielbia je wszystkie, choć ja, jako wyrobiona czytelniczka mam kilka uwag, zarówno fabularnych, jak i estetycznych. 

Fabuła każdej opowiastki jest bardzo prosta, dlatego nawet roczniaki bez problemu zrozumieją o co chodzi. Jaś nie słucha mamy i tak zapomina się w zabawie, że dochodzi do wypadku. Do poszkodowanego chłopca zostaje wezwany sanitariusz Grzegorz, który przyjeżdża swoim ambulansem. Z kolei Policjant Paweł zostaje wezwany na skrzyżowanie, na którym zepsuły się światła, żeby pokierować ruchem i pomóc rozładować gigantyczny korek. Natomiast strażacy natychmiast reagują na alarm i pędzą ugasić pożar domu oraz uratować chłopca, który utknął w swoim pokoju.

Jak widać historyjki nie są zbyt skomplikowane, a niektóre zdania w książeczkach tak banalne i prostacko przetłumaczone, że aż przykro (kto za to odpowiada, tego polska filia wydawnictwa YoYo Books nie ujawnia). Literackich wartości brak, dlatego historyki i dialogi wymyślamy własne, rozbudowujemy opowiastkę i przedstawiamy synkowi swoją wersję wydarzeń, bo ta książeczkowa woła o pomstę do nieba.  Tak samo jest w przypadku ilustracji. Dzieci i dorośli wyglądają tak samo, różnią się jedynie rozmiarem, trudno dopatrywać się w nich artystycznych walorów. Moje poczucie estetyki bije na alarm za każdym razem kiedy Ignaś przynosi mi samochodziki do czytania


Osobiście uważam, że mamy w domu mnóstwo lepszych, ładniejszych i bardziej wartościowych książek niż te z serii „Toczą się koła, toczą”, ale forma wydania i same opowiastki, które śmieszą moje dziecko, są dla niego na tyle atrakcyjne, że bawi się nimi chętnie i często. Dlatego trochę sobie ponarzekam, ale wiem, że kupię mu kolejne tomiki, bo przecież to jemu mają sprawiać radość. W planach mam śmieciarkę i lokomotywę. Jestem pewna, że ucieszą Ignasia nie mniej niż dotychczasowa załoga. 

6 komentarzy:

  1. Miałam te książeczki i moje maluszki zamiast słuchać mojego czytania to wolały się bawić tymi książeczkami ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Mój syn uwielbia samochody, a książeczki to już całkiem frajda :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ale urocze! Aż żal, że mój syn jest już za duży na takie książeczki ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmmmm... Chyba wiem co kupię moim chłopcom ;) Choć pewnie też będę "udoskonalać" fabułę. Dzięki za inspirację!

    OdpowiedzUsuń
  5. Fajne książki właśnie do zabawy :)

    OdpowiedzUsuń