niedziela, 23 lipca 2017

Moje trzy wyprawkowe hity

Szykując wyprawkę dla pierworodnego można zwariować. Hormony buzują, a firmy produkujące dziecięcej akcesoria wmawiają przyszłej mamie, że nie da sobie rady bez tych wszystkich gadżetów i dupereli, które kosztują majątek. Ewentualnie obiecują, że z ich produktami macierzyństwo będzie usłane różami. Na wszelakich blogach parentingowych również znajdziemy mnóstwo wyprawkowych porad, reklam i akcji promocyjnych, z których możemy się dowiedzieć, że miś kosztujący 200 zł i pudełko na pieluszki za 150 zł są niezbędne do prawidłowego rozwoju niemowlęcia. Koszmar!

Najczęściej rzeczywistość jest zupełnie inna od naszych wyobrażeń i to codzienne życie weryfikuje potrzeby mamy i dziecka. Nawet kwestia ubranek jest sprawą indywidualną, bo to co sprawdza się u jednej mamy, u innej może okazać się totalnym niewypałem. Przykładem niech będą kaftaniki, które w pierwszych miesiącach sprawdziły się u mnie doskonale i nie wyobrażam sobie, że mogłabym je pominąć, bo ich zakładanie było szybkie i łatwe, a przez to radziłam sobie z nimi zdecydowanie lepiej niż z bodziakami. Natomiast na jakimś blogu mamy dyskutowały o tym co to są kaftaniki,do czego służą i kto je jeszcze dziś kupuje, bo to przecież zbędny element dziecięcej garderoby. Dlatego moim zdaniem nie ma jednej, słusznej i uniwersalnej listy rzeczy, które muszą znaleźć się w wyprawce. Ze swej strony nie chcę nikomu niczego wmawiać, a jedynie pokazać co w moim przypadku sprawdziło się najbardziej.


  • Podgrzewacz do butelek
Podgrzewacz kupiliśmy kiedy okazało się, że Ignasia trzeba dokarmiać butelką. Wcześniej nawet nie pomyślałam o tym, że podgrzewacz może się przydać. W jednym z marketów udało nam się dorwać najprostszy model za 50 zł i uważam, że był to najbardziej trafiony zakup w całej naszej wyprawce. Podgrzewacz działa bez zarzutów do tej pory i nadal jest w użyciu, choć Ignaś skończył już 14 miesięcy. Nadal muszę wstawać na nocne karmienia, więc w podgrzewaczu zawsze czeka przygotowana butelka z ciepłą wodą. Na wezwanie małego głodomora dosypuje tylko mieszankę i nawet na wpół śpiąco potrafię zrobić mleko w ciągu 30 sekund. Szybko, sprawnie i z minimalnym wysiłkiem.

  • Organizer na łóżeczko
Długo zastanawiałam się nad tym jaki organizer na pieluszki wybrać. Oczywiście najbardziej kusił mnie ten najdroższy (pudełko z uchwytem do noszenia, firmę przemilczę), reklamowany na blogach, ale w końcu uznałam, że szkoda pieniędzy na taką pierdołę. Ostatecznie postawiłam na klasyczny, pięciokieszeniowy organizer do powieszenia na łóżeczku. Produkt polski, ręczna robota, z możliwością wyboru tkanin, z których został uszyty, więc jak dla mnie opcja idealna. Wybrałam tańszą wersję z nieco gorszych jakościowo materiałów, bo nie byłam pewna czy organizer spełni swoją funkcję, ale jest super i służy nam do tej pory. Pieluszki, chusteczki wigotne, kremik do pupci zawsze mam w tym samym miejscu, wszystko jest posegregowane i zajmuje mało miejsca. Jedynym minusem jest faktycznie nie najlepsza jakość tkanin, bo po kilku praniach widać, że organizer nam się zużywa, ale myślę, że uda się dociągnąć do końca okresu pieluszkowego. Najwyżej następnym razem kupię sobie trochę droższy, a jakościowo lepszy, bo już wiem, że w mojej wyprawce organizer jest niezbędny.

  • Pieluszki i otulacze bambusowe
Bambusowe pieluszki to dla mnie prawdziwy hit. Tak mięciutkie i świetne jakościowo, że zwykła tetra przypomina mi papier ścierny (pieluszek tetrowych tez używałam, ale te bambusowe są milion razy lepsze). Minusem bambusowych otualczy jest ich wysoka cena, ale w tym przypadku jakość wynagradza wszystko. Wybór pieluszek jest ogromny, w większości cena powiązana jest z firmą, bo jakościowo wszystkie są świetne. Mamy w domu 6 pieluch w standardowym rozmiarze (75x75) i dwie duże (100x120 i 120x120). Te mniejsze służą mojemu synkowi głównie jako przytulanki, bo bez swojej ukochanej pielusi nie zaśnie, natomiast duże pełną funkcję kocyków i otulaczy. Polecam z całego serca polską firmę Texpol, bo to ich pieluszki należą do naszych ulubionych. Po roku intensywnego użytkowania, prania i prasowanie nadal wyglądają dobrze i nie wstyd ich wyciągać w miejscach publicznych (a wiem jak potrafią się zeszmacić pieluchy tetrowe i muślinowe z tańszych firm). Mamy też pieluszki bambusowe z Motherhood (wzór w rybki), ale te nie są aż tak przyjemne i milusie w dotyku, choć również warte zakupu (te z Texpola są tańsze - polecam poszukać na allegro, bo są w lepszej cenie niż prosto od producenta), natomiast jeśli chodzi o duży otulacz z ColorStories, to tutaj najpiękniejszy jest wzór, bo skład tkaniny nieco psuje całościowy efekt. Nie jest to 100% bambus, ale mieszanka 60% wiskozy bambusowej i 40% bawełny. Otulacz w dotyku przypomina zwykłą tetrę i nie jest już tak fajny i przyjemny jak te typowo bambusowe. Poza tym cena nie należy do najniższych, więc za te pieniądze lepiej nakupić tańszych, ale zdecydowanie lepszych pieluszek 100% bambus.


To by było na tyle jeśli chodzi o moje wyprawowe hity. A co najbardziej sprawdziło się u Ciebie?

3 komentarze:

  1. Nie jestem jeszcze mamą, ale chętnie czytam takie ciekawostki. Nie miałam pojęcia o organizerze na łózko, faktycznie przydatny :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie wyobrażam sobie organizera na łóżeczko . Nie i już. Nasz był większy z półeczką i mieścił wszystko : pieluchy, chusteczki, ciuszki na zmianę. Rewelacja. Ponadto poduszka dla ciężarnych, która potem sprawdziła się idealnie przy karmieniu i nauce siadania.

    OdpowiedzUsuń
  3. O tak, podgrzewacz do butelek był i naszym hitem :)

    OdpowiedzUsuń