piątek, 19 lutego 2016

Są w końcu ważniejsze rzeczy niż szczęście – „Którędy szedł anioł”, Jan Balabán



Nie znoszę przedwiośnia. Smutnego, mokrego, zimnego oczekiwania na pierwszy podmuch wiosennej nadziei. Ale zanim to nastąpi można tylko trwać w bezruchu. Czekać. I czytać. Bo właśnie teraz proza Jana Balabána smakuje najlepiej. Melancholia bohaterów rozdziera serce, a szary anioł ze smutnym spojrzeniem staje się najlepszym przyjacielem.

W powieści „Którędy szedł anioł” nie dzieje się zupełnie nic. Kilka obrazów ze zwykłego życia. Szare, przyprószone sadzą ostrawskie blokowiska. W nich smutni ludzie w kolorze otaczającej ich rzeczywistości. Bohaterowie wiodą do bólu zwyczaje życie. Każdy dzień jest walką o przetrwanie i choć omijają ich wielkie tragedie, to brak jakichkolwiek perspektyw odbiera całą przyjemność życia. Nawet młodym brak energii, radości i nadziei. Socjalizm musi się kiedyś skończyć, ale czy to oznacza, że będzie lepiej? A miłość? Miłość też kiedyś przeminie. Jak wszystko.
„Powtarzał sobie, że samotność to jedyne, czego mu trzeba po całym tym piekle, jakie ludzie tacy jak on potrafią sobie urządzić z samej tylko miłości.” (s. 9)
Narratorem powieści Jana Balabána jest anioł, który wędruje po Ostrawie i towarzyszy ludziom w przełomowych dla nich momentach. Chyba nie można nazwać go stróżem i opiekunem, raczej szarym towarzyszem, który nie ocenia a rozumie. Anioł nie buntuje bohaterów, nie wtrąca się w ich życie, nie mobilizuje do walki. U Balabána brak jakiejkolwiek szamotaniny, chęci wyrwania się z tego szarego kręgu samotności. Jest za to melancholijna akceptacja rzeczywistości. Zgoda na swój własny los. Życie z zaciśniętymi zębami, bo nie ma co się buntować, trzeba po prostu przetrwać kolejny dzień.
„Trzeba być wariatem, żeby być człowiekiem, trzeba być wariatem, żeby stworzyć nowego człowieka, tę małą rączkę w twojej dłoni, żeby płakać całymi nocami, całymi nocami wrzeszczeć z rozpaczy, a potem całymi dniami uspokajać się i pocieszać, żeby walczyć i walecznie brnąć przez bagno kłamstw i niedotrzymanych obietnic, trzeba być wariatem.” (s. 94)
Jest w tej przejmująco smutnej powieści jakieś piękno. I ból, który rani do głębi serca, wciąga z człowieka skrywane emocje. „Którędy szedł anioł” to powieść, którą się przeżywa każdym kawałkiem duszy. A sam Balabán udowadnia, że był najlepszym czeskim (choć tak bardzo „nieczeskim”) pisarzem współczesnym. Jaka szkoda, że już nic więcej nie napisze.
„A ona… może jest nieszczęśliwa. Może jest ze mną nieszczęśliwa. A ja niby jestem szczęśliwy? Zresztą, co to za pytania. Są w końcu ważniejsze rzeczy niż szczęście. Musimy w to wierzyć. Jeśli przestaniemy, właściwie mogłoby nas w ogóle nie być.” (s. 122)

★★★ 
Jan Balabán, Którędy szedł anioł (tyt. oryg. Kudy šel anděl), tłum. Olga Czerniakow, wyd. Afera, Wrocław 2015.

6 komentarzy:

  1. Zapisuję sobie to piękne i smutne przesłanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olu będziesz zachwycona! To powieść, którą takie wrażliwce jak my muszą koniecznie przeczytać :)

      Usuń
  2. Bardzo piękna, nostalgiczna okładka..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, a treść jest jeszcze piękniejsza :)

      Usuń
  3. O kurcze, zupełnie nie pomyślałabym, by sięgnąć po tę książkę, ale teraz wiem, że nie może być inaczej - muszę poznać twórczość tego autora!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koniecznie! Ja najbardziej lubię jego "Zapytaj taty", ale "Którędy szedł anioł" też zrobiło na mnie piorunujące wrażenie :)

      Usuń