sobota, 23 stycznia 2016

Fałszywa melodia serca – „Pozytywka”, Agnieszka Lis



Zachciało mi się dobrej obyczajówki. Baba w ciąży ma prawo do własnych zachcianek, szczególnie tak przyziemnych jak wzruszająca lektura. Wydawało mi się, że „Pozytywka” Agnieszki Lis doskonale spełni swoje zadanie. W końcu opis z okładki sugerował, że mamy z bohaterką wiele wspólnego. Cóż, jednak nie mamy, ale o tym za chwilę.

Monika pochodzi z małej nadmorskiej miejscowości. Cichutka, skromna dziewczyna z prowincji, która w osobie Roberta złapała Pana Boga za nogi. Niewiele starszy od niej, przystojny, przedsiębiorczy Robert sprawia wrażenie księcia z bajki. Ich idealny ślub ma być ukoronowaniem pięknej miłości. Monika przeprowadza się z małej wioski wprost do ogromnej Warszawy, gdzie w żoliborskiej willi teściów ma wieść iście królewskie życie. Młodzi marzą o dziecku, ale pomimo starań dziewczyna nie może zajść w ciążę. Kiedy wreszcie na teście ciążowym pojawiają się dwa paseczki rodzina szaleje z radości. Wydaje się, że nic nie jest w stanie zmącić ich szczęścia, ale bohaterowie jeszcze nie wiedzą, że los szykuje dla nich tragiczną niespodziankę.

Opis fabuły brzmi świetnie. Pisarka zaczyna swoją opowieść tam, gdzie większość ją kończy. Po idealnym ślubie zwykle nastaje happy end, ale Agnieszka Lis idzie o krok dalej i pokazuje w jak spektakularny sposób można zniszczyć swoje szczęście. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie to, że w „Pozytywce” od początku do końca coś trzeszczy, a wygrywanej melodii słychać fałszywe nuty. Uważam, że największym problemem powieści są chaotyczni bohaterowie. Tylko teść Moniki jest od początku do końca konsekwentny, a to tylko dlatego, że w trakcie rozwoju fabuły odzywa się może ze dwa razy. W jego przypadku milczenie naprawdę jest złotem, bo dzięki temu tylko on sprawia wrażenie uporządkowanej postaci.

Nie potrafię dokładnie wyjaśnić swoich zarzutów bez zdradzania zawiłości fabuły, dlatego ostrzegam, że dalsza część mojego tekstu zawiera mnóstwo SPOILERÓW.

Na „dzień dobry” poznajemy Monikę i jej ojca, który wiezie ją do kościoła, a później prowadzi do ołtarza. Mężczyzna sprawia wrażenie jakby był szefem mafii, który trzyma córkę na bardzo krótkiej smyczy. Nie ma w nim żadnej czułości, ani serdeczności dla swojego jedynego dziecka. Pomiata panną młoda, trzyma ją za ramię tak mocno, że jego uścisk sprawia dziewczynie ból, warczy, żeby się uśmiechała i wypomina ile pieniędzy rodzice władowali w ślub i wesele (chociaż sama Monika wolałaby skromną  uroczystość). Krótko mówiąc cham i brutal, całe szczęście, że dzięki małżeństwu młoda wyrwała się spod jego opieki. Ale nic to, bo kiedy córka spotyka ojca po 10 latach od momentu rozstania ich stosunki są wyjątkowo serdeczne, bo przecież: 

„Byli razem cały czas, przez te wszystkie lata, chociaż wcale o tym nie myśleli. Tylko ludzie, którzy rozumieją się bez słów, są w stanie pojąć się nawzajem.” (s. 197)
No sielanka, kto by pomyślał…

Robert wcale nie jest lepszy. Niby bierze ślub z miłości, ale już od pewnego czasu notorycznie zdradza narzeczoną. Nawet po weselu, kiedy ma już Monikę na co dzień i może kochać się z nią co noc, on chodzi na dziwki. Niby taki z niego buhaj, a Monia z życia erotycznego zadowolona nie jest, ale przecież mężowi tego nie powie. Poza tym Robert jest opryskliwy i zwyczajnie wredny dla żony. Właściwie trudno uwierzyć, że jakakolwiek dziewczyna mogła go chcieć. Nie do końca wiadomo też dlaczego takie wielkie panisko z miasta wzięło sobie wiejską dziewuchę i popełniło taki mezalians. Chyba chodzi o stereotypowe myślenie, że niby szara myszka będzie siedzieć cicho i znosić ekscesy męża bez gadania. Oczywiście kiedy Monika potrzebuje go najbardziej on zawodzi na całej linii. Woli pić (a za kołnierz nie wylewa i już od dłuższego czasu ma poważny problem z alkoholem, o którym wiedzą wszyscy) i sypiać z przypadkowymi dziewczynami. Takiego dupka nie spotkałam już dawno w żadnej powieści.

Teściowa Moniki nie odstaje od całego towarzystwa. Ta wielka pani z miasta myśli samymi stereotypami. Synowa to dla niej zwykła wsiura, bez gustu, wykształcenia i perspektyw. Trochę z nudów Teresa zaczyna spędzać czas z Moniką i powoli się do niej przekonuje, chociaż w myślach wciąć nazywa ją wiochą. Z przyjemnością kupuje dziewczynie nowe ubrania, namawia ją na studia, wysyła do pracy i radzi, żeby synowa dbała o swój rozwój i nie zmarnowała życia. Teściowa dzieli się z Moniką drobnymi sekretami, a między kobietami zawiązuje się nić sympatii i tworzy specyficzna więź. Teresa nawet zwierza się mężowi, że lubi synową. Ale cóż z tego, skoro pod koniec powieści, kiedy teściowa przypadkowo widzi Monikę znów nazywa ją w myślach wieśniarą i uznaje, że nigdy jej nie lubiła, chociaż dało się z nią pogadać. Szkoda, że wcześniejsza fabuła sugerowała coś innego, ale może ja się nie znam.

Na koniec największe zaskoczenie powieści, czyli Monika we własnej osobie. Co można o niej powiedzieć? Jest przeraźliwie chuda, wysoka i dużo się poci. Serio, to wymysł autorki, a nie mój. Dziewczyna wychodzi za mąż bardzo młodo. Jest cicha i skromna, ale nie są to jakieś wielkie zalety jej charakteru, bo wydaje się, że autorka motywuje wszystko tym, że Monika pochodzi ze wsi i tyle. Bohaterka zawsze dobrze się uczyła i chciałaby pójść na studia, ale rodziców na to nie stać (ale na wystawne wesele mieli), poza tym Robert woli mieć w domu głupią żonę, bo im głupsza tym mniej będzie pyskować. Wiele sytuacji i zachowań Moniki można by wyjaśnić brakiem życiowego doświadczenia, ale poszczególne sceny, w których ukazana zostaje bohaterka przeczą sobie wzajemnie. Bo kiedy Monika idzie do pracy, to nagle okazuje się, że jest świetnie zorganizowana, bardzo szybko się uczy i rozwija. Taki nieoszlifowany diamencik, o który wystarczy zadbać, żeby zabłysnął pięknym światłem. Inteligencja dziewczyna nie wzbudza żadnych wątpliwości, ale tylko do czasu… Kiedy okazuje się, że z ciążą nie wszystko jest jak należy, Monika daje się spławić lekarzowi do domu, nie żąda wyjaśnień, ale zachowuje się jak dziecko, które posłusznie wykonuje polecenie. Dobra, na to przymknę oko, bo mogła sobie jeszcze nie zdawać sprawy z powagi sytuacji. Natomiast scena, w której bohaterka poznaje diagnozę jest tak naiwna, że aż komiczna. Uwaga:

„- Pani dziecko  ma powiększoną główkę, wszystkie pozostałe parametry są w porządku, ale badanie genetyczne… Pani Moniko, pani dziecko ma zespół Edwardsa.
Żadnej reakcji, nie poruszyła nawet głową, oczami, rękami; czekała na ciąg dalszy.
Że Edward, to mówił już wcześniej, ale co to ma za znaczenie? Niech lepiej opowie o dziecku – myślała, czując, jak po plecach spływa jej strużka potu.” (s. 80)
Serio? Pada nazwa choroby, a ta się zastanawia o co chodzi z imieniem? Jak głupia jest ta dziewczyna? Sama nie wiedziałabym jakie są konsekwencje zespołu Edwardsa, ale że to poważna choroba chyba każdy od razu może się domyślić. Poza tym ciężko uwierzyć, że w rodzinie takich bogaczy i to w dodatku w wielkim mieście nikt nie wysłał ciężarnej na badania prenatalne. W wieku bohaterki nie są co prawda obowiązkowe, ale lekarze radzą, żeby te w drugim trymestrze ciąży jednak zrobić, bo można wykluczyć sporo chorób genetycznych. Gdybym sama nie była teraz w ciąży, to bym nie wiedziała, ale wiem, dlatego irytuje mnie takie naiwne podejście do sprawy. Ale to wszystko to jeszcze nic, bo zdanie perełka, najlepsze z całej powieści pada dopiero kiedy Monika zaczyna obwiniać siebie i męża o chorobę i śmierć dziecka:

Dlaczego go nie ma? Coś zrobiliśmy nie tak. Może Robert krzywo wsadził albo ja jestem wybrakowana.” (s. 100)
Tak, na pewno Robert krzywo wsadził… A to, że nikt tej biednej dziewczyny z depresją nie wysłał do porządnego psychiatry pozostawię już bez komentarza.

Ale to jeszcze nie koniec, bo tragedia, która spada na chude barki Moniki będzie mieć swoje konsekwencje w przyszłości. Dziewczyna doskonale się uczy i robi oszałamiającą karierę w korporacji. Gdzieś po drodze traci cały urok i dobre serce, staje się zwykłą korposuką, która dąży po trupach do celu. Zarabia gigantyczne pieniądze, kupuje mieszkanie, wypasiony samochód itd. Ale to jeszcze mało, bo kiedy wplątuje się w kilka romansów z bardzo ważnymi mężczyznami, to bez oporów bierze od nich pieniądze albo drogie prezenciki w zamian za seks. I to w dodatku za niezbyt satysfakcjonujący seks. To tak jakby dorosła kobieta nie mogła pójść do łóżka z mężczyzną dla przyjemności, bo ma na to po prostu ochotę. Musi od razu zachowywać się jak zwykła dziwka.  No już bez jaj…

(koniec spoilerów)

Sam pomysł na fabułę nie jest zły. Przyznaję, że powieść przeczytałam w jeden wieczór, cały czas zastanawiając się co też dalej się wydarzy. Doceniam zamysł autorki i chęć pokazania samotnej, zagubionej dziewczyny, która rzucona w zupełnie obce środowisko, dotknięta niewyobrażalną tragedią musi radzić sobie sama. Jak zareaguje Monika, jak potoczą się jej losy i czy powstanie z kolan, te pytania nurtują czytelnika przez cały czas. Ale fatalne kreacje bohaterów, którzy sprawiają wrażenie ludzi cierpiących na rozdwojenie jaźni, psują cały efekt. Monika i jej rodzice, Rafał i Teresa, oni wszyscy irytują i drażnią, zamiast wzbudzać współczucie i prowokować do przemyśleń.

Równie denerwującym elementem fabuły jest to, że słowo „wiocha” zostaje w powieści odmienione przez wszystkie przypadki i pada aż nazbyt często. Naprawdę w XXI wieku istnieją jeszcze tak wielkie podziały na miasto i wieś? I tak stereotypowe myślenie, że dziewczyna z prowincji musi być głupia i zahukana? Bez przyszłości, bez perspektyw i bez jakichkolwiek oczekiwań? I nawet jak się ją pchnie w odpowiednim kierunku to i tak zawsze będzie jej wystawać słoma z butów? Już nawet nie chodzi o to, że Teresa nie ma szacunku do synowej i patrzy na nią w ten sposób, ale to, że Monika również myśli o sobie w tych kategoriach jest już skandaliczne. Dlatego jedyną refleksją po przeczytaniu „Pozytywki” (aha, nie liczcie na jakiś mocy wydźwięk tytułu i istotną rolę tytułowej pozytywki w fabule, bo to raczej przypadkowy przedmiot wciśnięty do powieści na siłę), jest myśl, że dziewczyny ze wsi są głupie i choćby włożyły drogie szpilki i zrobiły oszałamiające kariery, to słoma i zapach z obory będą się za nimi ciągły do końca życia. Szkoda, bo chyba zupełnie nie taki był pierwotny zamysł autorki.

★★★
Agnieszka Lis, Pozytywka, Czwarta Strona, Poznań 2016.

8 komentarzy:

  1. No dobra, póki nie przeczytam tej książki, nie zaglądam do spoilerów ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Joanna Rysiewicz (Gemma)23 stycznia 2016 18:11

    No trochę pospoilerowałaś ;D Ale jakoś chyba ta książka nie dla mnie :C

    OdpowiedzUsuń
  3. Szkoda, szkoda. Liczyłam na coś lepszego. Ostatnio wiele ją widzę. Takie bohaterki to mnie jednak denerwują. Podział na wieś i miasta już chyba wiele lat jest przestarzały :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie powstrzymałam się, choć książkę zaczynam w przyszłym tygodniu. Twoje argumenty są bardzo rzeczowe, trudno z nimi polemizować, a z resztą wcale nie mam zamiaru. Jestem ciekawa, jak ja ją odbiorę i czy będzie mi przeszkadzała w odbiorze kreacja bohaterów.

    OdpowiedzUsuń
  5. Dzień później24 stycznia 2016 10:19

    Eyyy, jak znam życie, to na blogach będzie pełno peanów na cześć tej powieści...

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja też myślałam, że będzie ona lepsza, no, ale cóż..

    OdpowiedzUsuń
  7. "Zachciało się babie w ciąży dobrej obyczajówki" - już się dobrze zaczęło:) Powiem Ci dziewczyno, że poprawiłaś mi nastrój, dziękuję :) :)

    OdpowiedzUsuń
  8. O w mordę, poczytałam spoilery, noo.. rozśmieszyły mnie głupotą ;] Nie sięgnę po te książkę, chyba, że naprawdę nie miałabym już co czytać :D

    OdpowiedzUsuń