poniedziałek, 28 grudnia 2015

Ekozwiązki, czyli odtłuszczona miłość w wersji light – „Ekożona”, Michal Viewegh

Najnowsza powieść Michala Viewegha, czeskiego pisarza-celebryty, to satyryczna opowieść o współczesnych związkach. Relacje miedzy mężczyznami a kobietami nigdy nie były łatwe, a dzisiejszy świat stawia obu płciom nowe wyzwania i umieszcza partnerów w nowych rolach. A co jeśli jedna ze stron idzie nowoczesną ścieżką, a druga wolałaby stary, dobry porządek, kiedy to mąż był głową rodziny, zarabiał na utrzymanie, a żona poświęcała się dbaniu o ciepło domowego ogniska? Od razu wiadomo, że tragedia wisi w powietrzu. Ale zamiast rozpaczać lepiej trochę się pośmiać. Zarówno z bohaterów „Ekożony” jak i nas samych.

Mojmir jest znanym i cenionym pisarzem, a także wielbicielem kobiecych wdzięków. Kiedy poznaje uroczą i nieśmiałą Hadvikę postanawia się ustatkować, stworzyć tradycyjny dom, w którym będzie spokojnie żył i pracował. Marzenia jakich wiele, nie ma w nich nic nadzwyczajnego. Problemy zaczynają się kiedy ciężarna Hedvika poznaje doulę, kobietę, która będzie się nią opiekować w czasie ciąży i porodu. Ale staruszka doula szybko przejmuje władzę w domu Mojmira, zamieszkuje z młodymi małżonkami już na stałe, a nawet odbiera Mojmirowi jest zajęcie, bo całą historię związku Hedviki i Mojmira opowiada nie pan pisarz, ale właśnie przebiegła doula.

Trudno mieć pretensje do satyry, że postaci są przerysowane, a ich wady wyolbrzymione. A jednak mam żal do Michala Viewegha, że lubiąc kobiety i pisząc o nich często potrafi tak popisowo schrzanić sprawę. W postać Mojmira łatwo uwierzyć. Nawet jego rozbuchane samcze ego, użalanie się nad sobą i rozpacz, że jego Kopciuszek wyzwolił się z kajdan są wiarygodne. Mojmir budzi śmiech, sympatię i współczucie. Żal biedaka, który mając w domu trzy swoje kobiety (żonę i dwie córki) oraz wstrętną przybłędę, która tylko mąci, jest na z góry straconej pozycji. Może płakać, tupać i jojczyć, a jego sprzeciwy przypominają bunt małego chłopca. Jest w tym urok i zabawa, bo każdy przyzna, że przy douli nawet świętemu puściłyby nerwy.

Zupełnie inaczej jest z Hedviką. W oczach Mojmira ta skromna i zahukana biedulka złapała Pana Boga za nogi. No bo gdzież jej będzie lepiej niż w pięknym pałacu, przy boku superprzystojengo i podziwianego męża, otoczona gromadką dzieci? W marzeniach męża Hedvika ma pozostać Kopciuszkiem, tyle, że w wersji light. Uroczym stworzonkiem co to zawsze ładnie wygląda i pachnie, nuci pod nosem gotując i sprzątając, uśmiech nigdy nie schodzi jej z ust i zawsze jest chętna do sypialnianych zabaw. Słowem niewolnica w nowym wydaniu. Ale wszystko zmienia się, kiedy żona zaprzyjaźnia się doulą i zaczyna słuchać jej podszeptów. Kopciuszek zrzuca kajdany i postanawia żyć własnym życiem. I wszystko byłoby fajnie, gdyby Hedvika miała jakiekolwiek własne zdanie i mózg zamiast liścia sałaty. Dziewczyna wcześniej słuchała męża, teraz słucha przyjaciółki. Trudno nie zauważyć, że jest tylko pionkiem w grze miedzy Mojmirem a doulą. Angażuje się w kolejne ekoprojekty i ze zwyczajnej, fajnej dziewczyny staje się współczesną szurniętą ekomamuśką (brrrrr, widuję takie czasem w realnym życiu). Hedvika przypomina zdalnie sterowaną lalkę, która nie myśli samodzielnie, tylko pozwala sobą kierować osobie, która w danym momencie trzyma pilot.

Czasami czytając powieści Viewegha mam wrażenie, że pisarz uważa kobiety za gorsze i głupsze od mężczyzn. Co prawda panie mają fizyczne zalety, od których faceci głupieją i tym samym dają sobą manipulować, ale jako istoty ludzkie nie stoją na tym samym poziomie. Serio. Więszkość kobiet z książek Viewegha to zwyczajne idiotki, których nie da się lubić. Podobnie jest z Hedviką, dlatego od początku do końca trzymałam stronę Mojmira. Ale dość narzekania, bo jeszcze pomyślicie, że po najnowszą powieść Viewegha nie warto sięgać, a przecież jest zupełnie inaczej. Bo „Ekożona” to zabawna, lekka i dowcipna opowieść o współczesnych związkach. Nikt nie jest w niej bez wad, każdy ma jakieś problemy i ograniczenia, które pisarz chętnie wykorzystuje, żeby ośmieszyć swoich bohaterów. Nawet narratorka doula, choć opowiada o sobie w samych superlatywach, tak naprawdę kpi i ironizuje na własny temat.

Dużo w tej krótkiej powieści żartu, szyderstwa i złośliwości. Viewegh przedstawia swoich bohaterów w bardzo krzywym zwierciadle, ale trudno nie przyznać mu racji. Wiele współczesnych związków wygląda podobnie, choć nie aż tak groteskowo. Dlatego „Ekożoną” czeski pisarz daje czytelnikowi prztyczka w noc i zdaje się mówić – śmiej się, śmiej, ale zastanów się nad tym jak wygląda twoje życie. Co najlepsze Viewegh, a raczej Mojmir nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. W ramach buntu tupnął nogą i postanowił napisać powieść. Zobaczymy co o życiu, miłości i innych problemach powie nam „Ekomąż” (czyli ciąg dalszy nastąpi).

Michal Viewegh, Ekożona (tyt. oryg. Biomanželka), tłum. Mirosław Śmigielski, Wołów 2015.

4 komentarze:

  1. Szkoda, że nie słyszałam o niej wcześniej! Temat bardzo mi się podoba :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Fabuła nawet mnie pociąga, więc może kiedyś sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  3. A ja myślałam, że to jakieś przepisy, albo coś w stylu poradnika. Jeśli mamy do czynienia z satyrą, to jak najbardziej jestem zainteresowana tytułem.

    OdpowiedzUsuń
  4. Dlatego właśnie z pewnym podziwem czytałam o tym, że żona Viewegha śmiała się czytając tę książkę. I nawet nie chodzi o to, ile w tym prawdy o ich małżeństwie, a ile zmyślenia. Bo ona wie jak jest, ale co sobie pomyślą czytelnicy to już inna sprawa :).

    OdpowiedzUsuń