czwartek, 26 listopada 2015

Inność rodzi złość – „Dygot”, Jakub Małecki

„Dygot” Jakuba Małeckiego wpisuje się w ten sam nurt co „Drach” Twardocha, „Wróżenie z wnętrzności” Szostaka czy „Szczęśliwa ziemia” Orbitowskiego. Wszystkie te tytuły mogłoby tworzyć serię wydawniczą, bo głównym ich tematem jest konfrontacja samotnego człowieka ze światem. Nie jest to bynajmniej zarzut, nie stawiam autorom braku oryginalności, raczej pękam z dumy, że mamy tylu wspaniałych, młodych pisarzy, którzy mają coś do powiedzenia, a ich nazwiska to już swego rodzaju marka gwarantująca literaturę na poziomie. O ile ktoś oczywiście lubi ambitne książki.

W swojej powieści Małecki przedstawia trzy pokolenia tej samej rodziny. A właściwie dwóch rodzin, których losy połączą się w klasyczny sposób. Jan Łabendowicz miał szczęście. Jego rodzina przeżyła wojnę bez większych kłopotów. Wiadomo, lekko nie było, ale los oszczędził im wielkich tragedii. Prawdziwy problem zaczyna się, kiedy do wsi zbliża się Armia Czerwona, a pani na włościach, Niemka, która pomagała Łabendowiczom podczas wojny prosi Jana o pomoc w ucieczce do Niemiec. Mężczyzna zgadza się niechętnie, ale w czasie podróży porzucą panią gdzieś w polach i wraca do domu. Uciekając słyszy jeszcze słowa przekleństwa rzucane z nienawiścią przez dawną opiekunkę. Na efekty nie trzeba długo czekać, bo drugi syn Łabendowiczów rodzi się cały biały. Mały albinos (ale o bielactwie nikt wtedy jeszcze nie słyszał), odmieniec, może nawet szatan we własnej osobie.

„Inność rodzi złość” jak w jednej z  najpiękniejszych piosenek Myslovitz wyśpiewywał Artur Rojek. Dokładnie tak jest z małym Wiktusiem, którego inność rzuca się w oczy aż za bardzo. Dzieci go poniżają, dorośli nienawidzą, a wszystko to ze strachu i głupich wiejskich przekonań, że to właśnie ten chłopiec odpowiada za całe zło na świecie. I tak wyrasta z Wiktsuia samotny i wrażliwy młodzieniec. Ale gdzieś tam czeka już na niego poparzona Emilka Gelda, ofiara cygańskiej klątwy, nie mniej samotna i pragnąca bliskości dziewczyna.

Losy Łabendowiczów i Geldów poznajemy naprzemiennie, aż w którymś momencie obie historie łączą się ze sobą. Pierwsza dwie części, czyli opowieść o latach wojny i peerelowskiej rzeczywistości są zdecydowanie lepsze, niż współczesna końcówka. Przesiąknięte chłopskimi zabobonami fascynują i przerażają, układają się w piękną, ale i smutną ludową balladę, snutą gdzieś w ciemnym kącie wiejskiej chaty. Natomiast losy Sebastiana nie są już tak zajmujące, bo jego współczesność jest dobrze znana urodzonym w latach 80-tych. Te blokowiska, szarość i wszechobecny brud nie są odkrywcze ani zaskakujące. Mroczna ballada, której głównym bohaterem był Wiktor traci swoją moc, współczesność odbiera jej tajemnicę, zmienia w zwykłą opowieść o smutnym cwaniaczku. I choć nadal pozostaje zagadka do rozwiązania, w tle pobrzmiewają pytania „kto?” i „dlaczego?”, to ostatnia część nie robi już takiego wrażenia jak początkowe rozdziały.

„Dygot” Jakuba Małeckiego to jedna z najlepszych, jeśli nie najlepsza polska powieść 2015 r. Powieść, która wciąga już od pierwszej strony i do końca trzyma czytelnika w niesłabnącym napięciu. Fabularnie pierwsze dwie części podobały mi się zdecydowanie bardziej, a kolejne strony przerzucałam z niedowierzaniem i fascynacją. Końcowa część trochę szwankuje, ale też w szarych blokowiskach trudno doszukiwać się wiejskiej magii tak wszechobecnej w początkowych rozdziałach. Ale to nic, bo powieść Małeckiego jako całość robi kolosalne wrażenie. Takie przygnębiające i skomplikowane opowieści lubię najbardziej. Gwarantuję, że w trakcie lektury wszyscy nadwrażliwcy będą płakać – ze smutku i zachwytu. 

PS

Mam tylko jedną pretensję do wydawcy, a nie, jednak dwie. Pierwsza to okropnie brzydka okładka, która sugeruje raczej pseudo ekskluzywny magazyn o modzie lub fryzjerstwie, a nie świetną jakościowo powieść. Druga jest bardziej przyziemna, bo uważam, że świetnym chwytem marketingowym byłoby dodawanie do książki plakatu z podobizną pana autora, zdjęcie ze skrzydełka w wersji powiększonej byłoby idealne! :-)

moja ocena: 8/10

Jakub Małecki, Dygot, Sine Qua Non, Kraków 2015.

6 komentarzy:

  1. A mi się okładka skojarzyła z homoseksualizmem :] Faktycznie nijak ma się do treści, którą opisałaś :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie da się ukryć, że okładka może niezbyt mocno zachęca do sięgnięcia po ten tytuł, ale już treść wydaje się nadrabiać... :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To już kolejna bardzo pochlebna recenzja tej książki :) mam ją w planach na przyszły rok :)

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja tych nowych autorów (z udziwnionymi stylami) jakoś nie mogę polubić (głównie chodzi mi o Orbitowskiego). Może dlatego, że mam trochę staroświecki gust (Hłasko, Brycht - to byli pisarze! Prawdziwie polscy; i nie musieli kombinować ze stylem). Ale o Małeckim nie mogę powiedzieć nic złego, bo nie czytałam, a Twoja recenzja wskazuje, że to jakiś ogromny talent literacki!

    OdpowiedzUsuń
  5. A mnie się okładka właśnie podoba - jest bardzo oryginalna.

    OdpowiedzUsuń