środa, 4 listopada 2015

Drogi pamiętniczku, czyli za mało Twardocha w Twardochu - „Wieloryby i ćmy. Dzienniki”, Szczepan Twardoch



Złapałam za „Wieloryby i ćmy. Dzienniki” i przeczytałam tomik od razu w całości. Szybko poszło. W całej publikacji najbardziej spodobała mi się… okładka. Cóż, nie jest to refleksja, której oczekiwałam.

Określenie zapisków Twardocha mianem dziennika jest w moim odczuciu nietrafione. To raczej obrazki, migawki wspomnień, luźne myśli. Trudno stwierdzić, czy jego notatki były prowadzone regularnie, w domyśle codziennie, bo poza oznaczeniem rocznika brak jakichkolwiek innych dat. Pisarz nie komentuje rzeczywistości, więc trudno odnaleźć się w czasie. Tę formę zapisków należałoby raczej nazwać pamiętnikiem, ale to z kolei nasuwa skojarzenie z dziewczynkami piszącymi w różowych zeszytach. A przecież nie przystoi, żeby poważny pisarz prowadził pamiętniczek. 

Co czytelnik znajdzie w notatkach Twardocha? Kilka wspomnień z podróży i snów, nieco refleksji na temat przeczytanych lektur, dudniącą muzykę, wypalone papierosy, dziwne jedzenie i litry wypitego alkoholu z wyższej półki, odrobinę spotkań towarzyskich, parę obrazków rodzinnych i kilka błyskotliwych myśli. Ogólnie trochę nuda, bo na stronach „Dzienników” nie dzieje się nic szczególnego. Od czasu do czasu pisarz sili się na wygłaszanie życiowych mądrości, momentami nawet mu wychodzi, ale nie zmienia to faktu, że w jego zapiskach brakuje choć odrobiny emocji. 

Podczytuję teraz drugi tom „Dzienników” Osieckiej i w jednym wpisie piętnastoletniej smarkuli jest więcej werwy, życia i emocji niż w całym tomie notatek Twardocha. Poza tym zapiski Agnieszki Osieckiej są przede wszystkim szczere, pisane na gorąco i dla własnych potrzeb. Mnóstwo w nich analizy własnych zachowań, ploteczek, opinii na temat innych ludzi i aktualnych wydarzeń. Natomiast trudno pozbyć się wrażenia, że Twardoch jest w swoich zapiskach bardzo zachowawczy i ugłaskany, a to oznacza, że pisząc myślał o przyszłej publikacji i z premedytacją zachował dla siebie najintymniejsze myśli.

Wcale nie oczekiwałam, że Szczepan Twardoch będzie bluzgał na kolegów po piórze, zgryźliwie komentował tytuły z pierwszych stron gazet, czy biczował się własnymi kompleksami. Ale odrobina zapału nie zaszkodziłaby pisarzowi i jego zapiskom. Nawet opisując wędrówki po Krakowie, kiedy razem z Witem Szostakiem obaj panowie mają już mocno w czubie nie doczekamy się żadnych ekscesów, żartów czy szczeniackich wygłupów. Nic. Zero emocji czy szaleństw. Wniosek z tego taki, że nudne jest życie pisarza. 

Narzekam i marudzę, bo po Szczepanie Twardochu oczekiwałam jednak czegoś więcej. To fakt, że „Wieloryby i ćmy. Dziennik” czytało mi się szybko i przyjemnie, nie żałuję czasu spędzonego z lekturą, ani wydanych pieniędzy, ale uważam, że nie jest to pozycja obowiązkowa. Co więcej nie ma żadnego znaczenia, czy ktoś zdecyduje się ją przeczytać, czy jednak machnie na nią ręką, bo lektura absolutnie nic nie zmieni w życiu czytelnika. Przeczytajcie lepiej „Dracha”, bo to literatura na najwyższym poziomie.

moja ocena: 6/10

Szczepan Twardoch, Wieloryby i ćmy. Dzienniki, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

10 komentarzy:

  1. Ha, mój kolejny minus dla Twardocha. Tym bardziej jak porównany z Osiecką!! Do twórczości Twardocha zbieram się od długiego czasu i za każdym mnie odrzuca, gdy tylko podejdę bliżej. Chyba zupełnie się rozminiemy.

    OdpowiedzUsuń
  2. Chyba na razie nie mam chęci na tę publikację, nie przewiduję jej lektury w najbliższym czasie.

    OdpowiedzUsuń
  3. I to jest bardzo rozczarowująca wiadomość dnia, bo książkę będę czytać w najbliższym czasie, a po "Morfinie" i "Drachu" spodziewałam się czegoś rewelacyjnego...

    OdpowiedzUsuń
  4. Hm, a ja skusiłam się na tę książkę, bo o autorze słyszałam mnóstwo dobrego... Widziałam też jakieś cytaty, fragmenty z "Wielorybów i ciem", które bardzo mi się podobały, więc nastawiona byłam bardzo pozytywnie. Trochę ostudziłaś mój zapał, ale mimo wszystko - mam nadzieję, że spodoba mi się bardziej niż Tobie i będzie to udane pierwsze spotkanie z Twardochem.

    OdpowiedzUsuń
  5. No wiesz, mnie się generalnie wydaje, że pamiętniki to jest mało ciekawy rodzaj literatury i nie przepadam za nim - piszesz, że nic takiego się tu nie dzieje - otóż to, bo i cóż może się dziać, przecież życie człowieka najczęściej nie wygląda jak thriller. Tak samo nudzą mnie listy: opisywanie życia codziennego, jakichś mało istotnych szczegółów. Nuda. A jeszcze jak w tym nie ma emocji, a autor uważa, żeby tylko nie wymsknęło mu się coś bardziej osobistego, to już w ogóle kicha.

    OdpowiedzUsuń
  6. Jestem zachwycona "Wielorybami". Im bardziej Twardoch się wypiera, że niczego nie pamięta ze swoich studiów filozoficznych, tym więcej odniesień do filozofii można znaleźć w dziennikach. Urzekła mnie właśnie refleksyjność tego autora. A że nie są to do końca dzienniki, tylko zapiski, notatki, to mi w niczym nie przeszkadza. Czysta esencja twardochowa...

    OdpowiedzUsuń
  7. Niestety, nie czytałam, ale nie jesteś pierwszą osobą, która twierdzi, że ten Twardoch rozczarowuje. Spotkałam się nawet ze stwierdzeniem, że to "blogasek w okładce"...

    OdpowiedzUsuń
  8. Mimo wszystko skosztuję "Wieloryby..." lubię takie zebrane migawki, "resztki" i bazgroły.

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie interesowałam się tą książką, a Twoja opinia wcale tego nie zmienia. Zgodzę się, taka książka powinna być pełna emocji. Cóż..

    OdpowiedzUsuń
  10. Po Szostaku żadnych wygłupów się nie spodziewam, on taki poważny i uduchowiony... Niekoniecznie ironizuję, i od razu powiem, że książki jego lubię bardzo.
    Ale zgadzam się, samocenzurujący się w dziennikach pisarz to nuda.

    OdpowiedzUsuń