czwartek, 22 października 2015

Idź i broń w sobie człowieka – Swietłana Aleksijewicz na Conrad Festival


Siódma edycja Conrad Festival rozpoczęła się z wielkim przytupem. Jeszcze świeży i ciepły literacki nobel dla  Swietłany  Aleksijewicz przyciągnął na spotkanie 1200 osób. Dobrze, że całość została przeniesiona do Auditorium Maximum, bo Pałac pod Baranami chyba by się zawalił, gdyby taki dziki tłum próbował zasiąść w sali bankietowej. Co prawda mogłabym się trochę przyczepić do organizacji, bo nie wszystko zagrało tak jak powinno, ale przemilczę drobne niedociągnięcia. W końcu samo spotkanie było ważniejsze, niż towarzysząca mu otoczka.

Spotkanie z białoruską reporterką odbyło się pod hasłem „Rosja nie ma w sobie nic z kobiety”, a poprowadził je Wacław Radziwinowicz.  Swietłana  Aleksijewicz sprawiała wrażenie zakłopotanej całym zamieszaniem, które się wokół niej dzieje. Żartowała, że ostatnie dni były naprawdę szalone, a ona sama mogła się przekonać, że szczęście wymaga wiele sił. Przekonywała, że warto żyć powili i ze smakiem, bo życie jest tylko jedno. Drugiej szansy nie będzie. Noblistka pracuje obecnie nad dwiema książkami. W tej na temat miłości reporterka będzie drążyć temat ludzkiej potrzeby szczęścia, ale cała opowieść będzie miała smutny wydźwięk. Natomiast opowieści o starości będą mieć uroczyste brzmienie. Autorka zauważyła, że postęp medycyny dał ludziom 20-30 lat życia więcej, ale współczesny człowiek nie stworzył sobie jeszcze filozofii starości, dlatego do nie wie do końca co zrobić z tym dodatkowo darowanym czasem.

Kiedy reporterka przychodzi do swoich bohaterów, to nie staje w progu jako znana pisarka, ale jako człowiek, który chce zrozumieć historię drugiego człowieka. Dzięki temu zyskuje zaufanie, nawet wtedy kiedy najmniej się tego spodziewa. Tak było w przypadku moskiewskiego taksówkarza, wielkiego, nieprzyjemnego chłopa, który w pewnym momencie odwrócił się do niej i powiedział: „Moja baba mnie zostawiła. Kochałem ją, biłem ją, ale kochałem”. W kontakcie z człowiekiem bardzo ważna jest uczciwość i szczere zainteresowanie opowieścią rozmówcy, bo każdy z nas ma jakąś historię do opowiedzenia. Trzeba kochać człowieka, chociaż to jest bardzo trudne.


Swietłana  Aleksijewicz ma dla ludzi dużo współczucia i zrozumienia. Nie ocenia i nie krytykuje swoich bohaterów. Choć czasem jej własna psychika jest w strzępach, a ból, którego jest świadkiem wydaje się zbyt ciężki do uniesienia. Ale wciąż wraca do swoich bohaterów, bo w życiu kieruje się mottem „Idź i broń w sobie człowieka”. Bo w swoich książkach nie chce straszyć czytelników, ale przekazywać im odwagę. Prawda, o której pisze stoi w sprzeczności z tym, co pokazuje się w telewizji, dlatego reporterka straciła wielu przyjaciół i zyskała wrogów. Jej dalsza opowieść o bólu, będącym stałym elementem rosyjskiej duszy, o biedzie i życiu we współczesnej Rosji nie napawała optymizmem, a sama reporterka trafnie podsumowała rzeczywistość: „Mamy dziś więcej niż trzeba powodów, aby popaść w rozpacz”.

Spotkanie z noblistką było wartościowe i potrzebne, ale nie tak fascynujące jak można by się było spodziewać. Pani Aleksijewicz zdecydowanie lepiej pisze niż opowiada. Pod koniec spotkania zaczęłam nawet zerkać na zegarek, bo całość zaczęła mi się dłużyć. Oczywiście wszystko o czym opowiadała reporterka było mądre i dokładnie przemyślane (ważny głos w dyskusji nad kondycją współczesnego świata), ale zabrakło mi emocji, jakichś mocnych, przykuwających uwagę punktów. Możliwe, że to kwestia nie najlepszego tłumaczenia. Pani tłumaczka miała ewidentny problem z poprawną polszczyzną, dlatego niektóre zdania brzmiały jak bełkot, a ich sens docierał do odbiorcy dopiero po chwili. Ale to wszystko nieważne, bo sam kontakt ze Swietłaną  Aleksijewicz był niesamowity. Mnie noblistka ujęła przede wszystkim skromnością, dobrocią i sercem na dłoni, z którym stanęła przed festiwalową publicznością.



5 komentarzy:

  1. Nie dziwię Ci się pozytywnych wrażeń spędzonych przy autorce :) Szkoda, że tłumaczka nie do końca dobrze się spisała, ale będziesz mieć niezapomniane wspomnienie i autograf na pamiątkę ! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Cenny autograf, zazdroszczę:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja myślę, że to przede wszystkim kwestia tłumaczenia. Nie znam rosyjskiego na tyle dobrze by śledzić obydwie opowieści równocześnie, ale i bez tego można było stwierdzić, że tłumaczka mówi dużo mniej niż pisarka. Przypuszczam, że opuszczała niektóre myśli, przez co całość wydawała się chaotyczna i rozczłonkowana, nie kleiła się. Mam w każdym razie porównanie ze spotkaniem w Warszawie kilka miesięcy temu i wtedy słuchało się Aleksijewicz dużo lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  4. O, Naia już to napisała. Tłumaczenie w takim tempie musi być trudne, nie mogło oddać wszystkiego. Zauważ, że książki Aleksijewicz w polskim przekładzie są piękne w formie. Może wypowiedzi też były ciekawsze niż tłumaczenie? Chyba że znasz rosyjski i mówisz o słowach pisarki, a nie tłumaczki, w takim razie plotę głupstwa ;)

    A propos przekładu, byłam na spotkaniu z Vosganianem i z Hoomanem Majdem. Obaj mówili po angielsku, więc wszystko rozumiałam, ale i tak trzeba było wysłuchać tłumaczenia każdego zdania. Tłumaczka Majda radziła sobie doskonale, świetnie oddawała gry słowne, rejestr itp. Tłumaczka Vosganiana dużo słabiej, czasem nawet publiczność ją poprawiała. To były tłumaczenia konsekutywne, więc obie panie miały więcej czasu niż w przypadku tłumaczenia symultanicznego na spotkaniu z Aleksijewicz. Może coś w tym jest? :)

    OdpowiedzUsuń