środa, 30 września 2015

Wspomnienie z Literackiego Sopotu, czyli fantastyczne spotkanie z genialnym Mariuszem Urbankiem!


Za oknem ciemno, zimno i spać się chce, dlatego z przyjemnością bujam w obłokach i wspominam minione wakacje. Piasek, plaża i książki. Czy może być coś fajniejszego? Może! Spotkania autorskie! W czasie naszego pobytu nad morzem odbywał się Literacki Sopot. Szczególnymi gośćmi byli w tym roku czescy pisarze, więc moja ekscytacja sięgnęła zenitu i postanowiłam, że muszę świeżo poślubionego męża wywlec na choć jedno spotkanie. Przeanalizowałam program festiwalu z każdej strony, długo głowiłam się nad tym, którego czeskiego spisovatela najbardziej chciałabym posłuchać, aż w końcu zdecydowałam się na spotkanie z… Polakiem!

Po przeczytaniu książki „Tuwim. Wylękniony bluźnierca”, o której będzie mowa innym razem, zakochałam się w stylu Mariusza Urbanka. Jak ten człowiek pisze! Amok, w którym byłam po lekturze biografii Tuwima, zaprowadził mnie na sopocką plażę. Spotkanie z pisarzem było doskonałe! Nawet mój mąż, którego na plażę zawlekłam niemal siłą, bo twierdził, że na pewno będzie się nudził, więc lepiej pospaceruje po parku, był zachwycony.

Tematem spotkania była ostatnia książka Mariusza Urbanka „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna”. Michał Nogaś rozpoczął klasycznie, czyli od przedstawienia gościa, a potem się zaczęło… Mariusz Urbanek przyznał, że zdawał maturę z matematyki i zdał ją z wynikiem bardzo dobrym, ale nikt normalny nie zrozumie tego czym zajmowali się lwowscy matematycy. Ogólnie matematyka nie jest mocna stroną większości Polaków, dlatego zadziwiający jest tak ogromny sukces publikacji, która pobiła wszelkie rekordy wydawnicze. Pisarz ostrzegał wydawnictwo Iskry, że 10 tysięcy pierwszego nakładu jest ryzykownym posunięciem, bo tematyka może wystraszyć mało „matematycznych” czytelników. Ale pierwszy nakład rozszedł się błyskawicznie, a wydawnictwo zleca kolejne dodruki. Obecnie sprzedano ponad 45 tysięcy egzemplarzy.

Do historii lwowskiej szkoły matematycznej Urbanek dochodził jako humanista. Wszystko zaczęło się od zachwytów nad aforyzmami Hugona Steinhausa („Słownik racjonalny”). Później odkrył Stefana Banacha, drugiego po Euklidesie, najważniejszego matematyka w matematyce powszechnej. Ważne jest też miejsce, bo przedwojenny Lwów (z czasów przed I wojną światową) był miastem większym i ważniejszym niż Kraków. Miastem niemal nieograniczonych możliwości.

Stefan Banach był nieślubnym dzieckiem niepiśmiennej służącej i żołnierza. Przygarnęła go i wychowała właścicielka pralni, która zadbała o jego wykształcenie. Zaliczył tylko dwa lata studiów, ale zdobył stopień naukowy profesora dzięki zmowie uczonych. W dzisiejszych czasach coś takiego nie byłoby możliwe. Wtedy również podobne scenariusze nie mieściły się nikomu w głowie, ale dobra wola i świadomość uczonych, że Banach jest geniuszem wystarczyła, żeby odrobinę nagiąć zwyczajowo przyjęte zasady.

Hugo Steinhaus pochodził z bogatej rodziny. Skrupulatny elegant, który unikał alkoholu. Był językowym purystom, doskonale radził sobie z gierkami słownymi, a swoich studentów gnębił nie tylko matematycznie, ale zwracał szczególną uwagę na poprawne używanie języka polskiego.

Stanisław Ulam był marzycielem zaczytanym w powieściach Juliusza Verne'a. Rodzina oczekiwała, że zostanie adwokatem lub architektem, ale on postawił na swoim. Ulam chciał być pożyteczny, a nie tylko zajmować się uczeniem. Marzył o pokoju na świecie, który miała zapewnić konstruowana bomba wodorowa. W ramach Projektu Manhattan zbudował bombę atomową, którą zrzucono na Hiroszimę i Nagasaki. Wtedy nikt nie myślał o ewentualnych konsekwencjach, bo ważne było, żeby wygrać wyścig z grupą wybitnych uczonych, którzy pracowali nad tym samym projektem dla Hitlera.

Stanisław Mauzr wierzył, że komunizm to najlepszy ustrój, ale sam nie korzystał z przywilejów, które oferowała mu władza. Był typem wesołka, którego nie dało się nie lubić. Zasłyną ze swojej niechęci do publikowania prac, choćby najbardziej odkrywczych. Mazur był matematycznym geniusze, ale podobno nie radził sobie z najprostszymi rachunkami podczas zakupów. Prosił swoją córkę Krystynę, wybitna tancerkę, że jak już skończy fikać nogami, to niech wróci do matematyki.

Matematycy z lwowskiej szkoły matematycznej byli prawdziwymi artystami, twórcami, którym nie zależało na publikacjach, zaszczytach i czerpaniu korzyści finansowych, bo najważniejsza była nauka i frajda, którą czerpali z aktów tworzenia. Naukowcy byli wyjątkowi pod każdym względem. Zamiast spotkań na uniwersytecie woleli gromadzić się w Kawiarni Szkockiej, gdzie rozmawiali nad frapującymi ich problemami. Swoje przemyślenia i kolejne zadania matematyczne zapisywali ołówkiem na marmurowych blatach. Do tej pory nie wiadomo ile genialnych myśli i rozwiązań przepadło pod szmatką kawiarnianych sprzątaczek. Później Łucja Banachowa przyniosła do Kawiarni zwykły, 64 stronicowy zeszyt, który do historii przeszedł jako Księga Szkocka.

Każdy kto zechciał mógł wpisać do Księgi Szkockiej jakiś problemat dla kolegów (za rozwiązanie pomysłodawca gwarantował jakąś nagrodę). Niektóre zadania do dnia dzisiejszego pozostały niezwiązane. Dla lwowskich matematyków była to zabawa polegająca na robieniu wielkiej nauki. Po II wojnie światowej Łucja Banachowa przywiozła Księgę Szkocką do Wrocławia. We Wrocławiu powstała wybitna szkoła matematyczna, ale nie był to już ten sam, genialny poziom. Księga Wrocławska, kontynuacja Księgi Szkockiej, również cieszyła się popularnością, wpisano do niej kilka tysięcy zadań, ale nie przeszła do takiej legendy jak Księga Szkocka, bo nie zawiera problematów aż tak wysokiej rangi.

Michał Nogaś zastanawiał się, dlaczego żaden z genialnych matematyków nie zgarnął Nagrody Nobla, ale odpowiedź jest bardzo prosta. Nie ma Nobla w dziedzinie matematyki. Podobno sam Nobel osobiście zastrzegł, że nie może być przyznawana nagroda z matematyki, bo jakiś matematyk uwiódł mu żonę.

Prowadzący zapytał pisarza czy zastanawiał się nad tym, dlaczego jego książka spotkała się z taki wielkim zainteresowaniem? Czy to fenomen tamtych lat przyciągnął czytelników? Czy może chodzi o legendę lwowskich matematyków? „Wolałbym, żeby pan powiedział, że ta książka jest dobrze napisana.” Odpowiedź Urbanka wywołała głośne salwy śmiechu i potwierdziła, że choć autor jest skromnym człowiekiem, to jednak doskonale zdaje sobie sprawę ze swojego talentu do przekazywania opowieści.

Na zakończenie Mariusz Urbanek zdradził, że obecnie pisze książkę o Kornelu Makuszyńskim. Wszyscy bohaterowie jego książek pochodzą z tego samego środowiska, dlatego często korzysta z tych samych materiałów, ale skupiając się na konkretnej postaci. Tym samym jego książki to opowieść o XX wieku, o pokoleniu, które przetrwało totalitaryzm i stalinizm oraz dwie wojny światowe. Ci ludzie musieli się jakoś odnaleźć w czasach, w których przyszło im żyć i opowiedzieć po którejś ze stron. Dlatego postać Makuszyńskiego, i innych wielkich osobowości z tamtych lat, jest tak fascynująca. Autor „Awantury o Basię” był cichym i spokojnym człowiekiem. Chciał tylko pisać swoje książki i nie wadzić nikomu. Urbanek chce się dowiedzieć, dlaczego człowiek, który lubił ludzi i chciał być przez wszystkich lubiany został w PRL-u zamilczany. Co się stało, że ustrój go stłamsił? Dlaczego jego niewinne książki dla dzieci nie były wydawane? Na odpowiedź trzeba będzie poczekać do przyszłego roku, ale już wiem, że będzie to rewelacyjna lektura!

Samo spotkanie przebiegło w fantastycznej atmosferze, a Mariusz Urbanek dał się poznać z jak najlepszej strony. Teraz wielbię go jeszcze bardziej. Poczałkowo wydawało mi, że autor opowiedział wszystkie najfajniejsze momenty z książki, ale to nie prawda. „Genialni. Lwowska szkoła matematyczna” to porywająca opowieść o niezwykłych ludziach. Losy genialnych matematyków śledzi się z przejęciem i zaangażowaniem. Najgorsza jest świadomość, że gdyby tak wielcy ludzie urodzili się na przykład w Ameryce, to ich legenda byłaby wciąż żywa. Produkowano by kolejne filmy i gadżety z ich wizerunkiem, chwalono by się ich osiągnięciami na całym świecie i każdy kojarzyły nazwiska z dokonaniami. Smutno, że u nas są trochę zapomniani, a ich nazwiska znają głównie ci, którzy zajmują się matematyką zawodowo. Ale dzięki książce Urbanka zmienia się świadomość społeczna. I chwała mu za to!

Mariusz Urbanek, Genialni. Lwowska szkoła matematyczna, Wydawnictwo Iskry, Warszawa 2014.

moja ocena: 8/10


5 komentarzy:

  1. Miałam przeogromną przyjemność uczestniczyć na spotkaniu autorskim Mariusza Urbanka, więc absolutnie rozumiem Twój entuzjazm. Książkę o matematykach zdobędę prędzej czy później:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja jeszcze nie czytałam "Wylęknionego bluźniercy", w związku z tym nie rozumiem do końca entuzjazmu, ale przeczytać koniecznie muszę!

    OdpowiedzUsuń
  3. Miałem okazję rozmawiać z Mariuszem Urbankiem, to naprawdę genialny autor i doskonały rozmówca. To prawdziwy pasjonat i prawdziwy tytan pracy. Interesujący wywiad z autorem "Genialnych" znajdziecie tutaj: http://okruchy.pl/spotkania/mariusz-urbanek-pisze-bo-nie-musze/ Zapraszam do lektury.

    OdpowiedzUsuń
  4. O proszę, też byłam na tym spotkaniu...

    OdpowiedzUsuń
  5. Takie spotkania są wspaniałe, gratuluję autografu :))

    OdpowiedzUsuń