poniedziałek, 7 września 2015

Sztuka ważniejsza niż miłość, czyli „Narzeczona Schulza” Agaty Tuszyńskiej



Agata Tuszyńska nie pisze książek niepotrzebnych i błahych. Każdy lektura opatrzona jej nazwiskiem jest niezwykła i poruszająca, a historia opowiadana przez genialną biografistkę na długo pozostaje w sercu i pamięci czytelnika. Nie inaczej jest w przypadku najnowszej „Narzeczonej Schulza”. Tym razem pisarka wzięła na warsztat postać Józefiny Szelińskiej – jedynej kobiety, którą Bruno Schulz nazywał swoją narzeczoną.

Józefina Szelińska. Juna. Diabelnie inteligentna, doskonale wykształcona młoda kobieta. W 1932 r. uznana pewnie za starą pannę (miała 27 lat). Wtedy poznaje jego – artystę, dziwaka, geniusza. Ona piękna w onieśmielający sposób. Plecy proste, głowa zadarta do góry. Pewna siebie i swojej wartości. On cichy, spokojny, nawet trochę zahukany. Ale tak pięknie opowiada, a jeszcze piękniej pisze. Juna się zakochuje. W nim i w jego słowach. Dopiero później okazuje się, że sztuka przez niego tworzona nie zawsze jest tak ładna jak jej się wydawało. Jego rysunki przerażają skromną dziewczynę z dobrego domu. Jest w nich coś niepokojącego i nieprzyzwoitego. Powoli wychodzą na wierz jego słabości i dziwactwa. Ale ona trwa wiernie u jego boku.

Ktoś znajomy mówi jej, że może jedynie kochać Bruna coraz bardziej. Ona jego. A on? On nie musi. On jest artystą, wolnym duchem. Zakochanym jedynie w swojej sztuce i Drohobyczu. Ona wie, że w małej mieścinie nie rozwinie do końca swojego talentu. Pragnie czegoś więcej niż praca nauczycielki z prowincji. Marzy jej się duże miasto, najlepiej Warszawa. Juna jest damą, ale w końcu i w niej odzywa się zwykła baba, która chce prać jego gacie, gotować obiadki i bawić dzieciaki. Nie dziwota, w końcu małżeństwo wydaje się być idealnym ukoronowaniem miłości. Ona zaczyna naciskać na ślub i na wyjazd. W końcu ich drogi trochę się rozchodzą, a uczucie podsyca jedynie korespondencja miłosna i rzadkie spotkania. Ale po jakimś czasie cała sytuacja zaczyna być męcząca dla obojga. Juna kończy ten związek, choć mocno przeżywa rozstanie. Zamyka się w sobie, otacza grubym murem obojętności.

Wojna zabiera Bruna i resztki radości, które Juna nosiła w sobie. Zostaje smutek, żal i pretensje do wszystkich, którzy nie ocalili jej ukochanego i jego dzieł. Dziewczyna wyjeżdża do Gdańska, tam powoli układa sobie samotne życie. Zimna jak lód. Cicha, zamknięta w sobie. Profesjonalna do szpiku kości. Kobiety takie jak ona ceni się w pracy, ale raczej się za nimi nie przepada. Bo ze służbistką to ani się pośmiać, ani poplotkować, ani ponarzekać. W 1948 roku w „Przekroju” zauważa ogłoszenie Jerzego Ficowskiego (tego samego, który rozsławi Papuszę), który szuka zaginionych pamiątek, utworów, rysunków i wspomnień o Schulzu. Dla Juny rozpoczyna się nowy etap związku z Brunem. Związku, który kiedyś uczynił ją nieprzyzwoicie szczęśliwą i wydarł jej serce.

W książce zastosowane zostały dwa sposoby narracji. Osobista opowieść Juny przeplata się z trzecioosobowymi dopowiedzeniami autorki. Wyjątkowo irytująca mieszanka. Wolałabym gdyby to Tuszyńska od początku do końca opowiedziała historię narzeczonej Schulza. Dla mnie byłoby to bardziej wiarygodne. A tak nie uwierzyłam do końca w wykreowaną postać Szelińskiej. Nie podoba mi się również wkładanie Józefinie do ust słów i myśli (choćby najpiękniejszych), których nigdy mogło nie być. Co prawda autorka nie twierdzi, że jest nieomylna, a jej wersja jest jedyna, słuszna i właściwa (stąd podtytuł apokryf), ale dla mnie jej Juna jest zbyt płaczliwa. Nie w dosłownym sensie, że siedzi i ociera łzy, ale jest rozedrgana emocjonalnie, użalająca się nad sobą. Ja widzę w niej silną kobietę, która pomimo krzywd i żalów z przeszłości nie przestała kochać, bo to miłość noszona głęboko w sercu dodawała jej sił.

W moim odczuciu „Narzeczona Schulza” nie jest biografią, ale interpretacją postaci Józefiny Szelińskiej. Szalenie intrygującą i świetnie napisaną, choć nie pozbawioną drobnych wad, interpretacją. Agata Tuszyńska stanęła na wysokości zadania i opowiedziała historię Schulza przez pryzmat kobiety, która nigdy nie pozwoliła sobie na luksus pustego serca. O ileż łatwiej byłoby jej gdyby pozostawiła przeszłość za sobą, wyszła za mąż, urodziła dzieci i zaangażowała się w opiekę nad rodziną. Ale ona do końca pozostała wierna człowiekowi, który nie zawsze był wobec niej uczciwy. Sama pozostawała w ukryciu, chroniła swoją prywatność i umniejszała rolę, którą odegrała w życiu Bruna. Do końca czuwała nad jego samotnością, zgodnie ze słowami Rilkego, którego twórczość oboje uwielbiali. W „Narzeczonej Schulza” Juna i Bruno są pełnoprawnymi bohaterami tej samej smutnej i skomplikowanej historii. Ale z takim człowiekiem jak Schulz nic nie mogło być proste. Agata Tuszyńska pozostawiła mnie z mało optymistyczną refleksją, że dla człowieka obciążonego geniuszem sztuka zawsze będzie ważniejsza niż miłość. Wychodzi na to, że już od pierwszego spotkania ich związek skazany był na porażkę. 

moja ocena: 7/10

Agata Tuszyńska, Narzeczona Schulza, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2015.

11 komentarzy:

  1. Książka zaintrygowała mnie już od momentu, kiedy zobaczyłam ją w zapowiedziach :) Będę chciała ją kiedyś przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Na pewno bym ją chciała przeczytać. Będę polować ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. to zawsze ciekawe, czytac o takich zwiazkach, choc z drugiej strony historie traca wtedy jakas taka aure tajemniczosci, ta magie, i okazuje ze sie ludzie sa tylko ludzmi, mimo wszystko. niemniej, nawet pomimo wad tej lektury, chyba chcialabym przeczytac ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Słyszałam o tej książce. Mam nadzieję, że niedługo uda mi się ją przeczytać :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Jestem bardzo ciekawa tej książki. Lubię odkrywać tkwiących za dziełami i rzeczami wielkimi prawdziwych zwykłych ludzi :) Gdy będę miała możliwość sięgnę po tę pozycje. Pozdrawiam :)
    http://biegiemdoksiazki.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  6. Uwielbiam twórczość Schulza, więc książkę z jego nazwiskiem w tytule mam w planach odkąd tylko o niej usłyszałem. Czytałem ostatnio jedną pozytwyną recenzję, teraz u Ciebie trafiam na kolejną. Jestem coraz mocniej zaintrygowany :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mnie się podoba sposób pokazania Juny. Na zewnątrz była rzeczywiście zimna jak głaz, otoczona murem. Takie osoby są zwykle bardzo wrażliwe. A skoro walczyła o swojego Bruna, o należne mu miejsce do końca życia, więc musiała do końca życia zastanawiać się wciąż i wciąż i znowu od nowa - nad ich związkiem. Pomijając tę kwestię - książkę Tuszyńskiej po prostu czyta się rewelacyjnie... Nie mogę się rozstać z tą historią. Skończyło się na sięgnięciu ponownie po opowiadania Schulza...

    OdpowiedzUsuń
  8. Chyba nie będzie dziwne, jeśli powiem, że z chęcią bym przeczytała tę książkę? :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Na szczęście ktoś o Niej napisał. Ktoś! I to kto.

    OdpowiedzUsuń
  10. Nawet nie myślałam, że aż tak mnie zaciekawi ta książka, wpisuję na listę. Niestety, zauważyłam także (jak trafnie podsumowałaś), że często dla artystów ich kariera, sztuka jest ważniejsza niż miłość,,

    OdpowiedzUsuń
  11. trudno uwierzyć że listy Bruna przepadly w Janowie- jaka kobieta "ukryje na strychu' domu rodziców LISTY? mając 86 lat strapiona, pod opieką dochodzącej- usnęła- na pewno zostawila rodzinie lub bliskiej z Gdańska . sąsiedzi coś wiedzą. zmarła w 1991 roku - dopiero - dwaj bracia itd. pamiątki - syn bratanka we Wrzeszczu nie dopuszcza kontaktów- tak jak ona ze wstydu odrzucenia wynazuje- jej bliscy na pewno wiedzieli o znajomości z Szulcem - nauczycielem rysunków w Drochobyczu- to był struś!

    OdpowiedzUsuń