środa, 5 sierpnia 2015

Tęsknota za młodością


Etykietki na wódkę weselną zrobiłam :)

tytuł: Pijane banany
tytuł oryg.: Opilé banány
autor: Petr Šabach
wydawnictwo: Afera
rok wydania: 2015
ilość stron: 228

moja ocena: 8/10

Rozczytałam się literaturze czeskiej. Lektura każdego kolejnego tomu sprawia mi niesamowitą frajdę, szczególnie, że póki co trafiam na same satysfakcjonujące historie. Ostatnio zajadałam się „Pijanymi bananami”, a z każdym kolejnym kęsem byłam coraz bardziej ubawiona. Petra Šabacha znają chyba wszyscy, więc jego powieści właściwie nie trzeba reklamować. Dlatego postawiam jedynie szczerzyć zębiska w szerokim uśmiechu i wpychać ten optymistyczny tomik komu popadnie.

„Pijane banany” to najprościej mówiąc zapis szczeniackich wybryków szesnastoletniego Petra i jego przyjaciół. Jak w to w latach nastoletnich bywa chłopcy marzą o życiu w Ameryce i szalonych przygodach. Wszędzie dobrze gdzie nas nie ma. A Praga lat 80-tych jest w oczach bohaterów wyjątkowo brzydkim i smętnym miejscem, gdzie nie czeka na nich nic, a już na pewno nie świetlana przyszłość. Znamy ten ból i kłucie w sercu. Petr i jego najlepsi kumple, tacy prawdziwi, na śmierć i życie, snują się po Pradze, stoją pod trzepakiem, kombinują jak zdobyć piwo, odstawiają kolejne szczeniackie akcje, a w międzyczasie układają plan doskonały, czyli ustalają szczegóły wycieczki nad morze. Oczywiście ich wyprawa ma być nielegalna, ukradzionym samochodem i z kierowcą bajkopisarzem, który jeszcze chyba nigdy nie powiedział prawdy. Oj będzie się działo...

Powieść Petra Šabacha to na pierwszy rzut oka przezabawna komedia o grupie typowych nastolatków. W opowieści Petra nie dzieje się nic szczególnego. Jakieś wygłupy, pierwsze miłości, kłótnie z kolegami i czepiający się wszystkiego rodzice. Domowa rzeczywistość chłopców, choć przedstawiona w zabawny sposób, wcale nie skłania do śmiechu. Ojczym Petra to najzwyklejszy w świecie alkoholik, który zatruwa życie matce chłopca, choć ona jakoś nie potrafi wyplątać się z toksycznego związku. Dobrego przykładu w domu to Petr nie ma. Za to mama głuchoniemego Wicia (oaza spokoju i cierpliwości, w przeciwieństwie do syna uzależnionego od masturbacji) specjalizuje się w pieczeniu wyśmienitych tortów, które Wicio w ramach zadośćuczynienia zanosi ofiarom własnoręcznego pobicia.

Šabach sypie anegdotami jak z rękawa i nawet to co jest zupełnie nie śmieszne, a może nawet tragiczne, potrafi obrócić w żart. Rzadki talent. Ale gdzieś pod powierzchnia humoru kryje się smutek. Nostalgia za tym co było, za wszystkimi kolorami, którymi teraz, z perspektywy czasu, mieni się dawna szarość. Bo świat się bezpowrotnie zmienił i tamte lata już nigdy nie powrócą. Banał? Pewnie tak, ale ta tęsknota za szczeniackimi latami prędze czy później dopada każdego.  

W trakcie lektury niezmiennie nuciłam hit „Holky z naši školky” (zakochałam się w tej piosence, choć nic tak głupkowatego dawno nie słyszałam) i kawałek „Pani Zosia” w wykonaniu Grzegorza Turnaua i Andrzeja Sikorowskiego. Bo „Pijane banany” to tęskna, choć kabaretowa piosenka o przeszłości. Ale pamiętajcie, że:
 to nie tęsknota jest za komuną
to nie tęsknota za komuną
to jest tęsknota za młodością”*.

* Zresztą posłuchajcie sami :)


11 komentarzy:

  1. Ale zachęcasz tą literaturą czeską :))) Muszę się z nią kiedyś w końcu i ja zapoznać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Wydaje cię ciekawą lekturą, chociaż pewnie gdybym nie przeczytała twojej opinii to na ksiażkę nie zwróciłabym uwagi :)

    OdpowiedzUsuń
  3. To ja się uchowałam, bo słyszałam o autorze, ale jeszcze nie znam. Oczywiście jest to pozycja obowiązkowa:) Co do zdjęcia, to gdybyś zakryła okładkę - zmajstrowałabyś niezły rebus;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tytuł tak przyciąga, bez dwóch zdań. Skuszę się :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja jedynie czeskie kino... i piwo jako tako kojarzę :) Ale na literaturę muszę się zaczaić w końcu :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ja sobie jednak podaruję, nie interesuje mnie

    OdpowiedzUsuń
  7. Kurczę, brzmi niebanalnie. Mam wrażenie, że brak w polskiej literaturze takich powieści o młodzieży, która ma codzienne problemy. Nie fantastyczne, nadnaturalne. Tylko takie codzienne.

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja się zaczytałam w książkach S. a bananki to już w ogóle uwielbiam. Niesamowite poprawiają humor. I powspominać można ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę, że trochę zbyt surowo oceniasz biednego Bedzia. Owszem, od kieliszka nie stroni, ale to głównie dlatego, że sobie nie radzi z tą przykrą komunistyczną rzeczywistością, w której żyje. Toksyczny związek? Raczej przekonanie, że bez niej ten nieborak by zginął. No i miłość :). Dla mnie ta scena, w której Jana znajduje Bedzia siedzącego w piwnicy po ciemku z flaszką i zamiast go opieprzyć z góry na dół siada po prostu obok niego i pozwala mu złożyć głowę na swoich kolanach – to był najpiękniejszy moment tej książki.
    Aha, a narrator ma na imię bodajże po prostu Petr. Honza to ten jego kumpel, Břečka :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tymi imionami to coś mi się pogmatwało :D Może Bedzia oceniam zbyt surowo, ale nie mam serca dla alkoholików, za dużo krzywdy widziałam, żeby chcieć dojrzeć w nich coś dobrego. Nawet jeśli są to tylko kreacje literackie :)

      Usuń
  10. A ja o tym panu i jego książkach nie słyszałam - i widzę, że mam czego żałować :) Z chęcią nadrobię zaległości!

    OdpowiedzUsuń