czwartek, 13 sierpnia 2015

Literacki wieczór panieński, czyli zmyśleni mężczyźni mojego życia :-)


Zawsze byłam kochliwa. Odkąd sięgam pamięcią moje dziewczęce serduszko podskakiwało radośnie na widok uroczych, męskich uśmiechów. Dziś, w ostatnim dniu panieńskiego stanu, wspominam wszystkich (no dobra, nie wszystkich, większość) przystojniaków, którzy kiedyś zaprzątali moje myśli. A było ich sporo! Każdy z nich był na swój sposób wyjątkowy, choć panowie mieli wspólne cechy. Ironiczny humor, złośliwy dystans do wszystkiego, chmurne spojrzenie. Aha, co najważniejsze! Wszyscy byli zmyśleni…

Tak, tak. W zmyślonych facetach kocham się od zawsze. Ci prawdziwi, żyjący tuż obok, rzadko wzbudzali moje zainteresowanie. Zaledwie kilku mogłabym nazwać interesującymi, a jeszcze mniej wartymi zachodu z tymi wszystkimi damsko-męskimi gierkami. Ale pewnego pięknego wieczoru trafiłam kosą na swój kamień i nie wyobrażam sobie życia bez niego, chociaż mu tego nie mówię. Ale w końcu facet nie musi zaraz wiedzieć wszystkiego.

Wracając do tych moich zmyślonych ukochanych, to gdybym spisywała wszystkie historyjki, które układałam sobie w głowie z bohaterami, którzy aktualnie mnie frapowali, to z ilością książek na koncie doganiałabym już Daniele Steel. Serio! Ja to właściwie cały czas żyję w swojej własnej głowie z rzadkimi przerwami na rzeczywistość. Ale przecież od kogoś musiało się zacząć, a tym moim pierwszym, wyśnionym i wymarzonym był… Taxido z „Czarodziejki z Księżyca”! Proszę się nie śmiać, w latach 90-tych każda chciała go mieć.

Później był Zorro w serialowej wersji z lat 90-tych i oczywiście rysunkowy Batman (nadal to moja ulubiona komiksowa postać). Dostrzegam tu pewną zależność między maską, peleryną i podwójnym życiem… Do innych dziecięcych fascynacji nie będę się przyznawać, bo musiałabym spalić się ze wstydu. No bo jak tu wyznać, że zawsze uwielbiałam Herr Flicka z „’Allo ‘Allo!”?


Kolejna wielka miłość rozbłysła wraz pojawieniem się w moim życiu Indiany Jones’a. Ależ ja go kochałam… A już najbardziej w wersji z „Ostatniej krucjaty”, bo w duecie z Jonesem seniorem Indy jest doskonały. Harrison Ford jest też winny mojej miłości do Hana Solo, choć jakoś w innych rolach nie udało mu się mnie zbałamucić. Za to Han to do tej pory jedna z moich najukochańszych postaci, dlatego niezmiernie się cieszę z nowej części „Gwiezdnych wojen” (kupiłam już nawet stosowną koszulkę, więc dokładnie wiem w co ubiorę się na grudniowy seans). Gdzieś w międzyczasie przyplątał się jeszcze James Bond z facjatą Pierce’a Brosnana (och, jaki był śliczny). Do tej pory „GoldenEye” to jedyny film z Bondem, który mogłabym oglądać bez przerwy.


Kochałam się też w Johnnym Deppie wcielającym się w Ichaboda Crane’a, Deana Corso, Don Juana DeMarco (znowu ta maska), Gilberta Grape’a i Sama z „Benny & Joon”. Nie należy również zapominać o Desperado i Clooneyu w „Od zmierzchu do świtu”. Słowem sami degeneraci, dziwadła, odszczepieńcy i indywidualiści. To by wyjaśniało, dlaczego stwierdzenie, że jestem dziwna uważam za komplement.


W pewnym momencie książkowe postaci zaczęły wypierać picusiów z wielkiego ekranu, choć przecież tych, których kocham najmocniej wizualizuje sobie zgodnie z ich filmowymi odzwierciedleniami. Bo tą moją jedyną, największą, wyśnioną i niespełnioną miłością pozostaje Aragorn. Pewnie gdyby nie gęba Mortensen to nie omdlewałabym na sam widok Obieżyświata. Cóż, ja też jestem z tych, które za zbyt wysokie wymagania wobec mężczyzn obwijaną Tolkiena.




Mniej więcej pod koniec liceum blask Elessara przyćmił mi na chwilę nie kto inny jak Rhett Butler we własnej osobie. To dopiero była złośliwa bestia! Równie idealny, choć z zupełnie innch powodów wydawał mi dr Ravic z „Łuku Triumfalnego” (chyba tylko jego wygląd musiałam sobie od początku do końca wymyślić). Powieść Remarque’a wciąż pozostaje jedną z najbardziej poruszających historii, jakie w życiu czytałam. Tylu pięknych cytatów nie wypisałam z żadnej innej książki. Do wszystkich tych trzech panów chciałabym kiedyś wrócić, przenosząc się za pomocą książek do ich własnych światów, ale na powtórki wciąż brakuje mi czasu, bo z tym co mam w domu już ledwie wyrabiam.


Na końcu, ale z pewnością nie ostatni na liście niepokojących mężczyzn pozostają Mr. Darcy i Severus Snape. Co ciekawe „Dumy i uprzedzenia” nie czytałam, bo zgrzytam zębami na powieści Austen, ale pana Darcy’ego w wersji Macfadyena wielbię. Film oglądałam milion razy i jak tylko mam zły humor to lubię sobie wracać do tych kilku scen, przy których robię wielkie oczy jak dziewczynka z mangi (jeśli akurat nie pocieszam się zdjęciami Aragorna). Natomiast jeśli chodzi o Snape’a, to w moim przypadku była to miłość od pierwszego słowa. Rowling jeszcze tego nie planowała, a ja już wiedziałam, że Sev odegra w całej serii znaczącą rolę. Dla niego też ułożyłam kilka świetnych (na pewno lepszych niż autorka) scenariuszy, na których jeszcze kiedyś zbiję majątek. Ale to kiedyś, bo póki co i tak nie miałabym gdzie trzymać tych wszystkich pieniędzy.

A teraz, żebym nie tylko ja wyszła na wariatkę, z którą żeni się jakiś nieświadomy nieszczęśnik, pochwalcie się w komentarzach waszymi uczuciami do zmyślonych facetów :-)

16 komentarzy:

  1. Taxido! Pierwsza moja miłość <3

    OdpowiedzUsuń
  2. Taxedo! Indiana! Han! Mr. Darcy! (ale w wersji Colina Firtha) Ehh nadal jestem małą dziewczynką :D

    OdpowiedzUsuń
  3. W Taxido kochały się wszystkie dziewczyny z mojej klasy (ze mną oczywiście na czele) i każda z nich chciał być Czarodziejką z Księżyca ;) W pełni podpisuję się pod miłością do Pana Darcy - moja zaczęła się kilkanaście lat temu, gdy pierwszy raz przeczytałam "Dumę i Uprzedzenie" i trwa po dziś dzień ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Nooo, sporo ich było! :P
    A wiesz, że na mnie James Bond nie robił wrażenia, dopóki nie zagrał go Daniel Craig? Uwielbiam go po prostu! :) A na Brosnana patrzeć nie mogę :P
    No cóż ja mogę powiedzieć o Aragornie... masz doskonały gust, moja droga :) I pan Darcy... ach, ci mężczyźni! :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kochana, jak ja Cię doskonale rozumiem w tych wszystkich miłościach... Znam to <3
    Jak byłam mała zakochiwałam się właśnie w większości bohaterów bajkowych. No bo... kto by się nie zakochał w ukochanym Czarodziejki z Księżyca, jak on świata poza nią nie widział (zazdro!). Kto by się nie zakochał w Eryku z Małej Syrenki, jak on tak fajnie narysowany był!
    Było tych moich wymarzonych całkiem sporo, choć w większości modliłam się za nich, by jednak byli z tymi swoimi ukochanymi - taka byłam dobra.
    Nawet dla Sherlocka Holmesa szukałam pary! Naprawdę! Nawet łączyłam go z panną Adler, ale... to było bez sensu...

    Też bardzo lubiłam Snape - często bardziej niż kogokolwiek innego! Depp, ach Depp, moja miłość <3
    Rhett - no dajcie mi go! On tak cierpiał przez tę swoją głupią żonę! Chcę też Mr. Darcy wraz z tą całą jego fortuną!

    Taaak... jak byłam mała potrafiłam się zakochiwać w wielu bohaterach fikcyjnych. Niestety już mi przeszło i ostatnie porywy serca miałam chyba do Toma z Ostatniej Spowiedzi Niny Reichter! I do Robba Starka! I do...

    A. Okej. Czyli jednak jeszcze mi nie przeszło :D

    OdpowiedzUsuń
  6. ee to u mnie poszło jeszcze bardziej pato :) bo ja się kocham w pisarzach i zdarzyło się, że wyobrażałam sobie bohatera książki a jak poszłam na spotkanie z jej autorem to wypisz wymaluj siedział przede mną mój bohater :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Świetna notka :) Ehh... co ten Tolkien z nami zrobił? ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Taxido, tak, to był mężczyzna :). Ale że Herr Flick? Naprawdę? :) Choć jak tak na to spojrzeć to z całej tej ferajny z „Allo allo” (uwielbiam!) był chyba najbardziej męskim typem. Dosyć specyficznie męskim, ale jednak ;).

    Jeśli o mnie chodzi, to aż tak bogatego życia miłosnego nie miałam :). Najpoważniejsze uczucie to chyba – mało oryginalnie – Gilbert Blythe. A, i jeszcze jeden dość wstydliwy epizod – miałam wielką słabość do kreskówkowego Herkulesa :D Nigdy natomiast nie kochałam się w panu Darcym, bo w wersji Austen jest jak dla mnie typem odrzucającym i dziwię się, że budzi zwykle takie emocje. Na miejscu Lizzy pewnie jeszcze bardziej uniosłabym się dumą i nic by z tego love story nie wyszło :).

    OdpowiedzUsuń
  9. Na początu J. Depp, później już Ch. Bale, J. Gordon-Levitt oraz James McAvoy i Michael Fassbender. O tak :D

    OdpowiedzUsuń
  10. No proszę... Przyznaję się do tajnego afektu do Viggo Mortensena...I chociaż przyznaję, że Władcy pierścienia mają idealną obsadę, uwielbiam wszystkich głównych bohaterów od Elronda po Krasnoluda, to Aragorn jest moim wzorem romantycznego bohatera. Zaraz po Edmundzie Dantesie...:)

    OdpowiedzUsuń
  11. I oczywiście Martuś, najważniejsze - Trzymam kciuki!!!

    OdpowiedzUsuń
  12. Rhett Butler jest od wielu, wielu lat w moim sercu i nic chyba mi tak nie ciąży, jak to że on nie istnieje.

    OdpowiedzUsuń
  13. Niektórych bohaterów nawet nie znam, aż wstyd się przyznać. ;) Ja w podstawówce uwielbiałam Xenę i całowałam się z jej plakatem, to chyba najbliższe do takiego ekranowego zauroczenia, co mi się zdarzyło. ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Oj ci filmowi faceci:) Mamy kilka typów wspólnych.

    OdpowiedzUsuń
  15. Zawsze mówiłam, że mamy podobny gust jeśli chodzi o facetów :P Wiadomo, że pan Darcy, Snape i Rhett to moje Top 3 :D I też mogę oglądać w kółko "Dumę i uprzedzenie" z 2005 roku!! A nie tę, którą większość woli... Resztę twoich wybranków tez lubię :)

    OdpowiedzUsuń
  16. A ja straszliwie kocham pana Darcy'ego w wersji Firtha, to Macfaydena nie znoszę. Takie ciepłe kluchy ;P (I nie mam na myśli wyglądu, bo mężczyzną pięknym jest, tylko interpretację postaci)

    OdpowiedzUsuń