wtorek, 21 lipca 2015

Książkowe mydło i powidło


Przy okazji ostatnich odwiedzin moja najdroższa przyjaciółka Ewcia stwierdziła, że chyba ubyło mi książek, a przynajmniej widać, że regały nie są aż tak zapakowane jak kiedyś. Radość wielka, bo właśnie do tego dążę, żeby przeczytać wszystko ze swoich zbiorów i rozstać się z tytułami, których już nie potrzebuję. Gdybym jeszcze zaniechała kupowania, to byłoby już idealnie, ale przecież się nie da. Bo tak jak u niektórych ludzi przy okazji wysiłku fizycznego uwalniają się endorfiny, tak u mnie skok hormonów szczęścia następuje w zetknięciu z nowymi książkami. Gdyby nie one chodziłabym wiecznie smutna i nieszczęśliwa. Ale dość bezsensownej paplaniny, zapraszam na kolejną porcję mydlopowidłowych przemyśleń :-)

Proza Diego Galdino oczarowała mnie przy okazji „Pierwszej kawy o poranku”. Historia Massimo była ujmująco pyszna i pachnąca, dlatego z radością sięgnęłam po najnowszą powieść włoskiego pisarza, czyli „Zadbam o to, żeby cię nie stracić”. Tym razem akcja powieści toczy się między Rzymem i Sycylią. Młoda, śliczna i trochę zagubiona w życiu Lucia wyjeżdża do Rzymu na staż. W redakcji dziennika dziewczyna poznaje całą plejadę szalonych i uroczych postaci, ale na pierwszy plan wysuwa się amerykański dziennikarz od lat mieszkający we Włoszech, czyli Clark Kent we własnej osobie. Skojarzenia z Supermanem są jak najbardziej trafne, a sam bohater macha ręką na żarty kolegów z redakcji. 

Nie trudno się domyślić, że między Lucią i Clarkiem wybucha gorące uczucie. Problem w tym, że na Sycylii Lucia zostawiła chłopaka, który nalega na małżeństwo. Jak dalej potoczą się losy zakochanej pary? Po hollywoodzku - to chyba najlepsza odpowiedź. Powieść  Diego Galdino to niemal gotowy scenariusz filmowy. Trochę romans, trochę komedia romantyczna. Miła, ładna i trochę naiwna historyjka dla dużych dziewczynek. Ciepła opowiastka ku pokrzepieniu serc. Za dużo w niej zbiegów okoliczności i hollywoodzkich rozwiązań. W kilku miejscach miałam nawet ochotę poprawić autora, ale to nic, bo całość czyta się lekko i przyjemnie. Bardzo podobały mi się nawiązania do pierwszej powieści Galdino, lubię takie mrugnięcia okiem w kierunku czytelnika. Tylko uprzedzam, nie oczekujcie głębi i życiowych refleksji. „Zadbam o to, żeby cię nie stracić” to typowe rozrywkowe czytadło, historyjka idealna na leniwe popołudnie. Pasuje idealnie do kubka kawy i miseczki świeżych owoców lub lodów.

moja ocena: 6/10


Wstydzę się przyznać dlaczego zdecydowałam się sięgnąć po „ADHD”, czyli rozmowę Rafała Księżyka z Tymonem Tymańskim. Spuszczę zasłonę milczenia na swoją naiwność i zdradzę tylko, że mało co mnie tak wkurza jak poranna audycja w takim jednym rockowym radio, którą współprowadzi Tymański. Obaj panowie prowadzący gadają takie głupoty, że uszy więdną, a przy tym wydaje im się, że są zabawni. Poziom ich żartów jest żenujący, a przecież można być złośliwym, dowcipnym i inteligentnym jednocześnie. Niestety nie tym razem. Ale przecież miało być o książce, a nie nudnej audycji. Cóż, książka do dzieł wybitnych też nie należy.

Po „ADHD” nie spodziewałam się cudów, ale byłam bardzo ciekawa jak zaprezentuje się Tymon, a raczej Ryszard Waldemar Tymański, od prywatnej strony. Nie nazwałabym go wybitnym artystą, śpiewa najwyżej średnio, ale w muzycznym światku siedzi od lat i ta otoczka również mnie interesowała. Na dzień dobry Tymański strzelił mi między oczy eskapizmem i sowizdrzalstwem. Na pierwszych stronach muzyk wypowiada się tak górnolotnie, że można latać pod sufitem. Później spuszcza powietrze z balona i gada jak człowiek, ale od czasu do czasu wrzuca jakieś dziwne słowa mające świadczyć chyba o jego elokwencji i inteligencji.

Ponad pięciuset stronicowa rozmowa mniej więcej w połowie zaczyna nudzić, powtarzają się motywy i nazwiska. Ego Tymańskiego puchnie, a sam muzyk zaczyna opowiadać takie bzdury, że ręce opadają. Nie wiem czy częściej byłam zgorszona, czy zniesmaczona. Świat Tymańskiego i jego życiowa filozofia to zdecydowanie nie moja bajka. Przy jego oryginalnej osobowości nawet świry z zielonymi papierami wymiękają. Nie wiem ile w tym wszystkim gry pozorów, dziecinady, ile naiwności, chęci zwrócenia na siebie uwagę, zwykłej głupoty czy zbyt wielkiego ego. W każdym razie wymęczyła mnie ta mieszanka i dla mnie Tymański okazał się zbyt szalony i hałaśliwy. Do tego odnoszę wrażenie, że z muzyka wyrósł celebryta i ta świadomość ani trochę mi się nie podoba. 

moja ocena: 4/10


Trochę wstyd wrzucać Olgę Tokarczuk i jej monumentalne działo do mydłopowidłowego wora (w dodatku w takim mało wymagającym towarzystwie), ale trudno mi sklecić kilka konkretnych zdań na temat  „Ksiąg Jakubowych”, a co dopiero całą recenzję. Nie będę udawać, że oniemiałam z wrażenia, bo wcale tak nie było. Jestem rozdarta między podziwem dla pisarki, a wysiłkiem, który kosztowała mnie lektura. Magia stylu Tokarczuk zadziałała, kilka razy zachłysnęłam się z zachwytu, odnotowałam kilkanaście genialnych cytatów, ale nie śledziłam losów Jakuba Franka z takim przejęciem jakiego bym sobie życzyła. Po raz kolejny utwierdziłam się w przekonaniu, że nie jestem fanką powieści historycznych.

Historia Jakuba Franka i gromady jego zbuntowanych Żydów jest niesamowita i fascynująca. Fabuła kręci się wokół biografii Franka, ale pisarka często odbiega od tematu i sięga do najgłębszych zakamarków epoki. Na przywódcę frankistów patrzymy oczami jego współbraci, zakochanych w nim kobiet, a także wrogów, którzy chcą się go pozbyć. Sam Frank nigdy nie dochodzi do głosu. Nie znamy jego osobistych motywacji i przemyśleń, dlatego bohater przez cały czas pozostaje kimś niedostępnym i tajemniczym.

Doceniam ogrom pracy, który wykonała Olga Tokarczuk. Już sama forma wydania, dbałość o najmniejsze szczegóły, oprawa graficzna, sugerują, że mamy do czynienia z dziełem niezwykłym. Faktycznie, „Księgi Jakubowe” należy rozpatrywać w kategoriach arcydzieła. Osobiście nie czuję się godna, żeby rozdrapywać powieść na kawałki i nawet próbować zagłębiać się w interpretacjach. Całość robi gigantyczne wrażenie, choć czyta się mozolnie, czasem nawet z niechęcią i wbrew sobie. Od tych wszystkich detali (czy aby na pewno niezbędnych?) aż kręci się w głowie. Dzieło Olgi Tokarczuk jednocześnie męczy i zachwyca. Można się nim delektować na wielu poziomach, ale dla mnie najlepsze były momenty z Jentą zawieszoną między życiem a śmiercią. Za każdym razem fragmenty z nią związane zwalały mnie na kolana i pozostawiały w osłupieniu. Dlatego żal mi, że na dziewięciuset stronach było ich tak mało.

moja ocena: 8/10

17 komentarzy:

  1. Mam chęć na książkę Tokarczuk, ale przeraża mnie jej objętość, także w najbliższym czasie raczej po nią nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Właśnie czytam "Księgi Jakubowe". Zgadzam się z Tobą, to przewspaniałe dzieło, dopracowane do ostatniej kropki. Ale czy dla zwykłego czytacza?

    OdpowiedzUsuń
  3. Mam tak samo ;) ktoś kocha sport, ja kocham czytanie i książki :) pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetnie podsumowałaś Księgi Jakubowe: jednocześnie męczy i zachwyca. Galdino jak zwykle w pięknej okładce, nie spodziewałabym się czegoś więcej, jak czytadła w sam raz na lato...ah te Włochy.

    OdpowiedzUsuń
  5. ,,Zadbam o to, żeby cię nie stracić" kusi mnie ogromnie :)
    Moje-ukochane-czytadelka

    OdpowiedzUsuń
  6. Grazie... Ti aspetto a Roma per un caffè... :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. Chciałabym przeczytać "Księgi Jakubowe", ale obawiam się, że ich objętość może mnie powalić :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Chętnie bym przeczytała "Księgi Jakubowe" ale odstrasza mnie ta ilość stron. Nie wiem czy bym przebrnęła przez to opasłe tomiszcze ;). Na pewno byłoby to wyzwanie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawa jestem książki Tokarczuk, ale przeraża mnie liczba stron, a ja jednak nie należę do osób cierpliwych i chyba jednak szybko odłożyłabym w kąt tą cegłę, którą w istocie można kogoś zabić ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zadbam o to, żeby cię nie stracić - Diego Galdino - coś w moim guście :)

    OdpowiedzUsuń
  11. "Księgi Jakubowe" to moje wyzwanie na te wakacje :)

    OdpowiedzUsuń
  12. Mam na półce "Księgi Jakubowe" i nie mogę za nie zabrać. Pozostawię je sobie na długie zimowe wieczory...

    OdpowiedzUsuń
  13. Mam w planach kilka powieści Tokarczuk i to od nich zacznę, bo nie czuję się gotowa na tak monumentalną opowieść. Co do Tymona Tymańskiego to wystarczy mi sposób, w jaki prezentuje się w mediach, bym nie chciała nic o nim czytać.

    OdpowiedzUsuń
  14. Hyhy, mnie też strasznie irytuje Tymański i nikt ani nic nie zmusiłoby mnie do katowania się 500-stronicową rozmową z nim :PPP
    "Księgi Jakubowe" to wyzwanie, nie wiem, czy czuję się na siłach, ale chciałabym spróbować :)

    OdpowiedzUsuń
  15. "Księgi Jakubowe" mnie kuszą...

    OdpowiedzUsuń
  16. Rzeczywiście mydło i powidło, bardzo różnorodne pozycje, ale jakoś żadna mnie nie zainteresowała. Jeśli zaś chodzi o endorfiny, to u mnie uwalniają się zarówno dzięki sportowi, jak i w związku z książkami :D na szczęście również przy wypożyczaniu książek, nie tylko czytaniu, co stanowi wielką ulgę dla mojego portfela ;)
    PS postanowiłam wrócić do blogowania i zapraszam na mojego nowego bloga jeśli jesteś zainteresowana http://patrzac-z-ksiezyca.blogspot.com przepraszam za spam :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Lubię styl Tokarczuk, ale te "Księgi" tematycznie chyba mi się nie spodobają... więc już się nastawiłam, że raczej sobie odpuszczę ;)

    OdpowiedzUsuń