środa, 10 czerwca 2015

Pułapki na nowożeńców, czyli garść przesądów ślubnych i tak zwana tradycja, która mnie wkurza

Nie jestem przesądna, nigdy nie byłam i już pewnie nie będę. Nie ruszają mnie czarne koty, rozbite lusterka, drabiny. Nie rzucam solą przez ramię, nie pukam w niemalowane i nie szukam w amoku guzików na widok kominiarza. Różnych bzdurności, lokalnych mądrości i wiejskich przesądów na świecie dostatek. Na każdą okazję można znaleźć odpowiednie zabobony, oczywiście nie inaczej jest ze ślubem. 
Zabobony nie omijają nawet kościelnych murów, dlatego trzeba zwracać baczną uwagę po której stronie przyszłego męża się idzie, którą nogą przekracza się kościelny próg, a przede wszystkim w drodze do ołtarza rozsiewać uśmiechy na prawo i lewo, bo... no właśnie zapomniałam co. Krótko mówiąc cała weselna otoczka to jedna wielka bzdura. Co jakiś czas kobiety z mojego otoczenia podrzucają mi porady i ostrzeżenia, które uchronią mnie i mojego przyszłego męża przed totalną katastrofą oraz zapewnią długie i dostatnie życie w małżeństwie. Może gdybyśmy przy tym łuskały fasolę, albo skubały pierze to cała sytuacja miałaby swój urok. A tak one swoje, a ja swoje.

Wyszłam już chyba na totalne dziwadło, bo wszelkie około weselne tradycje są dla mnie po prostu głupie i buntuję się przed wprowadzeniem ich na własnej imprezie. Na szczęście narzeczony stoi po mojej stronie. Biorąc pod uwagę naszą olewającą postawę czeka nas jedna wielka małżeńska klapa, bo szczęście czmychnie nam drzwiami, oknami i czym tam jeszcze się da. Wydaje mi się, że tylko dobrą datę ślubu udało nam się wybrać. Wiadomo, jeśli wesele, to tylko w miesiącu zawierającym „r” w nazwie. Czyli nasz sierpień pasuje idealnie. Ponoć najgorzej ślubować w maju, listopadzie, 1 kwietnia (bo to prima aprilis), a także w adwencie i wielkim poście (kościelnych ślubów nie bierze się w tym okresie, więc to ostrzeżenie typowo dla „cywilnych”).

Robiąc mentalny przegląd mojej ślubnej garderoby okazało się, że buciki też mam odpowiednie. Nie tylko są śliczne, choć to akurat mało ważne, ale i mają zabudowane palce i pięty. Nie wiem czy wiecie, ale to bardzo niedobrze, żeby ślubne pantofelki miały odkryte palce, bo wtedy ucieka przez nie szczęście. W ogóle z butami to jest jakiś cyrk, bo miesiąc przed ślubem, a już najpóźniej tydzień przed, trzeba położyć buciki na parapecie, żeby wleciało do nich szczęście i przy okazji wywróżyły dobrą pogodę. Obuwie ma moc! Z kolei w dniu ślubu do butów państwa młodych należy włożyć jakieś pieniążki, żeby zapewnić młodym dobrobyt (i odciski). Jeśli chodzi o wkładanie pieniędzy do ślubnego stroju, to spotkałam się ze zwyczajem, że banknoty wkładane są pannie młodej do stanika (nie wiedzieć po co, pewnie po to, żeby pomacać sobie młodą dziewczynę).

Wszyscy dobrze wiemy, że pan młody nie powinien widzieć swojej przyszłej małżonki w sukni ślubnej przed ślubem. Ale to cudo, w którym panna młoda planuje wystąpić w swoim wielkim dniu, to nic innego jak jedna wielka pułapka i siedlisko wszelkiego zła. Bo jak inaczej nazwać kieckę, której zakładanie bez potrzeby grozi poważnym nieszczęściem? Sukienki nie powinny też przymierzać panny z otoczenia narzeczonej, bo narażą się na pecha i staropanieństwo. Nie jestem pewna kto powinien mi pomóc w zakładaniu sukni w dniu ślubu, ale przesąd głosi, że nie może to być moja mama. To ja teraz jestem ciekawa kto mi lepiej zasznuruje gorset niż rodzicielka, która jest krawcową.

Nie tylko amerykańska, ale też ogólnoświatowa tradycja głosi, że panna młoda powinna mieć przy sobie coś nowego, starego, pożyczonego i niebieskiego. I tak niebieska będzie prawdopodobnie podwiązka, a sukienka nowa. Może któraś z Was chciałaby mi pożyczyć coś starego? No, chyba że kilkumiesięczny pierścionek zaręczynowy się liczy. Bo wszystkie dodatki, które sobie kupiłam (opaskę, kolczyki, biustonosz, majtki i buty) mam nowe i nie mam zamiaru zakładać ich wcześniej i postarzać (no dobra, buty zaczęłam już rozchadzać, ale tylko przez wzgląd na wygodę).

Moja śliczna opaska (z daleka prezentuje się lepiej niż z bliska, ale cicho tam) też ściągnie na mnie tragedię i sprawi, że będę miała przepłakane życie, bo między maleńkimi kwiatuszkami znajdują się perełki (przerażenie w oczach koleżanki, która się o tym dowiedziała – bezcenne). Do totalnej tragedii i pewnie rychłej śmierci brakuje mi tylko pawich piór, ale nijak nie pasują mi do całości, więc je sobie daruję.

Nieświadomie zawaliłam też z obrączkami, bo okazało się, że nie powinno się ich zakładać przed ślubem. Ciekawe jak w takim razie należy wybrać odpowiedni wzór i rozmiar? Panna młoda nie powinna też odbierać ani płacić za obrączki. Cóż, my odbieraliśmy nasze złote krążki wspólnie, więc nie wiem czy to się liczy, a do tego przez jakiś czas trzymaliśmy pudełeczko na wierzchu, bo średnio raz dziennie zakładaliśmy je na palce i szczerząc zęby machaliśmy sobie nimi przez oczami.

Czasami przesądy przeczą sobie wzajemnie, bo ponoć jeśli w dniu ślubu pada deszcz, to młodzi będą płakać całe życie. Z kolei inna wersja głosi, że deszcz to dobra wróżba, bo symbolizuje urodzaj i bogactwo, a więc nowożeńcy, którym pogoda w dniu ślubu nie dopisze są skazani na finansowy sukces.

Akcja rozgrywająca się na sali weselnej to dla mnie Sodoma i Gomora, bo jeden głupi zwyczaj popędza kolejny. A już najgłupsze ze wszystkiego jest rozbijanie kieliszków (oczywiście po raz kolejny chodzi o zaklinanie szczęścia i zapewnianie sobie dostatku) i żenujący tekst kogoś z orkiestry albo innego grajka, żeby pamiętać, że kieliszkami rzucają tylko młodzi, a goście nie. Zadziwia mnie, że goście zawsze wtedy chichoczą z rozbawieniem, choć ten żałosny żarcik słyszeli wcześniej na każdym weselu. Do tego dochodzą sztuczne komentarze w trakcie sprzątania, bo oczywiście, że w stroju księżniczki musisz ganiać ze starą szczotką i nadzorować, żeby świeżo upieczony małżonek, który z nerwów ledwie trzyma się na nogach, dobrze pozbierał szkło.

A ja się uparłam i żadnego rzucania kieliszkami nie będzie. Tak jak i drużek, które jadą po młodego z przyśpiewkami na ustach i bezsensownych kokardek wbijanych gościom w ubrania. A pech i nieszczęście mogą spadać, bo my nie damy się sterroryzować. Przeżyjemy ten dzień po naszemu i koniec :-)

13 komentarzy:

  1. Masakra, o większości przesądów nawet nie słyszałam :)) Mam nadzieję, że większość ludzi nie bierze ich na poważnie!

    OdpowiedzUsuń
  2. I bardzo dobrze, że zachowujecie trzeźwy osąd. Brałam ślub w maju, moi znajomi omdlewali z niepokoju, miałam do ślubu bukiet czerwonych róż, zresztą to nie jedyne przypadki brnięcia pod prąd... W tym roku obchodziłam srebrne wesele. Żyjemy i mamy się dobrze;)

    OdpowiedzUsuń
  3. nie cierpię idiotycznych ślubnych przesądów i zabaw

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam Twoje podejscie. Tak trzymaj! Dla mnie zupełnie jest niezrozumiałe jak przesąd może wpłynąć na małżenstwo czy jego trwałość. Ja nie mialam na ślubie ani nic niebieskiego, ani starego. Nie chciałam też żadnych podwiązek. I nie żałuję :)

    OdpowiedzUsuń
  5. O mój boże, co za głupota. Buty na parapecie, żeby wleciało w nie szczęście? No jasne, lepiej wierzyć w bzdury, niż troszczyć się o związek... Mnie najgłupszym obyczajem wydają się oczepiny i te wszystkie okropne zabawy weselne - masakra. A tak na poprawę humoru - widziałaś teledysk "Sugar" Maroon 5? Mnie on niesamowicie rozbraja; chciałabym sama taki numer na weselu ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nawet nie znałam niektórych przesądów! Rany... jakie to idotyczne - też nie rozumiem tych wszystkich przesądów i śmieję się, jak ktoś omija łukiem nawet słupy, byle tylko pod nimi nie przejść (bo niby co?). Niby XXI wiek, niby wszyscy wiedzą, że nie powinni wierzyć w stare głupie przesądy, które po prostu utwierdziły się w czyichś przekonaniach jako tradycje.
    Bez sensu jest też dla mnie to "r" w miesiącu. Moi rodzice ślubowali w maju i jakoś im to mocnej różnicy nie robiło. A znam ludzi, którzy ślubowali w czerwcu, w październiku no i masz... szczęście coś się nie pojawiło i małżeństwo się rozpadło. Ulala...!

    Bardzo dobrze że stawiasz na swoim ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Słyszałam jedynie o wkładaniu pieniędzy w buty no i o rozbijaniu kieliszków, ale myślałam, że obie te rzeczy to bardziej tradycja, a nie jakieś przesądy. Naprawdę ludzie w to wierzą i się tym przejmują? W XXI wieku? Naprawdę biorą to na poważnie? Bo okej, tradycja, ślubne szaleństwo, jasne - niektóre z tych rzeczy są nawet zabawne, ale żeby w to WIERZYĆ?

    OdpowiedzUsuń
  8. O, o sporej ilości przesądów nie miałam pojęcia. Ponoć też świadkami nie mogą być osoby, które są parą (niby mają stanąć tylko raz przed ołtarzem i to na swoim ślubie) oraz świadkowa nie może być w ciąży. Wiele jest takich bzdur, jedni w to wierzą, inni nie. Raczej się tego nie trzymam, ale niektóre dla zabawy można zachować. ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak to tak, chcesz wszystko zrobić po swojemu? Szalona:P

    OdpowiedzUsuń
  10. Kochana, tak to jest... mnie do tej pory mąż obstawia, że nie wsadziłam w pantofle pieniędzy, bo dlatego nie trzymają się nas pieniądze. :P Z tego co widzę, to i ze mnie słaba Panna Młoda byłam, bo nie zastosowałam się do niczego w zasadzie. :P

    OdpowiedzUsuń
  11. ale się uśmiałam czytając Twój post :)
    Ja również przesądna nie jestem i już datę źle wybrałam, bo wymyśliłam sobie nie wiedzieć dlaczego 31.07, buty miałam zabudowane, ale to tylko dlatego, że były stare po kuzynce (i to nie z przesądu tylko dlatego, że szkoda mi było kupować butów na jeden raz ;)) Kieliszkami chyba rzucaliśmy, ale ... zwyczajnie nie ustaliłam tego ani z obsługą lokalu, ani z dj :) a o całej reszcie przesądów nawet nie słyszałam

    OdpowiedzUsuń