poniedziałek, 22 czerwca 2015

Nowe Sytuacje i Chris de Burgh uratowali Life Festival Oświęcim 2015!

Bilbo Baggins? Nie! Chris de Burgh!

Life Festival Oświęcim 2015 już za nami. Szósta edycja, a zarazem czwarta, w której brałam udział okazała się dla mnie najsłabsza. Ale wystarczy zerknąć na tegoroczny line-up, żeby zauważyć, że  porządny festiwal, który pod względem muzycznym z roku na rok prezentował się coraz lepiej przybrał w tym roku formę festynu. O tym, że organizatorzy zbłądzili i poszli w zdecydowanie złym kierunku może świadczyć choćby niska frekwencja. Ale po kolei.
 
Kolejne zapowiedzi artystów, którzy mieli wystąpić na tegorocznym LFO były dla mnie jednym wielkim rozczarowaniem. Darek Maciborek sam podniósł sobie poprzeczkę Stingiem, Soundgarden i Claptonem, dlatego w tym roku oczekiwałam, że na oświęcimskim festiwalu wystąpi jeszcze większa gwiazda. Osobiście najbardziej wypatrywałam McCartneya albo Stonesów, ale właściwie zadowoliłaby mnie też Bob Dylan, Nick Cave, Neil Young czy U2. Pierwszy raz z własnej woli zdecydowałam, że na LFO nie idę, bo nie ma po co. Dopiero kiedy Bregović sam się wyeliminował, a jego miejsce zajął Chris de Burgh poczułam ekscytację. Usłyszeć „Lady In Red” na żywo? Marzenie!

Zupełnie przypadkiem udało mi się wygrać bilety na piątkowe koncerty. Darowanemu koniowi i te sprawy, więc trochę z ociąganiem zjawiliśmy się na stadionie MOSiR ok. 18:00.  Akurat swój występ zaczynała Mela Koteluk. Dotychczas słyszałam jej piosenki okazjonalnie i nawet nie zmieniałam stacji radiowej, bo brzmiały przyjemnie. Ale dziewczę miauczało przez godzinę, a to było zdecydowanie za długo. Naprawdę uważam, że kobiety śpiewają zdecydowanie gorzej od mężczyzn, a występ Meli tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu.

Po występie Meli, na mniejszej scenie odbył się koncert dnia, czyli występ Nowych Sytuacji. Kapela składająca się z muzyków Republiki i zaproszonych gości miała być tylko jednorazowym projektem. W 2013 r. minęło 30 lat od wydania płyty „Nowe Sytuacje”, czyli debiutanckiego albumu Republiki. Swoim projektem muzycy chcieli uczcić pamięć Grzegorza Ciechowskiego i zaplanowali tylko jedną trasę koncertową. Okazało się jednak, że ludzie domagali się nowych koncertów, dlatego żywot Nowych Sytuacji został przedłużony. Na LFO obok pierwotnych muzyków Republiki wystąpili Jacek Bończyk, Tymon Tymański oraz Natalia Pikuła. Wiadomo, że Ciechowskiego nikt nie jest w stanie zastąpić, ale Jacek Bończyk śpiewał bardzo dobrze, Tymon Tymański nie zawsze dawał radę wokalnie, ale miał swój urok, jednak cały show ukradła panom Natalia. Początkowo jej nietypowa barwa głosu wydawała się irytująca, ale „Raz na milion lat” i „Sexy doll” w jej interpretacji zabrzmiały genialnie. Najlepszym momentem była odśpiewana wspólnie „Biała flaga”!  Nowe Sytuacje pozamiatały i reszta wykonawców mogłaby nawet odwołać swoje koncerty, bo i tak nie udało im się przebić tego występu.

Zasłuchani w "Raz na milion lat" :)
Dalsza część LFO obejmowała występ Kasi Nosowskiej z zespołem Hey. Bardzo lubię Kasię, ale jej klimatyczna muzyka nadaje się do grania w klubach, a nie takich spędach. Poza tym bądźmy szczerzy – Hey na żywo słyszeli już chyba wszyscy poza dziećmi do lat 3 i pacjentami zamkniętych zakładów opieki. Gwiazdą wieczoru była Jessie  Ware, która w Polsce bywa w co drugi weekend, więc to żadna atrakcja. Znałam jej dwie piosenki, tę którą puszczają w radio i tę drugą, którą puszczali wcześniej. Nie przeczę, jej występ był całkiem ładny, miły i przyjemny, ale bez rewelacji. Na końcu zagrała grupa Kensington (też co chwilę bywają w naszym pięknym kraju), której występ został przesunięty na sam koniec, bo panowie utknęli w korku i nie dojechali na czas. Fanką chłopaków też nie zostanę (słyszałam ich po raz pierwszy w życiu). Panowie pochodzą z Holandii i śpiewają po angielsku, ale tak, że zupełnie nie mogłam wychwycić o co rozchodzi się w ich piosenkach. Wszystkie utwory zostały odbite z tej samej matrycy i gdyby nie przerwy między kawałkami, to nie byłoby wiadomo, gdzie kończy się jedna piosenka, a zaczyna kolejna. A myślałam, że takie numery to tylko Kombi i Bajm mają w swoim repertuarze.

Prawie całą sobotę padał deszcz, dlatego pojechaliśmy z Mateuszem dopiero na 19:00. Na scenie jojczył LemON i już po chwili zaczęliśmy nucić po nosem „Błagam, przestań!” Nadal nie mogę się nadziwić kto i po co ich zaprosił. Ale nic to, bo już godzinę później rozpoczął się koncert Chrisa de Burgha! To było COŚ! Pod względem muzycznym artysta zaprezentował się doskonale, śpiewał z głębi serca i wydać było, że przeżywa to, że gra w tym, a nie innym mieście. Chris zapowiedział, że ma dla publiki wiadomość, wyciągnął z kieszenie karteczkę, rozwinął ją i przeczytał łamanym polskim: „Cieszę się, że jestem w Oświęcimiu” (ten Oświęcim składał kolejno z literek, bo cały wyraz nie chciał mu przejść przez gardło). Jego uroczy gest został nagrodzony głośnymi owacjami. Przy „A Spaceman Came Travelling” miałam tak ściśnięte gardło, że niewiele brakło, a popłynęłyby mi łzy. Do tego zaczął padać drobny deszcz, który doskonale podkreślił klimat chwili. Ale największa niespodzianka nastąpiła przy legendarnej „Lady In Red”, bo Chris de Burgh zszedł ze sceny między swoich fanów i odśpiewał utwór przechadzając się między ludźmi. Na moment, sekundę lub dwie, złapał mnie nawet za rękę, więc uważam, że fragment „I never will forget the way you look tonight” był skierowany do mnie i niech nikt nawet nie próbuje zaprzeczać! Artysta grał ponad półtorej godziny i zaprezentował się z najlepszej strony. Wiem, że długo będę przeżywać ten koncert, a do jego piosenek będę wracać z jeszcze większą przyjemnością.

Nowe Sytuacje!
Po jedynym i najlepszym Chrisie zagrała Kayah i Transoriental Orchestra, której udało się przepłoszyć nas do domu. Serio! Nie, żebym marzyła o posłuchaniu UB40, szczególnie, że reggae budzi moją agresję, ale jak już zapłaciliśmy za bilety, to choć kawałek koncertu można byłoby zobaczyć. Ale nie doczekaliśmy, bo Kayah tak wyła, że zwyczajnie uciekliśmy ze stadionu byle dalej od niej. Koszmar!

W tym roku po raz pierwszy na stadionie ustawione zostały dwie sceny. Pomysł okazał się strzałem w dziesiątkę, bo kiedy na jednej scenie trwał występ, to na drugiej już techniczni rozstawiali sprzęt, więc przerwy miedzy koncertami zostały maksymalnie skrócone. I znów można było zauważyć, że publika nie dopisała, bo gdyby zjawił się taki dziki tłum jak w roku ubiegłym, to dla drugiej sceny nie byłoby miejsca.

Jak co roku nie obyło się bez organizacyjnych wpadek. Pierwszą z nich była większość zaproszonych artystów, ale o tym już wspominałam. Nie wiem kto wpadł na tak genialny plan i na środku stadionu postawił firmowy sklepik z gadżetami i namiot w którym można było zdrapać zdrapkę i puścić lotka! Tak bezsensownego rozstawienia jeszcze nie widziałam, ale ten chwyt zastosowano chyba, żeby po raz kolejny zatuszować niską frekwencję. Z kolei miłym zaskoczeniem okazały się porozstawiane co kawałek kosze na śmieci. Pierwszy raz nie  musiałam się zastanawiać gdzie wyrzucić papierki i kilometrami szukać choćby najmniejszego kontenera.

Ponarzekałam, pomarudziłam, ale też zachwyciłam się dwukrotnie. Teraz pozostaje mi czekać na kolejną odsłonę LFO i mieć nadzieję, że następnym razem będzie lepiej. Do zobaczenia za rok :-)

8 komentarzy:

  1. Fantastyczna relacja! Dzięki tym corocznym, LFO kojarzy mi się właśnie z Tobą :)
    Wielka szkoda, że festiwal schodzi na psy, ale cieszę się, że są jeszcze artyści, którzy potrafią pokazać swoją klasę i porwać publiczność. Hyhy, no na Paula to bym się choćby i przyczołgała! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak Paul kiedyś się pojawi (wciąż nie tracę nadziei) to zajmujemy miejsce pod barierką. Oficjalnie oferuję Ci nawet nocleg z wyżywieniem :D Taka dobra będę! :D

      Usuń
  2. Fajnie się czytało (też uważam, że kobiety śpiewają gorzej, a Hey na żywo słyszeli już chyba wszyscy; a jednak nowe wykonania starych kawałków - piję do Republiki - jakoś nigdy mnie nie przekonywały, za to spuściznę Ciechowskiego cenię!), choć wyczuwalny był ten żal i rozczarowanie... Ja od dawna nie bywam na festiwalach, bo mam wrażenie, że są coraz gorsze. Podobnie jak i wielkie koncerty. Duży niesmak mam po Iron Maiden, gdzie koncert w Gdańskiej Ergo Arenie był... po prostu poprawny. Perfekcyjnie wyreżyserowany, zero polotu... a i ludzie grzecznie siedzący w swoich boxach... To już nie to samo. Ach, ale na Neila Younga to i ja bym poszła! Bardzo, bardzo!

    Dobrze, że chociaż Chris sprawił, że się dobrze bawiłaś :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tez nie przepadam za takim odświeżaniem starych kawałków i pewnie nie puszczałabym ich sobie w domu dla przyjemności, bo Ciechowskiego nikt nie podrobi, ale na koncercie była MOC! Genialną atmosferę stworzyli i można było wyczuć, że dla samych artystów śpiewanie tych kawałków jest wielkim przeżyciem i nie robią tego ot tak, dla zabawy. Chętnie posłuchałabym ich jeszcze raz na żywo :D

      Usuń
  3. Zadowoliłabyś się U2? No coś ty ;)
    Nie można tak generalizować, że "kobiety śpiewają gorzej" (od takich generalizacji bierze się całe zło) - krzywdzisz tym wiele wspaniałych artystek

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No wiesz, z łaski na uciechę mogłabym nawet U2 posłuchać :D Wiem, że nie można generalizować, ale serio nie lubię kobiecych wokali. Piszesz o wspaniałych artystkach, a mi żadne nazwisko nie przychodzi do głowy. Nosowską lubię, Bartosiewicz też, ale żeby zaraz chciała puszczać sobie w domu ich piosenki to nie za bardzo... No na feministkę się nie nadaję :D

      Usuń
  4. Po pierwsze: ale macie piękne zdjęcie <3 Tak pomyślałam, że chciałabym już oglądać Wasze zdjęcia z wesela :D
    Po drugie: uwielbiam czytać takie Twoje wpisy, zawsze się uśmiecham pod nosem :D
    Po trzecie: dobrze, że nie wszystko było beznadziejne :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Na Chrisa też bym poszła :) Kumpela była na koncercie Meli i też mówiła, że miauczała. W ubiegłym roku uczestniczyłam w Nowych Sytuacjach we Wrocku :)

    OdpowiedzUsuń