piątek, 29 maja 2015

Nie taka poradnia straszna jak ją malują


Kamień z serca, a kalendarz ze ściany, czyli mówiąc krótko zaliczyliśmy już trzy spotkania w katolickiej poradni rodzinnej, które to są niezbędne do zawarcia związku małżeńskiego. Przed kursem przedmałżeńskim nie miałam żadnych oczekiwań i byłam nawet pozytywnie nastawiona, ale za to przed poradnią wzbraniałam się rękami i nogami. Tyle różnych historii nasłuchałam się od koleżanek, że rozmowa na intymne tematy z panią z poradni była ostatnią rzeczą, o której marzyłam. Ale jak mus to mus. Na spotkania chodziliśmy przez trzy piątki z rzędu i wiecie co? Nie było tak strasznie. A właściwie to było całkiem miło.

Pierwszą zaletą poradni, do której chodziliśmy było to, że nie trzeba umawiać się na konkretny dzień (a w przypadku niespodziewanej zmienny terminu odwoływać wszystkiego), ale po prostu  przyjść w godzinach otwarcia i poczekać grzecznie w kolejce. Nikt z moich znajomych nie chodził do tej poradni, dlatego nie udało mi się zebrać żadnych plotek na temat osób prowadzących, wiedziałam tylko, że są to pan i pani, którzy przyjmują na zmiany według nieznanemu nikomu harmonogramu.

Tematem pierwszego spotkania było budowanie więzi, a prowadził je pan, którego jak się okazało znam służbowo z mojej pracy. Dość niezręczna sytuacja… Widać było, że pan P. był maksymalnie spięty, zmieszany i nie wiedział gdzie podziać oczy, bo jakoś na mnie nie mógł za długo patrzeć. Z logicznym konstruowaniem zdań też miał mały kłopot. Jego zakłopotanie okrutnie mnie rozbawiło, dlatego prze te 15 minut szczerzyła do niego zęby, ramiona drgały mi ze śmiechu, a pod stołem kopałam Mateusza po kostce, żeby pośmiał się razem ze mną. Pan spławił nas bardzo szybko, bo chyba chciał skrócić sobie męki. Wychodząc z poradni miałam złośliwą nadzieję, że drugi temat, ten o naturalnym planowaniu rodziny, też on poprowadzi.

Jednak za drugim razem trafiliśmy na straszą panią, która miała ze 100 lat (przesadzam, ale po 70 była na pewno) i biały włos na głowie. Pani w typie cioci-babci wyciągnęła materiały edukacyjne i słodkim głosikiem, jakby dyktowała mi przepis na placek drożdżowy z truskawkami, zaczęła tłumaczyć nam, choć mówiła głównie do mnie, kalendarzyk i te sprawy. Najpierw rozbroiła mnie data na wykresie cyklu, czyli 1991 rok (!!!), a później zgorszyły porównania szyjki macicy do ucha i nosa oraz szczegółowa analiza konsystencji śluzu. Na szczęście pani powiedziała swoje (my w milczeniu kiwaliśmy głowami) i po pół godzinie byliśmy wolni.

Hitem poradni, czyli najlepszym straszakiem na narzeczone jest konieczność zrobienia wykresu swojego cyklu z zaznaczeniem odpowiedniej temperatury i ułożeniem szyjki macicy. W domu tupałam nóżką i pyskowałam, że ja tego głupiego wykresu rysować nie będę. Koleżanka z pracy obiecała mi nawet, że jak trzeba będzie to rozrysuje mi taki wykres, że mucha nie siada. Na szczęście miła ciocia-babcia nie kazała prowadzić żadnych obserwacji, ani robić rysunków. Właściwie to w żaden sposób nie ingerowała w naszą intymność, ani nie zadawała niezręcznych pytań. Cały czas mówiła ciepłym tonem i potrafiła stworzyć miłą atmosferę, ale rozbroiła mnie stwierdzeniem, że najlepiej współżyć co drugi dzień wieczorem (???) i dobrze byłoby tak raz w miesiącu ze sobą szczerze porozmawiać. Nie wiem dlaczego akurat tak, a nie inaczej, ale nie miałam śmiałości dopytywać.

Według rozpiski trzeci temat w poradni związany jest ze sprawdzaniem i usystematyzowanym zdobytej wiedzy, co w praktyce najczęściej oznacza powtórkę z kalendarzyka. Chichraliśmy się, że Mateusz będzie musiał zrobić pani wykład, bo ja i tak nic z tego nie kumam, poza tym mnie krępują rozmowy tego typu, więc słowa nie powiem. Co prawda nie miałabym odwagi pyskować i kłócić się z panią (zresztą Mateusz też), ale podejrzewam, że zdarzały się wojownicze pary i nieprzyjemne rozmowy. Pani ciocia-babcia zaskoczyła mnie po raz kolejny, bo powiedziała nam tylko kilka słów na temat przysięgi małżeńskiej, stwierdziła, że jak już będziemy mieć dziecko to bardzo ważne jest, żeby je przytulać i głaskać, a od czasu do czasu można też do niego mówi (nadal nie wiem dlaczego do dziecka nie można mówić codziennie) i pożyczyła nam wszystkiego najlepszego w małżeństwie. Całość trwała maksymalnie 15 minut i mówiąc szczerze, to trzecie spotkanie było niepotrzebnym zawracaniem... sami wiecie czego.

Bardzo się cieszę, że wybraliśmy tę, a nie inną poradnię, bo obeszło się bez nieprzyjemnych scysji, a nawet zgarnęłam kilka wesołych wspomnień. Poradnia rodzinna mogłaby być całkiem miłym miejscem, gdyby więcej uwagi poświecić na szkolenia osób prowadzących. Bo dobre chęci i posiadanie szczęśliwej rodziny nie wystarczą, żeby w odpowiedni sposób przekazać innym swoją wiedzę. Kurs psychologiczny i pedagogiczny nikomu by nie zaszkodził, a dzięki temu na wizytach w poradni narzeczeni faktycznie mogliby skorzystać, dowiedzieć się czegoś ciekawego o budowaniu wspólnej relacji albo wychowaniu dzieci. A już szczytem marzeń byłoby, gdyby o naturalnych metodach planowania rodziny opowiadał lekarz lub położna. Wiem, marzenia ściętej głowy, bo niby skąd wziąć na to wszystko pieniądze. A na darmowe porady profesjonalistów nie ma co liczyć. Ale pogdybać można :-)

9 komentarzy:

  1. Trzymam kciuki i życzę by droga do ołtarza nie była wyboista

    OdpowiedzUsuń
  2. Czytając opis Twoich wrażeń z poradni stwierdzam, że nam to się chyba nieźle udało :) Spotkania w parafialnej poradni prowadziła przesympatyczna pani, 3-4 lata starsza od nas i w dodatku w zaawansowanej ciąży! :P Była merytorycznie przygotowana, korzystała z przygotowanych prezentacji i rzutnika, a każda para pracowała z kartą ćwiczeń :) Naprawdę bardzo miło wspominam te kilka spotkań w przeciwieństwie do nauk przedmałżeńskich, które okazały się całkowitą klapą... Jedyną rzeczą, jaką z nich wyniosłam i powtarzaną jak mantra prze prowadzącą było to, że nie powinno się ze sobą współżyć po spożyciu alkoholu :P

    OdpowiedzUsuń
  3. Po tym, co przeczytałam chcę tylko dodać - ale jesteś dzielna :D Tych wszystkich przepraw (nawet jeśli w miarę przyjemnych i krótkich) chyba bym nie zniosła...

    OdpowiedzUsuń
  4. To jest jakieś zjawisko, że praktykuje się u nas nadal coś takiego, rodem z XIX wieku - opowiadanie dorosłym ludziom o kwiatkach i pszczółkach, udawanie, że ludzie nie wiedzą co to seks...

    OdpowiedzUsuń
  5. Powodzenia w dalszej drodze. Dla mnie to brzmi jak meczarnia :D

    OdpowiedzUsuń
  6. Dawno mnie tu nie było...
    Wchodzę na bloga i miła niespodzianka... cykl, za którym szczerze przepadam, mimo mojego sceptycyzmu do małżeństwa. Szalenie podobają mi się jak szczere piszesz co Ci leży na wątrobie i czego się jeszcze obawiasz zbliżając się dużymi krokami do jednego z najważniejszych wydarzeń w życiu każdej kobiety. Doceniam ;) A co do ślubu i weseliska- z pewnością będą cudowne ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Ja z Twojej opowieści wnioskuję, że ta poradnia jest taka straszna jak ją malują ;D przykro słuchać, że tak to wygląda :(

    OdpowiedzUsuń
  8. Podziwiam, ja bym chyba wybuchnęła ze stresu, strachu i śmiechu na zmianę :D

    OdpowiedzUsuń