niedziela, 3 maja 2015

Książkowe mydło i powidło

Rozmarudziłam się ostatnio. Czytam i czytam kolejne tomiska, ale większość z nich nie robi na mnie żadnego wrażenia. Nawet nie chodzi o to, że książka jest zła, raczej po odłożeniu na półkę stwierdzam, że: „Phi, czytało się w życiu lepsze rzeczy”. Dlatego ograniczę się jedynie do krótkiego przeglądu czytadeł, które w niedalekiej przeszłości przeszły przez moje ręce.


Książka Marty Sztokfisz „Chwile, których nie znamy. Opowieść o Marku Grechucie” to idealny przykład na to jak z pomocą niemal 300 stron tekstu wyprowadzić czytelnika z równowagi. Poza kilkoma ładnymi zdjęciami nie podało mi się w niej zupełnie nic. Teoretycznie autorka kieruje swoją opowieść do syna, zachwyca się fenomenem Grechuty i gdzie tylko może podkreśla jaką to jest wielką fanką artysty. No przecież chyba nikt nie bierze się za pisanie biografii kogoś kogo nie lubi (chyba, że autor jest wyjątkowo złośliwą bestią). Właściwie to wątpliwej jakości „dzieło”trudno nawet nazwać biografią, bo wszystko o czym pisze autorka, każdy omawiany temat i fragment życiorysu sprowadza się do psychicznej choroby Grechuty, która przed wiele lat utrzymywana była w tajemnicy. Całość przypomina mi artykuł w jakimś brukowcu, albo tekst z plotkarskiej strony z pieskiem w nazwie. 

Marta Sztokfisz często cytuje różnych ludzi, mniej lub bardziej związanych ze środowiskiem muzycznym i samym bohaterem książki. Nie brakuje anonimowych wypowiedzi, w stylu „wspomina znajomy Grechutów”. Wiarygodność takich fragmentów leży i kwiczy, bo albo ma ktoś odwagę podpisać się imieniem i nazwiskiem, albo niech się nie wypowiada (niezależnie od tego czy wspomina Grechutę dobrze czy źle). Gdyby spróbować wyłuskać z lektury jakiś konkret, to można by napisać artykuł na dwie strony dotyczący poważnej choroby Marka Grechuty. I tyle. Reszta to po prostu lanie wody ku uciesze spragnionej plotek gawiedzi. Żal mi tylko zmarnowanych drzew, papieru i farby drukarskiej. O pieniądzach i czasie nie wspomnę.



Tove Jansson: Mama Muminków” Boel Westin to pod względem edytorskim prawdziwa perełka. Piękne, solidne wydanie zachwyca od pierwszego wejrzenia. Autorka wykonała tytaniczną pracę i stworzyła naprawdę solidną biografię. Nigdy wcześniej nie interesowałam się losami Tove Jansson, dlatego fińska pisarka była dla mnie przede wszystkim Mamusią Muminków. O jej malarskich osiągnięciach nie miałam pojęcia. Uderzyła mnie też pracowitość i wrażliwość ekscentrycznej artystki. 

Początek biografii autorstwa Boel Westin jest rewelacyjny. Pierwsze rozdziały czyta się z prawdziwą satysfakcją. Niestety kiedy autorka dochodzi do Muminków historia życia Tove zmienia się w dogłębną analizę każdego tomu o przygodach uroczych stworków. Odnoszę wrażenie, że przeczytałam rozprawę doktorską na temat twórczości Tove Jansson. Przytłoczyła mnie ta ilość szczegółów, w moim odczuciu niepotrzebnych. Szkoda, że autorka odarła Tove ze wszystkich tajemnic i nie pozostawiła miejsca na niedopowiedzenia. Wszystko zostało pięknie podane na tacy, ale przez to pani Westin odebrała czytelnikom szansę na najcenniejsze co może wypływać z lektury – własną refleksję.




Jest coś nieprzyzwoitego w sięganiu po cudzą korespondencję. Lubię ten dreszczyk emocji kiedy otwieram okładkę i wiem, że już za chwile poznam najintymniejsze myśli autorów listów, bez cenzury, bez udawania i kokieterii. Ale przy okazji zawsze mam wyrzuty sumienia, bo to o czym będę czytać nie jest moja sprawą, nie zostało napisane z myślą o szerokim gronie odbiorców, dlatego nie powinnam wtykać nosa w czyjeś życie. Szczególnie jeżeli chodzi o korespondencję miłosną...

Publikacja Listy na wyczerpanym papierze Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory pod względem wizualnym prezentuje się imponująco. Piękne, kolekcjonerskie wydanie. Mniej więcej połowę z 216 stron stanowią wypełniacze, czyli różne grafiki, pocztówki, zdjęcia, teksty piosenek, o dużych marginesach nie wspominając. Samych listów jest niewiele, ale ich treść jest poetycko piękna, czyli dokładnie taka jakiej spodziewałabym się po Osieckiej i Przyborze. W końcu Agnieszka i Jeremi byli nieprzeciętnym artystami,  geniuszami słowa i wrażliwymi duszami. Ich romans był burzliwy, intensywny i... niezbyt długi. W momencie spotkania on miał 49 lat, ona 28. Ich znajomość zaczęła się z jej inicjatywy. Starszy Pan zadurzył się jak szczeniak. Słał słodkie listy pełne miłosnych wyznań, a Osiecka nie pozostawała mu dłużna. Dlatego „Listy na wyczerpanym papierze” czyta się odrobinę niezręcznie, jakby ukradkiem, żeby nie dać się przyłapać na lekturze.  

Ciężko mi oceniać tę publikację, bo choć same listy mają literacka wartość, to uważam, że powinny pozostać w ukryciu. Przecież nie wszystko jest na sprzedaż. Dodatkowo ciąży mi myśl, że Osiecka rozbiła małżeństwo Przybory. Dla niej Jeremi porzucił żonę i małego synka (który jak dorósł, to bez oporów wyraził zgodę na publikację tych listów, więc teoretycznie nie powinny mnie ruszać wyrzuty sumienia), a to powoduje we mnie moralny sprzeciw i kładzie się cieniem na całościowym odbiorze lektury.

13 komentarzy:

  1. Ostatnio też tak mam, czytam i czytam i coraz mniej książek mnie zachwyca :( Na palcach jednej reki mogłabym policzyć pozycje, które w tym roku zrobiły na mnie naprawdę ogromne wrażenie...

    OdpowiedzUsuń
  2. Żadnej z powyższych nie znam i chyba nie poznam, bo to nie moja bajka :D

    OdpowiedzUsuń
  3. Z Twoich lektur raczej nic mnie nie zainteresowało. Szkoda, że ta historia o Grechucie wypadła tak słabo.

    (ps. masz literówkę- różnych ludzi)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że tak marnie wypadała ta książka o Grechucie (za biografią Tove nawet nie patrzę - nie przepadam za Mumikami;)). Ale Osiecką planuję. Planuję od dawna, bo kiedyś się nią trochę interesowałam (na pracę dyplomową na drugim kierunku musiałam zrobić zestawienie wszystkich jej dzieł, wzmianek o niej, programów telewizyjnych... koszmar! Okazało się, że Osiecka jest wszędzie!), ale rozumiem specyfikę listów. Dlatego zwykle stronię. Od pamiętników, listów, często również od biografii. Inaczej jest z rozmowami (czytam teraz rozmowy z Konwickim i mam ten komfort, że nie wdzieram się nieproszona w czyjeś życie, tylko ktoś te życie dla mnie opowiada; swoją drogą - polecam :)).

    OdpowiedzUsuń
  5. Tak, mam to samo. Czytam i nie wczuwam się w lekturę, bo...nie ma w co się wczuć. Mało książek mnie porusza. Czy to może oznaczać znudzenie? Oby nie...

    OdpowiedzUsuń
  6. Już słyszałam opinię, że książka o Tove Jansson jest zbędnie drobiazgowa. Mimo to mam ją w planach i nadal się rozglądam za okazją. Biorę na poważnie przestrogę przed książką o Marku Grechucie. Zbyt Go lubię... Mówisz, że jest coś nieprzyzwoitego w sięganiu po cudzą korespondencję... Nie myślałam w ten sposób do tej chwili... W zasadzie, w momencie, gdy listy są oficjalnie opublikowane, stają się niezwykłym świadectwem, a jednocześnie ta korespondencja jest już przecież LITERATURĄ. Ale ktoś pierwszy przecież zadecydował o tym momencie, że to co było najbardziej intymne - zostało wystawione na widok publiczny. Więc masz rację... jest coś nieprzyzwoitego w czytaniu cudzych listów. Chyba, że za zgodą autorów... Oczywiście ta myśl nie powstrzyma mnie od dalszych nieprzyzwoitych poczynań... Już czytałam zapowiedzi, że ukazują się listy Iredyńskiego, pisanych z więzienia. Jestem okropnie nieprzyzwoita...;)

    OdpowiedzUsuń
  7. Żadnej z tych książek nie znam i nawet nie mam ich w planach. No, choć może o Mamie Muminków chętnie dowiedziałabym się czegoś więcej, tylko może nie z taką ilością szczegółów... ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Miałam dokładnie te same wrażenia z biografii Tove Jansson - nudna praca doktorska.

    OdpowiedzUsuń
  9. Liczyłam, że pozycja o Grechucie będzie powalająca, ale cóż...

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam tylko "Listy na wyczerpanym papierze" i mam dokładnie takie same odczucia. Zaglądanie do prywatnej korespondencji zawsze jest niezręczne. A dodatkowo to rozbite małżeństwo... i jak tu można patrzeć przychylnym okiem na taką historię?

    OdpowiedzUsuń
  11. No widzisz, ciebie przytłoczyła ilość szczegółów w książce o Tove, a ja bym chciała, żeby było ich jeszcze więcej. ;) Zwłaszcza te literaturoznawcze fragmenty przypadły mi do gustu. :)

    OdpowiedzUsuń
  12. A wiesz, że z cudzą korespondencją, choćby i wydaną (co teoretycznie rozgrzesza czytelnika z wściubiania nosa w nieswoje sprawy), mam ten sam problem? Jeśli w dodatku w tle jest dramat osób trzecich, to już w ogóle... Nietrafiona "biografia" Grechuty - wielka szkoda, przypuszczam, że irytowałaby mnie równie mocno jak Ciebie. No i po raz trzeci - szkoda, że autorka biografii Tove Jansson tak bardzo przejęła się rolą, że nie pozostawiła nic czytelnikowi. Zawsze w takich przypadkach mam wrażenie, że autor traktuje czytelników jak głupców, którym trzeba wszystko podać na tacy, bo inaczej nie dotrze ;/

    OdpowiedzUsuń
  13. Chciałabym kiedyś przeczytać tę o Mamie Muminków :) Mam nadzieję, że szalona ilość szczegółów mnie nie zanudzi :P

    OdpowiedzUsuń