czwartek, 23 kwietnia 2015

Samotność w wielkim świecie



tytuł: Rosjanin to ten, kto kocha brzozy
tytuł oryg.: Der Russe ist einer, der Birken liebt
autor: Olga Grjasnowa
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2015
ilość stron: 200

moja ocena: 7/10

Na co dzień nie zadajemy sobie pytania o tożsamość. Kim jestem? Przecież to pytanie dziecka, które chce znać swoje miejsce w świecie i wiedzieć dlaczego się na nim pojawiło. O ileż ważniejsze jest pytanie o to jaki jestem. Ale Maszę z powieści „Rosjanin to ten, kto kocha brzozy” dręczy to pierwsze pytanie. Prawidłowa odpowiedź pozwoliłaby jej zakwalifikować się do konkretnej narodowości, grupy etnicznej czy społecznej. Określić siebie jakimś konkretem, a nie przez cały czas stać w rozkroku pomiędzy różnymi światami. 

Olga Grjasnowa, młoda, piękna i piekielnie utalentowana pisarka, swoją biografią mogłaby obdzielić przynajmniej kilka dziewczyn w jej wieku. Urodziła się w 1984 r. w Baku. Dorastała na Kaukazie i w Niemczech. Pomieszkiwała w Polsce, Rosji i Izraelu. Wszędzie zbierała cenne doświadczenia. Tak intrygująca kobieta musiała napisać powieść niezwykłą. Niezwykłą w swojej prostocie. Bolesną, zajmującą i hipnotyzującą. I w pewnym stopniu odnoszącą się do biografii autorki. Nie wiem ile jest Olgi w Maszy, i które doświadczenia pisarka podarowała swojej bohaterce. Chyba nawet nie chcę wiedzieć. 

Masza należy do drugiego pokolenia ocalonych z Holocaustu. Jej babcia przeżyła Shoah. Dziewczyna mieszka w Niemczech jako imigrantka. Wraz z rodziną uciekła z ogarniętego wojną Azerbejdżanu. Jej dziecięce oczy widziały najgorsze, a śmierć leżąca na ulicy zabarwiła na czerwono białe buciki. Ale Masza wyrosła na silną i charakterną kobietę. A przynajmniej za taką się uważa. Bohaterka mówi płynnie w pięciu językach i planuje poważna karierę w ONZ. Niespodziewana śmierć ukochanego mężczyzny zmienia wszystko. Zrozpaczona dziewczyna załatwia sobie kiepską posadę w Izraelu, żeby tam przeżyć swoją żałobę. Ucieka od wszystkich i od wszystkiego, ale smutek i cierpienie podążają za nią. 

„Rosjanin to ten, kto kocha brzozy” to gorzka opowieść o szukaniu swojego miejsca w świecie. O poczuciu samotności i wyobcowania. O życiu na walizkach. Bez własnego kraju, bez korzeni, bez przeszłości, a przez to bez łatki, która wydaje się być niezbędna. Masza, Cem i Sami błąkają się po omacku. Wszędzie się obcy. Nigdzie nie mogą w pełni rozwinąć skrzydeł, cieszyć się młodością, odnosić kolejne sukcesy. Bohaterowie żyją, kochają i buntują się po swojemu. Krzywdzą siebie samych i ludzi wokół. To same tragiczne postaci, które na swych młodych barkach niosą zbyt duży ciężar. 

Historia Maszy jest przeraźliwie smutna. Wydaje się, że tylko Elisza nie rezygnował z prób zrozumienia dziewczyny, choć ona odpychała go ze wszystkich sił. Ich związek był intensywny i burzliwy. Dopiero śmierć chłopaka uświadomiła bohaterce co tak naprawdę straciła. Kruchy świat Maszy rozpadł się na kawałki, a ona zareagowała instynktownie i uciekła. Jednak przeżywanie żałoby w samotności jest jeszcze gorsze niż uporczywa obecność zamartwiających się bliskich. Ale o tym Masza musi przekonać się sama, doświadczyć kolejnego bólu i rozczarowania. Przełknąć kolejną gorzką pigułkę i znów uświadomić sobie, że świat nie jest taki, jak być powinien. 

Powieść Olgi Grjasnowej sprawia czytelnikowi ból i uświadamia mu, że we współczesnym świecie bez granic, pełnym nieograniczonych możliwości i otwartym na każdego człowieka, najbardziej prawdopodobna jest samotność. Po lekturze poczułam na nowo więź z ziemną moich przodków, z małym kawałkiem ojczyzny, od którego często chce się uciec, a który jest kotwicą dającą poczucie bezpieczeństwa. Ale co z tymi wszystkimi ludźmi, których wojenna zawierucha rozrzuciła po świecie? Którzy z różnych powodów wybrali emigrację? Z tymi, którzy nigdzie nie są u siebie, bo w podstawach nowoczesnego świata wciąż tkwią stereotypy? Czego im potrzeba, żeby wreszcie poczuć się jak w domu? Zdaje się, że jedynie bliskości drugiego człowieka. Na koniec wypada powtórzyć za mistrzem Gombrowiczem: „a przed człowiekiem schronić się można jedynie w objęcia innego człowieka”.


***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Pani Annie i Wydawnictwu Czarne!

10 komentarzy:

  1. Dopisuję do listy, ale nie tej "na już", bo ostatnio czytam zbyt dużo bardzo smutnych książek, więc na jakiś czas muszę się przerzucić na coś, przy czym się uśmiechnę :) Kolejną pozycję opisałaś tak, że nie mogę się jej oprzeć :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Początkowo nie byłam pozytywnie nastawiona do książki, ale przekonuje mnie to szukanie swojego miejsca na świecie ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. To książka warta uwagi, ale raczej teraz jej nie przeczytam. Obawiam się, że pogoda za oknem nie pozwoliłaby mi przeżyć jej jak należy.

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaciekawiła mnie ta pozycja, lubię takie historie...

    OdpowiedzUsuń
  5. Ta tematyka braku korzeni skojarzyła mi się z "Cudzoziemką", która to nigdzie nie przynależy. Kolejne skojarzenie, może nie tak dosłowne, to Konopielka o kobiecie, która przenosi się z miejsca na miejsce, nigdzie nie będąc dłużej. Możliwe, że przeczytam, zainteresowałam się ostatnio historiami emigrantów z tamtejszych rejonów.

    OdpowiedzUsuń
  6. Pomimo tego, że książki o takiej tematyce jak ta bardzo mnie przygnębiają i bardzo trudno jest mi się po ich przeczytaniu pozbierać, tozawsze do nich lgnę. Tak jest i tym razem.

    OdpowiedzUsuń
  7. Książka na pewno bardzo wartościowa i warta przeczytania, ale nie teraz... ja muszę wyjść z doła, a nie zapadać się bardziej :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja trochę tej książce już się przyglądałam z daleka i pewnie kiedyś się do niej zbiorę ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. To prawda, strasznie smutna ta historia :( Czasami dopiero po stracie wiemy, co tak naprawdę od nas odeszło. Będę mieć ją na uwadze.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo interesująca lektura, widzę, że koniecznie muszę ją przeczytać!

    OdpowiedzUsuń