niedziela, 12 kwietnia 2015

Rock'n'rollowy bunt



tytuł: Leksykon buntowników
autor: Max Cegielski
wydawnictwo: Agora
rok wydania: 2013
ilość stron: 360

moja ocena: 6/10

Pamiętasz ten dzień? Masz jakieś trzynaście lat, po raz pierwszy słuchasz albumu „Nevermind” Nirvany i podświadomie czujesz, że ta chwila będzie przełomową w twoim życiu. Muzyka ma nowy, nieznany wcześniej smak, jest głośna, chaotyczna i wkurza rodziców. Tak brzmi bunt. Wydaje ci się, na całym świecie nie ma lepszej kapeli. Masz rację, wydaje ci się, ale ta refleksja przyjdzie później, kiedy ta szalona muzyczna miłość zacznie mijać. Sentyment zostanie ci na zawsze, a te dźwięki będą prowokować szybsze bicie serca i wywoływać uśmiech na twarzy. Niezmiennie będą ci przypominać tę wesołą dziewczynkę w czerwonej, flanelowej koszuli (wyłudzonej od ojca górnika), która miała wtedy głowę pełną marzeń i naiwne, ale też niewinne spojrzenie na świat. Jeśli przechowujesz w swojej pamięci podobne wspomnienia, to książka Maxa Cegielskiego „Leksykon buntowników” jest właśnie dla ciebie!

Max Cegielski, dziennikarz, pisarz, radiowiec i poeta, a przede wszystkim rasowy buntownik przedstawia swoją wersję historii buntu. Żeby odnaleźć się w czasie i miejscach autor posiłkuje się postaciami znanymi ze świata muzyki, literatury i sztuki. Wszystko zaczyna się od Jacka Kerouaca i Allena Geinsberga, jako tych, którzy przełamali pewne tabu, a ich dzieła stały się inspiracją dla kolejnych pokoleń. Ogólnie fragmenty ukazujące połączenia między bohaterami i ich wpływ na rozwój kolejnych artystów podobały mi się najbardziej. Zaprezentowane biografie są krótkie, treściwe i poprzecinane fragmentami wypowiedzi rożnych ludzi kojarzonych bezpośrednio ze środowiskiem artystycznym. Zwięzłe biogramy zupełnie nie wyczerpują tematu, ale też nie o to chodziło Cegielskiemu, bo muzycznych biografii ci na polskim rynku wydawniczym dostatek. Jego książka powstała raczej z sentymentu i na tym polega jej urok.

Bohaterowie Cegielskiego to mieszanka charakterów, osobowości i osobliwości. Niektórzy artyści przywołani przez autora są mi zupełnie obojętni, bez innych nie wyobrażam sobie codziennej egzystencji. Lennona kocham, Cobaina uwielbiałam kiedyś, dziś bardziej doceniam Grohla (o którym Cegielski nie wspomina, bo też żaden z niego buntownik, choć muzyk doskonały), Dylana i Bowiego słucham, bo lubię, a Boba Marleya czy Magika z Paktofoniki nie znoszę. Ale mimo moich prywatnych fascynacji fajnie było poczytać o wszystkich, dowiedzieć się czegoś nowego, przypomnieć sobie kawałki, które kiedyś dudniły mi w uszach dniem i nocą. 

Do książek muzycznych podchodzę zawsze z przesadnym entuzjazmem. Wcale nie muszę być wielbicielką jakiegoś artysty czy kapeli, żeby chcieć zapoznać się z biografią. Bo w publikacjach tego typu najważniejsza jest muzyka i właśnie to bawi mnie w nich najbardziej. Niestety księga Cegielskiego trochę mnie rozczarowała. Spodziewałam się czegoś lepszego do czytanie, a tylko podczytywania w wolnych chwilach. Bo okazało się, że przy dłuższym czytaniu lektura zwyczajnie nudzi. A przecież każdy z bohaterów zajmuje zaledwie kilka stron. „Leksykon buntowników” okazał się fajną czytelniczą ciekawostką. I tyle. Jeżeli szukacie dobrej, muzycznej rozrywki, to lepiej obejrzyjcie sobie film „CBGB” Randalla Millera ze znakomitą rolą Alana Rickmana (jakby którakolwiek jego rola nie była genialna). To dopiero jest kronika buntu!

11 komentarzy:

  1. Ja swoją buntowniczą młodość zacząłem nieco wcześniej bo gdzieś w wieku 9 lat ;] I choć od Nirvany się nie zaczęło, to jednak czas końca podstawówki i gimnazjum upłynął mi właśnie na zasłuchiwaniu się w twórczość Cobaina i spółki. Z namaszczeniem przesłuchiwałem każdy zdobyty album - długograje, ep-ki, single a nawet bootlegi, których notabene miałem od cholery (min. "Last concert in Japan" czy "Grunge is dead"). Wciąż mam sentyment do tego zespołu, wciąż na półkach mam ich kasety choć te zdążyły obrosnąć już kurzem minionych lat, w czasie których moja muzyczna podróż zaprowadziła mnie w zupełnie inne rejony.
    W każdym razie Twoją recenzję świetnie się czytało i czuć w niej było tego małego duszka dawnej, buntowniczej Marty ;]

    P.S. Moja mama wciąż patrzy się na mnie podejrzanie za każdym razem gdy do domu przychodzi paczka z "nowymi" kasetami. O koszulkach z zespołami już nawet nie wspominam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Najpierw muszę się wziąć w końcu za Kerouaca. ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś tak nie odczuwam szczególnej chęci do czytania o życiu muzyków. Jedną czy dwie wybrane publikacje bym poznała, ale myślę, że na tym by się skończyło ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tematy mi bardzo bliskie (chyba wielu z nas zaczyna od Nirvany, a potem jednak przegląda na oczy;)). Był czas, gdy lubiłam czytać o muzykach, o buncie (głównie w czasie jakiegoś własnego buntu), potem długo długo nie sięgałam po muzyczne lektury. Ale Cegielskiego bym przeczytała (albo podczytała, jeśli rzeczywiście trochę nudzi). W sumie teraz jest dobry moment, by odpowiednio z dystansu spojrzeć na swoje szczeniackie muzyczne upodobania ;) Mi z takiego wczesnego zachłyśnięcia muzyką pozostał Pink Floyd i Zeppelini. Słuchałam ich jako dzieciak na winylach i słucham ich teraz (na tych samych winylach nawet). A reszta pozostała gdzieś w przeszłości i pojawia się wyłącznie jako sentyment :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez chwile wyobraziłem sobie Ciebie w potarganych włosach, koszulce z facjatą Cobaina i starą, flanelową koszulą, w potarganych dżinsach i kolczykiem w nosie, jak buntując się ładnie mówisz "Nie!" do mamy, która woła Cię na obiad ;P

      Usuń
    2. Z tym obiadem to dobrze strzelasz :D A kolczyk miałam w brwi :]

      Usuń
    3. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
  5. Mnie niestety te czasy ominęły nad czym każdego dnia ubolewam. Dlatego bardzo zazdroszczę zarówno mojej mamie jak i każdemu kto urodził się w tamtych przełomowych, fantastycznych czasach, które były jedyne w swoim rodzaju i nigdy już nie powrócą. Ciesz się, że masz takie wspomnienia i ceń je ponad miarę. W naszych czasach ten bunt teraz wygląda nieco inaczej u większej populacji nastolatków, nie uważasz?
    Ale może to i dobrze... Sama nie wiem..

    Co do książki mnie przekonałaś, choć nie do końca spełniła ona Twoje początkowe kryteria. Przywołany przez Ciebie tytuł filmu również obejrzę :>

    P.S
    W którym roku się urodziłaś?

    OdpowiedzUsuń
  6. To były super buntownicze czasy, faktycznie miałam chyba 13 lat, ubierałam się na czarno, słuchałam metalu, miałam plakaty również Nirvany, hehe nawet paznokcie na czarno malowałam :) A teraz został sentyment, dlatego tym chętniej po książkę sięgnę.

    OdpowiedzUsuń
  7. Szkoda, szkoda, szkoda! Chętnie bym przeczytała - no może nie tę akurat książkę - ale coś w tym stylu właśnie ;)

    OdpowiedzUsuń