czwartek, 2 kwietnia 2015

Powinien żyć w ludowej legendzie jako nielegalny święty...



Andrzej Stasiuk
Powinien żyć w ludowej legendzie*

O tym, że powoli zaczyna odchodzić, że powoli zaczyna się wybierać najdłuższą z dróg, dowiedziałem się okrężną drogą. Pewien duży zachodnioeuropejski tygodnik poprosił mnie, żebym napisał tekst o wielkości i znaczeniu jego pontyfikatu, o znaczeniu jego postaci. Odpisałem: sorry, nie jestem hieną. Odpisali: OK, rozumiemy. Nabrałem jednak pewności, że zaczęło się odliczanie, że tym razem nie będzie cudu tak jak wtedy, po zamachu. Jeśli duży zachodnioeuropejski tygodnik zamawia coś w rodzaju nekrologu, to dobrze wie, co robi i najprawdopodobniej ma informacje z najlepszych źródeł.

Zacząłem czekać na jego śmierć. To było jedno z najdziwniejszych uczuć w życiu. Przecież nie chciałem, żeby umarł, ale jednocześnie wiedziałem, że jego śmierć będzie w istocie zdarzeniem radosnym i podniosłym, będzie wypełnieniem losu i jednocześnie próbą, na którą wystawione zostaną nasze umysły i serca. Jego wielkie „Nie lękajcie się!” miało się wreszcie dokonać, poezja i retoryka miały się przyoblec w rzeczywistość. Słuchałem radia, czytałem gazety. Nasłuchiwałem jego słabnącego, niewyraźnego głosu, oglądałem fotografie jego udręczonej twarzy, jego umartwionego ciała. Mój Boże, czułem smutek i jednocześnie radość, bo oto on miał odwagę pokazać całemu światu, jak umiera człowiek. Powtarzałem w duchu: pokaż nam wszystkim, jak się umiera, pokaż, czym jest los człowieczy, pokaż, czym jest wielkość ducha pomieszana z nędzą cielesności, pokaż nam wszystkim, czym jest człowieczeństwo.

I teraz, gdy jest już po wszystkim, wydaje mi się, że on w swojej mądrości i dowcipie najważniejszą lekcję zachował na sam koniec. Zostawił nas ze swoją śmiercią jak z zadaniem, które musimy odrobić już bez jego pomocy. Zostawił nam swoją śmierć, swoje umieranie w testamencie. W tym zidiociałym świecie, gdzie starość staje się przestępstwem, gdzie choroba i słabość zakrawają na zbrodnię, gdzie ten, kto nie ma sił, by produkować i konsumować, staje się wyrzutkiem, gdzie upadek i nędza dopuszczalne są jedynie w telewizyjnych doniesieniach z dalekich lądów - on miał odwagę umierać na oczach milionów, miał odwagę stawiać nam przed oczy swoje wynędzniałe ciało, swoją twarz ściągniętą cierpieniem, swoje powłóczenie nogami, swoją agonię. To była jego ostatnia lekcja, gdy nie mógł już mówić.

Nie trzeba być chrześcijaninem, nie trzeba być wierzącym, by ją pojąć. Ta lekcja była skierowana do nas jako ludzkiej wspólnoty i mówiła nam, że nikt nie powinien cierpieć i umierać w samotności. Że cierpienie i śmierć każdego z nas są sprawą nas wszystkich. Cud narodzin ludzkości był cudem narodzin wspólnoty. Dzisiaj zbijamy się w stada, by się bawić, zagłuszać strach albo walczyć. Żeby umrzeć, odchodzimy w samotność, lecz w gruncie rzeczy jesteśmy po prostu usuwani z pola widzenia, by nie psuć humoru innym. Śmierć, o której wiemy, że nadejdzie — i ta świadomość radykalnie odróżnia nas od zwierząt — stała się czymś w rodzaju wstydliwej choroby. Zamiast kształtować nasze życie i nadawać mu sens, śmierć została przepędzona gdzieś na pogranicze horroru i medycyny. I możemy się cieszyć odzyskaną zwierzęcością, która ma nam dać błogie poczucie nieśmiertelności. Ale jesteśmy w tym smutniejsi i żałośniejsi niż zwykły pies, który przeżył swoje psie życie bez lęku przed tym, co ma nadejść.

*
Dzisiaj usłyszałem w radio, że Benedykt XVI mocą swojej nieodwołalnej decyzji umożliwił natychmiastowe wszczęcie procesu beatyfikacyjnego. To zapewne piękny i doniosły gest. Przypomina mi jednak trochę — z zachowaniem proporcji oczywiście — gorączkę w moim kraju. Tutaj proces beatyfikacji trwa od bardzo dawna. Teraz przybrał tylko na sile. Już przed śmiercią Papieża stało w Polsce około 230 jego pomników. W kwietniu i maju kilkaset miast wystąpiło z inicjatywą wzniesienia monumentów. Najtańszy, naturalnej wielkości, wykonany z tworzywa sztucznego kosztuje 4 tysiące złotych. Czterometrowy — 12 tysięcy. Poza tym planuje się usypywanie gigantycznych kopców, budowę wielkich bram czy też łuków tryumfalnych oraz wznoszenie posągów wielkości przynajmniej Statui Wolności. Tak więc decyzja Benedykta XVI wydaje się przy tych pogańskich zabiegach posunięciem skromnym, tradycyjnym, całkiem chrześcijańskim i tylko trochę gorączkowym.

I świętość, i pomniki zniweczą pamięć o nim. Zniknie jego człowieczeństwo, jego cierpienie, jego prostota, jego białe skarpetki i brązowe pantofle i jego słowiańska twarz z biegiem lat coraz bardziej upodabniająca się do twarzy ludzi ustawiających jego fotografie na parapetach wiejskich chałup. To wszystko zniknie zakute w brąz, przepadnie w woni kadzideł. Nikt nie powinien robić z niego świętego. Powinno mu się dać święty spokój. Powinien żyć w ludowej legendzie jako nielegalny święty, jako święty nieortodoksyjny, do którego można modlić się o rzeczy dla urzędowych świętych nie do przyjęcia. A może nawet trudne do zaakceptowania dla samego Pana Boga. Amen.

 

* Tekst pochodzi z tomu „Jan Paweł II w literaturze polskiej” opracowanego przez Krzysztofa Dybciaka, s. 333-335, Centrum Myśli Jana Pawła II, Warszawa 2008. W mojej skromnej opinii to najlepsza książka zbierająca wspominki o Ojcu Świętym. Wszystkie teksty zebrane w publikacji są osobiste i poruszające, wywołują u mnie potoki łez, ale ten autorstwa Stasiuka lubię najbardziej.


4 komentarze:

  1. Myślę, że już dawno trafił do "ludowej legendy jako nielegalny święty"...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pomyślałam coś podobnego - u nas w szkole recytowano ostatnio różne anegdoty z życia papieża, podobnie jak to się robi, gdy wspominamy inne znane osoby, których wizerunek rozpowszechniają takie opowiastki, wspomnienia. :)

      Usuń
  2. 10 lat, a pamiętam jakby to było wczoraj..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie, kiedy ten czas tak zleciał.. I pamiętam jak papież mówił, że nie chce pomników, a powstało ich chyba tysiące, niemal w każdym mieście..

      Usuń