wtorek, 28 kwietnia 2015

Odłamki roztrzaskanego życia



tytuł: Odłamki
tytuł oryg.: Shards
autor: Ismet Prcić
wydawnictwo: Sine Qua Non
rok wydania: 2015
ilość stron: 432

moja ocena: 6/10

W trakcie lektury „Odłamków” z łatwością można ulec iluzji, że ma się do czynienia z literaturą faktu. Ta reportażowa forma jest najmocniejsza stroną prozy Ismeta Prcicia. W powieści wydarzenia fikcyjne mieszają się z tymi prawdziwymi, przeżytymi i zapamiętanymi przez autora. Trudno jednoznacznie stwierdzić, w którym miejscu znajduje się cienka granica fikcji i rzeczywistości. Ale w ostatecznym rozrachunku nie ma to większego znaczenia, bo strach i ból płynące z opowieści Prcicia są prawdziwe.

Ismet, jak każdy nastolatek w jego wieku, chce robić tylko to co lubi najbardziej. Chłopak angażuje się w teatr, spotyka z przyjaciółmi i zakochuje po raz pierwszy. Jego życie mogłoby być zwyczajnie piękne, przepełnione młodzieńczymi nadziejami, szczeniackimi wybrykami i drobnymi błędami. Mogłoby, ale nie jest, bo chłopak jest Bośniakiem, a w jego kraju aktualnie szaleje wojna. Co prawda wszyscy próbują zachowywać chociaż pozory normalności, dostosowują się do trudnych warunków, ale strach paraliżuje wszystko i wszystkich. Nagle Ismet dostaje szansę na lepsze życie – może wyjechać do Ameryki i tam w spokoju kontynuować naukę, pracować i cieszyć się młodością. Przyszłość znów nabiera kolorów, problem polega na tym, że za oceanem chłopak będzie zupełnie sam, bo wszyscy jego bliscy muszą zostać w Bośni. 

„Odłamki” to przede wszystkim historia młodego uchodźcy, opowiedziana z jego perspektywy. Suma jego przeżyć, traum i strachów. Opowieść o tym z jaką łatwością american dream zmienia się w koszmar. Nie dlatego, że ludzie są wrogo nastawieni, bo Ismet nie ma problemów z nawiązywaniem kontaktów. Szybko zdobywa nowych przyjaciół i poznaje dziewczyną, która chce otoczyć go swoją miłością. Ale wyrzuty sumienia nie dają mu spokoju. Bo jak można wstawać każdego ranka, cieszyć się słońcem, beztroską i piękną dziewczyną u boku, kiedy nie wiadomo, co się dzieje z matką, która została daleko w domu. Może jest głodna, chora, martwa. Może tęskni i płacze całymi dniami. A może leży gdzieś przywalona odłamkami gruzów i nikt nie martwi się nawet o to, żeby ją godnie pochować.

Tak, „Odłamki” to opowieść o Ismecie i Mustafie. Dwóch młodych mężczyznach, których losy splatają się w przedziwny sposób. Ale dla mnie największą bohaterką Ismeta Prcicia jest matka. Kobieta, która chce tylko ocalić swoje dziecko, wypchnąć go jak najdalej od siebie, od domu, byle był bezpieczny. Nie bacząc na konsekwencje i przełykając własny strach. Dlatego najlepsze fragmenty ze wszystkich, to według mnie listy Ismeta do matki. Bolesne i przerażająco szczere. To w nich widać cały dramat młodego uchodźcy, rozdartego między tęsknotą za domem, a nowym, bezpiecznym życiem. Bo Ismet stoi pod ścianą i musi wybierać między mniejszym i większym złem. Zdecydować co jest gorsze – wojenna codzienność i strach zaglądający przez okna do domu, czy normalne, spokojne życie z dala od bliskich. 

Książek związanych z wojenną traumą czytałam aż nazbyt wiele. Na ich tle „Odłamki” wyróżniają się... humorem. Autor wrzuca swojego bohatera w wir nieraz absurdalnych wydarzeń i stawia go w sytuacjach, w których śmiech jest najlepszym lekarstwem na całe zło świata. W „Traktacie o łuskaniu fasoli” Wiesław Myśliwski zauważył, że: „Śmiech to zdolność człowieka do obrony przed światem, przed sobą. Pozbawić go tej zdolności to uczynić go bezbronnym”. Dlatego czytelnik śmieje się razem z Ismetem, nawet jeśli czuje się niezręcznie, nawet jeśli jego rozbawienie jest nie na miejscu. Śmieje się żeby nie zwariować, żeby zachować pozory i resztki normalności.

Ismet Prcić składa opowieść z odłamków swojego roztrzaskanego życia, ale chowa się bezpiecznie za fikcją literacką. Zachowuje dystans względem siebie i swoich bohaterów. Język powieści jest prosty, naturalny, niemal mówiony. Autor bywa wulgarny i dosadny, ale dzięki temu jego tekst nabiera autentyczności. Prcić jest jednym z wielu, którzy opowiadają historie o wojennych traumach licząc na zbawienny wpływ literatury. Bo morał płynący z jego opowieści jest tylko jeden. Wojna niezależnie od czasów, miejsca i stawki, o którą toczą się walki zawsze jest złem. Zawsze sieje spustoszenie i niesie ze sobą śmierć, a w najlepszym przypadku zostawia ludzi z odłamkami roztrzaskanych życiorysów. Ile jeszcze podobnych historii musi powstać, żebyśmy wreszcie zaczęli uczyć się na błędach?  

 ***
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Sine Qua Non!

8 komentarzy:

  1. Coraz więcej recenzji tej książki spotykam, chętnie i ja ją w końcu przeczytam, bardzo mnie interesuje!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jestem ciekawa tej książki. Szczególnie tego złudzenia, że mamy do czynienia z literaturą faktu :) I w dodatku wprowadzenie elementów humoru wydaję mi się ciekawym zabiegiem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo zaskoczyła mnie Twoja recenzja- do tej pory czytałam tylko niepochlebne opinie o tej książce. Teraz już sama nie wiem- chyba jednak będę musiała sama ją przeczytać i ocenić :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zaciekawiłaś mnie, choć osobiście nie przepadam za książkami tworzonymi w formie reportażu. Nie mnie jednak trzeba czasami otwierać się na różne formy przekazu treści.

    OdpowiedzUsuń
  5. Mam ją już w planach. Nie moge sie doczekać aż ją przeczytam, choć bardzo się tego z drugiej strony boje. Nakład emocjonany mnie nieco przeraża.

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo dobry post! Książka musi się u mnie znaleźć :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przychodzi mi taka książka na myśl, w której autor nie eksponuje dramatyzmu, raczej banalizuje wydarzenia przez śmiech. Czasem jest to śmiech przez łzy... To "Śmierć pięknych saren"... Podkreślasz postać matki. Przypuszczam, że to są bardzo wzruszające fragmenty...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam "Śmierć pięknych saren". Wspaniała książka! "Odłamkom" sporo do niej brakuje, ale jest coś w tym skojarzeniu :)

      Usuń