czwartek, 16 kwietnia 2015

Nauki przedmałżeńskie, czyli obowiązkowy kurs dla narzeczonych zaliczony




Opowiadając wam o moich przygodach związanych z przygotowaniami do ślubu nie spodziewałam się takiego odzewu z waszej strony, tylu ciepłych słów, uśmiechów i pełnych wsparcia komentarzy. W tym miejscu chciałabym podziękować wszystkim razem i każdemu z osobna. Miałam zamiar zrobić to w komentarzach, ale niestety brakuje mi czasu na blogowanie pełna parą, tonę w zaległościach, dlatego wybaczcie. Ale ja dziś nie o tym. Nasze ślubne przygotowania nabierają tempa, a my odhaczamy kolejne punkty z listy „do załatwienia”.

Obrączki kupione (czekamy na grawer), zaproszenia zamówione (są w trakcie produkcji), nawet opaskę ślubną kupiłam (pomysł na fryzurę zostawiam fryzjerce). Przyszła więc pora na nauki przedślubne, czyli obowiązkowy „kurs” dla wszystkich chcących przystąpić do sakramentu małżeństwa. Ponieważ nie wyobrażam sobie ślubu innego poza kościelnym, to trochę z ociąganiem musieliśmy się zapisać na nauki. Do I komunii człowiek przygotowuje się rok, do bierzmowania dwa lata, więc dwa dni wykładów przedślubnych i trzy wizyty w poradni to niby niewiele, ale większość par traktuje to jak zło konieczne, które trzeba zaliczyć, żeby dostać kolejny papierek.

Wybraliśmy najbliższą parafię oferującą kurs weekendowy. Mateusz trochę marudził, ja nie miałam żadnych oczekiwań, a przynajmniej nie chciałam od razu nastawiać się negatywnie. Na dzień dobry organizatorzy skasowali składkę po 100 zł od pary, choć nadal nie wiem za co to było i dlaczego tak dużo. Mimo tego „optymistycznego” akcentu spotkanie w gronie dwunastu par okazało się zaskakująco miłe. Prowadzący (małżeństwo z trzydziestoletnim stażem) okazali się serdecznymi, ciepłymi i wzbudzającymi zaufanie ludźmi (szczególnie pani Ania, która sprawiała wrażenie miłej cioci, której można się zwierzyć ze wszystkich problemów).

W trakcie sobotniego spotkania rozmawialiśmy głównie na temat miłości i wierności, czyli analizowaliśmy treść przysięgi małżeńskiej. Całość kręciła się wokół rodziny, wspólnego życia i wielu przyziemnych spraw, od czasu do czasu zahaczając o kwestie wiary. Poszczególne tematy przerywane były zabawami i ćwiczeniami, które miały prowokować nas do przemyśleń i późniejszych rozmów we dwoje. Jednym z zadań było wypisanie w punktach co chcielibyśmy osiągnąć w małżeństwie za 10 lat. Najbardziej ucieszyło mnie to, że wpisaliśmy z Mateuszem to samo, zgodziła się nawet kolejność. Nie jesteśmy z tych, którzy analizują swój związek i cały czas rozmawiają na temat przyszłości, dlatego to doświadczenie było dla mnie bardzo budujące.

Po godzinnej przerwie mieliśmy spotkanie z księdzem. Generalnie lubię księży i mam do nich pozytywne nastawienie, ale nie mogę się nadziwić jakim cudem ten człowiek został dopuszczony do rozmów z młodymi ludźmi przygotowującymi się do ślubu. Nie jestem pewna, czy ton księdza był bardziej kpiący, czy obrażony, że w tak ładny dzień musi z nami siedzieć. Duchowny powiedział nam tylko jakie papiery trzeba przynieść ze sobą, żeby spisać protokół przedślubny i omówił pokrótce przebieg mszy ślubnej. Stwierdził na przykład, że po ewangelii zawsze jest kazanie. Krótkie czy długie, to nie ma znaczenia, ponieważ my i tak nic z niego nie zapamiętamy, więc jakie by nie było, to i tak będzie złe. W tym tonie prowadził wszystkie swoje dywagacje. Gdybym miała iść do niego spisywać ten nieszczęsny protokół to chyba zemdlałabym ze stresu. Nigdy w życiu nie chciałabym tez trafić do takiego księdza do spowiedzi. Niestety to krótkie spotkanie (bo ksiądz uznał, że jest ładna pogoda, dlatego zrobimy sobie wagary, chociaż to chyba jemu nie chciało się do nas gadać) trochę zepsuło mi obraz całości i pozostawiło po sobie gorzki posmak.

Z kolei w niedzielę mieliśmy niemal trzygodzinny wykład na temat naturalnego planowania rodziny (w skrócie NPR). To była droga przez mękę! Nasi mili prowadzący przyjęli stanowisko informujące, niczego nie narzucali, nie straszyli piekłem oraz rozprawili się z wieloma mitami narosłymi wokół NPR i za to im chwała. Nie twierdze, że ten punkt programu nie jest potrzebny, bo dobrze wiedzieć jaką ma się alternatywę, ale trzy godziny to zdecydowanie za dużo. Słowa takie jak plemnik, pochwa i owulacja zostały odmienione przez wszystkie przypadki i powtarzane zdecydowanie za często. Natomiast słuchanie o życiu intymnym prowadzących było dla mnie bardzo krępujące. Ilustracje pomocnicze również nie należały do przyjemnych. Kiedy po zakończeniu wreszcie wydostaliśmy się z salki żartowałam do Mateusza, że czuję się skrzywdzona psychicznie i już nigdy nie będę tą samą osobą.

Teraz czekają nas jeszcze trzy wizyty w poradni. Coś mi się wydaje, że tam będzie wałkowany już tylko jeden temat. Chyba muszę się nastawić na kolejne krzywdy moralne :-)


29 komentarzy:

  1. Śliczny pierścionek :))) Gratuluję wyboru n owej drogi życia :)
    Z tego co ja pamiętam moje nauki przedmałżeńskie to była jedna wielka farsa. Było chyba z 15 par, tłok, harmider i chodziło jedynie o zdobycie pieczątki. NIe było dyskusji tylko suchy wykład, którego i tak nikt nie słuchał. Jedni czytali książki, gazety inni odpływali w rejony swojej wyobraźni :P Ale lekcja planowania rodziny była już indywidualna i masz rację to była męka :) A to było 13 lat temu!

    OdpowiedzUsuń
  2. My chodziliśmy co tydzień na spotkanie, z którego nigdy nic ciekawego nie wynosiliśmy (poza pieczątką), ale za tzw. co łaska na ostatnim. Na jednym przez godzinę prowadzący opowiadał o swoich podróżach do Ziemi Świętej i wielbłądach... Czas trochę zmarnowany. Dlatego poradnię z planowaniem udało nam się załatwić ekspresową "dwugodzinną", za dwie stówy. Po wszystkim odetchnęliśmy. Przeżyliśmy (:

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Każdy reaguje właśnie westchnieniem ulgi, a chyba w domyśle nie o to w tym wszystkim chodzi. Szkoda, że prowadzącym brakuje pomysłu jak przyciągnąć do siebie młodych, a nie tylko ich zniechęcać.

      Usuń
  3. Powodzenia w poradni życzę. Nie będzie tak źle. Jak sama napisałaś, zawsze lepiej wiedzieć jaką się ma alternatywę:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że będzie ok :) Ale to się okaże za 2 tygodnie, bo wcale nie tak łatwo dopchnąć się do tej poradni :)

      Usuń
  4. Nam "pani śluzowa" kazała robić wykres, ale jakoś to olałam - bez sensu. Ogólnie nie ufam NPR i nie potrafiłabym zmobilizować się na tyle, żeby rygorystycznie wszystko badać, mierzyć i analizować... :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się wybroniłam już rozpoczętym cyklem. Swój plan miałam donieść później ale to było już po ślubie, to po co :P

      Usuń
    2. Ja się wybroniłam już rozpoczętym cyklem. Swój plan miałam donieść później ale to było już po ślubie, to po co :P

      Usuń
    3. Właśnie z tymi codziennymi pomiarami miałabym problem, bo jestem leniem do potęgi i chyba zabrakłoby mi samodyscypliny :)

      Usuń
  5. Oj ja pamiętam zajęcia w poradni... były dla mnie po prostu mega krępujące. Do dziś nie rozumiem jaki jest cel rozmów o tak intymnych i osobistych sprawach z obcym facetem, który nie jest moim ginekologiem :P Źle to wspominam, ale na szczęście nie trwało to długo i po 3 spotkaniach mieliśmy już spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie czuję się skrępowana na samą myśl, ale zobaczymy jak będzie :D

      Usuń
  6. Nauki przedmałżeńskie jeszcze przede mną, ale od znajomych słyszałam, że to nic szczególnie przyjemnego. Mam nadzieję, ze kolejne spotkania będą mniej traumatyczne :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nauki złe nie były :) Najważniejsze to trafić w fajne miejsce z polecenia :)

      Usuń
  7. To była dla mnie interesująca lektura (serio;) bo nie mam żadnego doświadczenia z takimi kursami;)
    Ale przykro, że taki ksiądz się Wam trafił...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi też przykro, bo księży lubię. Ten był wyjątkowo niedostosowany do życia z ludźmi :)

      Usuń
  8. Ja swoje nauki wspominam dość ciekawie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chętnie wymieniłabym się doświadczeniami :)

      Usuń
  9. Przepiękny pierścionek :) Ostatnio byłam, bo w sobotę na weselu i panna młoda troszkę ponarzekała na te spotkania...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :) Całkiem sporo osób narzeka, ale spotkałam się też z całkiem miłymi wspomnieniami, więc to zależy na kogo się trafi :)

      Usuń
  10. Interesujący wpis. Ostatnio kuzyn opowiadał mi o swoich naukach, które miał 3 lata temu, podobnie wyglądały :) Masakra!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najwidoczniej wszędzie jest podobnie :)

      Usuń
  11. Widzę, że w kwestii poradni nic się nie zmieniło. Uważaj na metodę NPR, bo zawdzięczam jej moją młodszą córkę. Kochaną, więc jak sądzę "Bóg tak chciał";)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale wiesz, że w poradni by CI powiedzieli, że to pewnie Ty robiłaś coś źle, bo NPR jest niezawodny :)

      Usuń
  12. Poradnie były, są i będą zbędne ;) Przecież większość par biorąc ślub i tak już dawno "skonsumowała" związek, a wątpię by ktokolwiek wierzył jeszcze w naturalne planowanie rodziny... Nie chcę nikogo urazić, ale chyba statystyczna skuteczność jest wystarczającym dowodem ;) Moim zdaniem nauki powinny się opierać na kwestiach wiary, natomiast sferę intymną powinny omijać. Nasze nauki polegały na wykładzie, jednak ksiądz, który je prowadzi ugryzł temat od strony etyczno-moralnej, opowiadał o wierności, sile miłości, poświęceniu. Podawał konkretne, nieodrealnione przykłady z życia. Generalnie miło to wspominam. I nie zgodzę się, że kazanie jest nieważne. Jeśli Wasz ślub poprowadzi fajny kapłan jest szansa, że mądre kazanie zapamiętacie na długo. Z całego serca Ci tego życzę ;)
    PS. Ciekawy wpis, chyba jedyny taki w blogosferze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z poradnią to jest bez sensu, że narzeczeni raczej nie mają problemów, które trzeba by rozwiązywać w takim miejscu, więc ciąganie ich po spotkaniach mija się z celem. A jeśli w małżeństwie pojawi się kryzys to mało kto pomyśli, żeby szukać pomocy w poradni, bo spotkania przedślubne wystarczająco zniechęcają ludzi do odwiedzania tego miejsca. A przynajmniej ja tak to widzę :D

      Usuń
  13. Przygotowania to bardzo fajny czas! Po ślubie jest jeszcze fajniej!
    Jest też wiele ciekawych książek dot. budowania relacji i partnerstwa w związku. Czytałaś coś z tej tematyki?

    http://papierowakobietka.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czytałam jakieś dwa poradniki, ale niekoniecznie trafiły w mój gust :)

      Usuń
  14. W pierwszej kolejności gratuluję :)

    Ja brałam ślub już 5 lat temu, do tego w parafii nazwijmy to podmiejskiej i nie musiałam żadnej poradni odwiedzać więc jestem ciekawa po co tam w ogóle się idzie :) Miałam to szczęście, że w mojej parafii sami mili księża byli, a Pani mówiąca o planowaniu rodziny również bardzo w porządku, szybko omówiła różne metody na swoim przykładzie (śmiejąc się, że z nauki każdej z metod jedno dziecko jej zostało, a miała chyba ich 5) i puściła nas do domku :) Także żadnych krzywd moralnych :)

    Śliczny pierścionek :)

    OdpowiedzUsuń