środa, 8 kwietnia 2015

Kochany pamiętniczku…, czyli młodzieńcze zapiski przyszłej pisarki


tytuł: Dziennik wojenny. Z listami od Jacka Hamesha
tytuł oryg.: Kriegstagebuch: Mit Briefen von Jack Hamesh an Ingeborg Bachmann
autor: Ingeborg Bachmann
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2015
ilość stron:

moja ocena: 7/10

„Dziennik wojenny” w pewien sposób uzupełnia mało znany fragment biografii Ingeborg Bachmann, austriackiej pisarki i poetki, która w Polsce kojarzona jest przede wszystkim dzięki powieści „Malina”. Z prywatnych zapisków Inge wyłania się obraz wrażliwej, zbuntowanej i diabelnie uzdolnionej dziewczyny, która z takim talentem nie miała innego wyjścia i po prostu musiała zostać pisarką.

Cały dziennik Ingeborg Bachmann nie zachował się. Opublikowany fragment to zaledwie 6 stron maszynopisu. Prawdopodobnie autorka przepisała i zredagowała swoje zapiski, więc trudno stwierdzić na ile fragmenty z maszynopisu pokrywają się z wersją pierwotną. Ale to nie ma większego znaczenia, bo treść broni się sama. Osiemnastoletnia Inge opisuje nastroje panujące pod koniec wojny i zaraz po jej zakończeniu. Jest zmęczona ciągłymi nalotami, ukrywaniem się w bunkrze i atmosferą wojennej grozy. Później, po wyzwoleniu, wreszcie oddycha pełną piersią i z nadzieją patrzy w przyszłość. A w międzyczasie poznaje jednego z najważniejszych mężczyzn swojego życia. Człowieka, który zmienia jej sposób myślenia i patrzenia na świat, choć Inge jeszcze tego nie wie. Zauroczona nastolatka zwierza się pamiętniczkowi z bardziej prozaicznych rzeczy. 

 „Dziennik wojenny” można potraktować jako literacką ciekawostkę, która zainteresuje przede wszystkim wielbicieli twórczości Ingeborg Bachmann. Bo te kilka stron wpisów do dziennika to zdecydowanie za mało materiału na książkę. Ale dzięki temu, że notatki Inge ukazały się drukiem czytelnicy mogą zapoznać się z listami Jacka Hamesha, które w przypadku tej publikacji okazują się bardziej poruszające niż wojenne zapiski pisarki. 

Inge i Jack poznają się latem 1945 r. Ona – przyszła pisarka, bystra, oczytana, młoda, piękna i delikatna niczym kwiat w rozkwicie. On – wiedeński Żyd, który uciekł do Anglii, pozbawiony ojczyzny, tożsamości i rodziny. Wspólnie spędzają lato, po którym on wyjeżdża do Izraela, żeby ułożyć sobie życie. Ale wspomnienie dziewczyny nie daje mu spokoju. Śle do niej listy pełne nadziei, tęsknot, obaw, planów na przyszłość. Nieprzytomnie zakochany i przeraźliwie samotny Jacky usycha z tęsknoty nie tylko za Inge, ale i całą jej rodziną. Jego własna zginęła w obozach koncentracyjnych. Samotność jest jego największym problemem. Z  listów Jacka można wczytać, że pragnie nie tylko wzajemności ze strony ukochanej, ale i przynależności do jej rodziny. Chce mieć swoje miejsce w świecie i bliskich ludzi wokoło. Co prawda nie pisze o tym wprost, ale aluzje są aż nazbyt oczywiste.

Czytelnik nie zna odpowiedzi Ingeborg Bachmann. Charakteru jej listów możemy domyślać się tylko z kolejnych wiadomości Hamesha. Dziewczyna kontynuuje przyjaźń, ale nie zwodzi zakochanego w niej mężczyzny. Jest młoda i spragniona świata, chce się uczyć, zdobywać doświadczenia i pisać, a nie bawić dzieci i dbać o dom. Wakacyjny romans nie ma szans przerodzić się w nic poważniejszego. Zdaje się, że Hamesh rozumie decyzję Inge, nie naciska na nią i nie prosi o wzajemność, choć niespełniona miłość sprawia mu ból. Pomimo wszystko dziewczyna staje się jego sprzymierzeńcem, najdroższą przyjaciółką, przed którą nie ma żadnych tajemnic.

Pod względem artystycznym zapiski Ingeborg Bachmann są lepsze niż listy pisane przez Hamesha (choć i jemu trudno odmówić talentu). Jeśli w ogóle takie porównanie ma sens. Ale listy młodego żołnierza są bardziej emocjonalne, rozpaczliwe i przepełnione dojmująca samotnością, a przez to bardziej poruszające. Po ludzku piękne i smutne. Łatwo przeoczyć, czy zignorować tę niewielka książeczkę. A szkoda by było, bo wśród masowo wydawanej literatury non-fiction „Dziennik wojenny” to prawdziwa, choć maleńka jak główka od szpilki, perełka.
„Ale już się nie boję, tylko kiedy lecą bomby, mam taki cielesne poczucie, jakby coś się we mnie kurczyło. W głowie zrobiłam testament. Może to grzech tak po prostu siedzieć i patrzeć w słońce, ale nie mogę już wytrzymać w bunkrze, godzinami, gdy po kamiennych ścianach ścieka woda, a powietrze jest tak stęchłe, że człowiek prawie traci przytomność. Z powodu powietrza nie wolno rozmawiać, ale te otępiałe, nieme tłumy też są nie do zniesienia. Przeraża mnie myśl, że można by tam umrzeć razem ze wszystkimi, jak w stadzie bydła. Przynajmniej w ogrodzie. Przynajmniej na słońcu”. (s. 11)

***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Pani Annie i Wydawnictwu Czarne!

7 komentarzy:

  1. Niestety nie znam Ingeborg Bachmann. Z pewnością to pozycja ciekawa. Wiesz, że mam pociąg do listów wydanych w formie książki...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ufff... bo już myślałam, że jestem jedyną sierotą, której obce jest to nazwisko...!

      Usuń
  2. Ja również nie znam Ingebotg Bachmann... ;) Ale jestem ciekawa tej pozycji :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To tak samo jak ja, będę mieć książkę na uwadze !

      Usuń
    2. Ja też nie znam, ale zainteresowałaś mnie tą książką. Bardzo lubię czytać takie zapiski :)

      Usuń
  3. Ciekawa jestem, czy książka by mnie zainteresowała. Trochę stronię od wspomnień i zapisków, tym bardziej od miłosnej korespondencji ;) No i chyba dużo trzeba by tu sobie dopowiadać.

    OdpowiedzUsuń
  4. W ogóle nie znam Ingeborg Bachmann, ale dzięki Tobie i tej niewielkiej książeczce, poprzyglądałam się "Malinie" i od niej zacznę. Niektóre opinie na LC są baaardzo zachęcające!

    OdpowiedzUsuń