wtorek, 31 marca 2015

Kiedy chłopiec spotkał kota

Na okładce znajduje się autentyczne zdjęcie Frasera i Billy’ego, które z tym momencie zasłonił Tofik, ale chłopca i jego kotka możecie zobaczyć poniżej :-)

tytuł: Billy. Kot, który ocalił moje dziecko
tytuł oryg.: When Fraser Met Billy
autor: Louise Booth
wydawnictwo: Nasza Księgarnia
rok wydania: 2015
ilość stron: 320

moja ocena: 7/10

Nie od dziś wiadomo, że zwierzęta maja terapeutyczny wpływ na ludzi. Dogoterapia i hipoterapia są już tak popularne, że nie trzeba mieszkać w wielkim mieście, żeby zapisać się na zajęcia tego typu. Ale czy chodzący własnymi ścieżkami kot może mieć tak samo dobry wpływ na zdrowie dziecka jak choćby pies czy koń?  Billy i Fraser udowodnili, że tak. Bo w obliczu prawdziwej przyjaźni znikają wszelkie bariery. Nawet te gatunkowe.

W książce „Billy. Kot, który ocalił moje dziecko” Louise Booth opowiada historię swojego autystycznego synka i kociaka, który pomógł chłopcu pokonać niejedną barierę. Na pierwszy rzut oka Fraser nie różni się niczym od innych chłopców. Uroczy malec z wielkimi oczami i miną  urwisa. Ale to tylko pozory, bo choroby  Frasera nie widać od razu. Chłopiec cierpi na autyzm, co w wielkim uproszczeniu oznacza, że żyje w swoim własnym świecie, nie interesują go kontakty społeczne z innymi ludźmi, mało mówi i nie znosi zmian, dlatego cały jego dzień musi przebiegać zgodnie z uporządkowanym harmonogramem. 

Lousie wraca we wspomnieniach do dnia narodzin synka, opowiada, że już od pierwszej chwili zauważyła, że z chłopcem jest coś nie tak, ale jej sygnały były ignorowane przez personel medyczny i pielęgniarkę środowiskowa. Z zaskakującą szczerością dzieli się swoimi obawami i trudnymi wspomnieniami z pierwszych miesięcy, a nawet lat życia Frasera, kiedy Lousie cierpiała na depresję i nie mogła sobie poradzić ze sobą, nowym stylem życia i niezdiagnozowana chorobą synka. Później wszystko zaczęło się trochę układać, ale nawet trzyletni maluch niewiele mówił, nie potrafił korzystać z nocnika i nie chciał rozstać się ze smoczkiem. 

Oczywiście za ten stan rzeczy obcy ludzie obwiniali Louise. Może nie tak całkiem wprost, bo nikt nie odważył się powiedzieć jej w twarz co myśli, ale oburzone spojrzenia innych klientów w sklepie, kiedy chłopiec po raz kolejny dostał ataku szału, albo wymowne zerknięcia „idealnych” matek, dziadków, cioć i wujków na widok smoczka w buzi dziecka mówiły wszystko. Kobieta przeszła przez piekło, bo musiała sobie poradzić nie tylko z chorym synem, ale też brakiem tolerancji i zupełną ignorancją otoczenia. Bo łatwo jest oceniać i krytykować, ale na zrozumienie już nie każdego stać. 

Billy - mały, rozbrykany kociak pojawił się w życiu rodziny Louise trochę z przypadku, choć decyzja o przygarnięciu zwierzaczka była świadoma i wcześniej zaplanowana. Już od pierwszego spotkania, do którego mama przygotowywała chłopca wcześniej, żeby nie narażać go na niepotrzebny stres, między dzieckiem a kotem nawiązała się specyficzna nić porozumienia. Ciąg dalszy tej historii to wzruszająca opowieść pełna wzlotów i upadków, chwil lepszych i gorszych, jak to w życiu, ale przepełnionych nadzieją i radością płynącą z obecności najlepszego przyjaciela. 

Nie ważne ile razy czytaliście już o niezwykłych spotkaniach ludzi i zwierząt. Gwarantuję, że historia Billy’ego i Frasera złapie was za serce od pierwszej strony i nie puści do samego końca.  Bo książka Louise Booth to piękna i wzruszająca opowieść o kociaku, który zmienił życie zwyczajnej rodziny zmagającej się z ciężką chorobą dziecka. Przede wszystkim stał się najlepszym przyjacielem autystycznego chłopca i z nieprawdopodobną intuicją mobilizował i dopingował Frasera, aby malec mógł oswoić świat i pokonać własne ograniczenia. Louis wielokrotnie podkreśla zasługi Billy'ego, choć wie, że sceptycy wykpią jej entuzjazm. Ale to nie ważne, bo w ostatecznym rozrachunku triumfuje przyjaźń. I choćby dla tego warto przeczytać ten tom i pokochać Billy’ego tak mocno, jak zrobił to Fraser, bo „Są chwile w naszym życiu, kiedy Bóg zsyła nam do pomocy niezwykłych przyjaciół (…)” (s.198).


***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Pani Dagmarze i wydawnictwu Nasza Księgarnia!

13 komentarzy:

  1. Nie przepadam za kociakami, ale tę książkę mogłabym przeczytać :)

    PS. Hej, dzisiaj wyjątkowo pokuszę się o mały SPAM! Ponieważ zmieniłam serwer, blogrolle szaleją i info o nowych postach pojawia się za rzadko. Dlatego zapraszam do mnie na najnowszy post, w którym informacja o tym, jak mnie teraz obserwować!
    http://www.maialis.pl/blogowe-pogotowie-5-jak-mnie-teraz-obserwowac/

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakiś tydzień temu kupiłam tą książkę. Używaną, w oryginalne, za niecałe trzy złote :) Dlatego też cieszę się, że tak dobrze się ją czyta :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Już Twoja recenzja i zdjęcia powodują, że cieplej się robi wokół serca. Z pewnością warto sięgnąć po książkę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale przepiękna historia! Wspaniała. I jakie piękne zdjęcia. Zwierzęta są kochane!

    OdpowiedzUsuń
  5. Zwierzęta są wspaniałe,potrafią bardzo dużo i powinniśmy je szanować i doceniać! A ta historia to kolejny dowód na potwierdzenie mojej tezy :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Z racji tego, że jestem wielką miłośniczką wszelkiej maści czworonożnych stworzeń, wobec tej książki na pewno nie pozostanę obojętna ;)

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja trochę czytałam o felinoterapii, więc ta książka mogłaby mi uzupełnić to, co już wiem. Wiem też, komu podsunąć lekturę. Dzięki :)
    PS Mój pies przyjaźni się z sobowtórem Tofika, też Tofikiem :D

    OdpowiedzUsuń
  8. hm czuje, ze moglabym to przeczytac jendym tchem :D Moze jakos wielce za tymi zwierzaczkami nie przepadam, ale swoje robia i jak widac fantastycznie przyjaznia :) To moze byc niezla ksiazka :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Zaraz po Świętach będę czytać! :)

    OdpowiedzUsuń