piątek, 20 lutego 2015

tam, gdzie cisza jest leśna, jeziorna i ptasia


Wiecie co jest najfajniejsze w pisaniu o książkach? Nie same książki, ale niezwykli ludzie, których poznaje się dzięki przypadkowym zbiegom okoliczności. Moje spotkanie z panem Januszem Andrzejczakiem jest takim właśnie maleńkim cudem dnia codziennego. 

Janusz Andrzejczak jest poetą zachwyconym światem, zapatrzonym w przyrodę, który oczarował mnie swoimi pięknymi, wzruszającymi wierszami. Wierszami, które wywołałyby uśmiech na twarzy ks. Twardowskiego, które mógłby wyśpiewywać Grechuta, albo Krajewski. A w tych kilku wiadomościach, które wymieniliśmy otworzył przede mną serce, dał się poznać jako ciepły i serdeczny człowiek. Ktoś z kim miło i pogadać, i pomilczeć, a najlepiej ruszyć w drogę i zachłysnąć się wiatrem.

Okno

W drodze do cerkwi, w domu drewnianym,
dwa okna, w nich pelargonie.
Marzec był chłodny, dżdżysty, zaspany,
wiosna już snuła swe wonie.

Żadnej postaci w żadnym z dwu okien
i nawet dymu z komina.
Ktoś tutaj mieszkał, może przed rokiem,
kwiaty podlewał, przycinał…

Więc dom i okna puste. Nikogo,
tylko te szyby i kwiaty.
Przed taflą muszka ruszyła w pogoń
za wiosną; i nic poza tym.

Zdjęcie zrobiłem. Nie wierzę oczom,
gdy już je w domu przejrzałem.
Więc moja ręka drgnęła proroczo,
gdy wówczas przed oknem stałem.

Bo oto na nim w poświacie, zorzy,
przy pelargonii, ciut z prawa,
z książeczki, jakby obrazek boży:
babinka żywa, nie zjawa.

Gdy inną drogą i czasem innym
spojrzałem w okno to samo,
powój się piął po ścianie, do rynny
i kładł się zieloną plamą.

I znów nie było w oknie nikogo,
zielony cień figle płatał.
Kot obok drzemał, a jego ogon
malował nastroje lata.

A chciałem tylko posłać jej uśmiech,
pozdrowić jej siwe skronie,
ale widocznie to było w półśnie:
kot, babcia i pelargonie…


Dnia któregoś…

Dnia któregoś wyjadę i wszystko zostawię
i wszystkich już na pewno, tylko pamięć prawie.

Za sobą wszelkie ślady i mosty spalone,
w sobie nic, z sobą – tylko bilet w jedną stronę.

Do Cichego, gdzie cicho jakby makiem zasiał,
tam, gdzie cisza jest leśna, jeziorna i ptasia,

gdzie ryby tyle mówią, a głosu nie mają,
i w swoją sieć jak radarem chwyta dźwięki pająk,

łabędź niemy ma tyle do opowiedzenia,
jest dla wzroku, dla słuchu wcale ptaka nie ma.

Tylko czas dzięcioł mirzy pulsarem na sośnie,
próchno sekund na ziemię upada bezgłośnie.

Tam zaskroniec nie syczy, rzekotka nie kumka,
cichnie w Cichym nad wodą mgieł milcząca dumka…

Tam pojadę, uklęknę, ucałuję wodę,
stanę tyłem do głosów, a do ciszy przodem.

Bezszelestnie się wnurzę w milczącą głębinę,
gdy i tak mnie nie było, do reszty przeminę.

Nic się wokół nie zmieni, bo cisza, to cisza,
nikt w tej ciszy nie bywał, o nikim nie słyszał…


***

Wiersze i rysunki pochodzą z tomiku „Ulotnia”, wydanego w 2013 r.
Więcej o autorze i jego twórczości znajdziecie na stronie januszandrzejczak.pl


6 komentarzy:

  1. Masz rację, wielu ciekawych ludzi można poznać dzięki blogowaniu ;)
    A wiersze są cudowne!

    OdpowiedzUsuń
  2. Bezustannie zazdroszczę autorowi tej ciszy "leśnej, jeziornej i ptasiej":) Dzisiaj nikt już z Naturą tak nie rozmawia:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zawsze nie ciekawiło jak ludzie potrafią przekazać coś wartościowego za sprawą zaledwie kilku wersów...

    OdpowiedzUsuń