piątek, 30 stycznia 2015

„My od tego nie uciekniemy” – Bogdan Bartnikowski w Galerii Książki



Bogdan Bartnikowski mówi pięknym, teatralnym głosem. Urodzony gawędziarz. Myślę sobie, że z takim głosem powinien raczej recytować poezję, niż dzielić się wojennymi wspomnieniami. Przystojny, choć przecież nie jest to najważniejsze. Ładnie się zestarzał, jego rysy nabrały szlachetności, a w jego oczach i uśmiechu wciąż można dostrzec iskierki młodzieńczego uroku, których nie zgasiła nawet wojna.

Bogdan Bartnikowski przyjechał do Auschwitz transportem z Warszawy 12 sierpnia 1944 r. Miał 12 lat, ale nie był już dzieckiem. Oglądana z bliska wojna i piekło powstania warszawskiego odebrały mu dzieciństwo. Starsi więźniowie od razu mówili chłopcom: „Stąd jest wyjście tylko jedno - przez ten komin. Inaczej się stąd nie wychodzi. Ale my w to nie wierzyliśmy.” Inaczej do swojej sytuacji w obozie podchodzili ludzie dorośli, a inaczej dzieci. Pomimo tego co widzieli, co przeżyli, to jednak tkwiła w nich radość życia, nawet w tych najtrudniejszych warunkach. I chęć poznawania tego życia, bo „to jest normalne dla młodego człowieka, że on patrząc rejestruje i napełnia swój mózg obrazami, zdarzeniami, które potrzebne mu będą na całe długie życie.”

Przez kilak dni przebywał razem z dziewczętami, później został przeniesiony do obozu męskiego i tam było około 180 chłopaków z Warszawy, z powstania, w wieku od 9 do 14 lat. Tam nie było płaczu, pytań o to, gdzie jest mamusia i tatuś. Bo chłopcy starali się zachować twarz, zachować wiarę w to, że wrócą do swoich domów, choć wychodząc z Warszawy widzieli, że tych domów już nie ma. Ale w nich tkwiło przekonanie, że wrócą, a na stole będzie leżał wielki bochen chleba. 

Zapytany o swoje pisanie, o to, czy chciałby opisać jeszcze jakąś historię zamyśla się na chwilę. Odpowiada powoli, trochę się zacina, jakby nie wiedział jak dobrać odpowiednie słowa. „Proszę państwa przez dłuższy czas jeśli chodzi o mnie, przez kilkanaście lat, jakoś nie potrafiłem… Ja widziałem ten obóz, ludzi, te tłumy, krematoria… Ale napisać o tym, czy mówić o tym jakoś nie umiałem, nie mogłem. No ale potem, widocznie, wydaje mi się, że chciałem nawet z siebie… może… wydawało mi się, że jeżeli spróbuję napisać jak to pamiętam, jak było w Birkenau, że może łatwiej mi będzie o tym zapomnieć. Że ja to sobie wyrzucę. Koniec. Będę żył normalnie tak jak wszyscy – dniem dzisiejszym, przyszłością ewentualnie, ale nie przeszłością. No okazało się, że się to nie udało.”

Zaczął się spotykać z koleżankami, z kolegami, którzy zostali deportowani do Auschwitz razem z nim. Razem ich przewieźli pierwszym transportem z powstania warszawskiego. Około 500 dzieci do lat 14. Mniej więcej połowa dziewcząt, połowa chłopców. I w trakcie rozmów wspominali obozowe przeżycia, obozowe dni. Dopiero wtedy przekonał się, że jego wspomnienia to jest ułamek tej prawdy, ułamek tego co się z nimi działo, tego co przeżywali. Wtedy zrozumiał, że warto sięgnąć do wspomnień kolegów, do ich opowieści. Bo te dzieci przeszły nie tylko przez Auschwitz, ale też przez Ravensbrück, Mauthausen, przez obozy pracy, a co najgorsze uczestniczyły też w Marszach Śmierci. 

Żona pana Bogdana przyjechała do Birkenau w tym samym transporcie co on. Miała 8 lat. Przeżyła. Ale w domu nie rozmawiano o wojnie. Wiele lat później pisarzowi przypomniała się historia, jak udało mu się dostać do komanda rollwagen, czyli pracy polegającej na ciągnięciu wozu i przewożeniu różnych rzeczy. Nie było łatwo załapać taką fuchę, praca była ciężka, ale to była jedyna szansa, żeby dostać się do obozu kobiecego i zobaczyć co z mamą. I pewnego dnia Boguś dostał się z wozem do części dla kobiet, kapo zajął się swoimi sprawami, więc on i inni chłopcy pobiegli poszukać matek. Ale mamy akurat nie było, bo została wyprowadzona do pracy w jakimś komandzie. Smutny i zrezygnowany przykucnął pod barakiem i zobaczył, że obok niego siedzi mała dziewczyneczka otulona kocem i cicho pochlipuje. Dzieci zaczęły rozmawiać. Mała powiedziała Bogdanowi, że czeka na przyjęcie do baraku, bo już dwa razy była chora. Ostatnim razem starsze dziewczynki zabrały jej koc, więc znów się przeziębiła. Wydawałoby się, że to przypadkowe spotkanie dwojga dzieci było zupełnie nieistotne. Ale kiedy wiele lat później (jakieś 30, 40 lat od wojny) żona opowiedziała Bogdanowi tę samą historię, to dopiero wówczas rozpoznał w niej tę małą dziewczynkę spod baraku. 

Dziś już raczej nie napisze nowych opowiadań, ale z urywków wspomnień, spostrzeżeń, które wracają do niego i jego znajomych układa wiersze. Bywa poetą tylko wtedy, gdy coś go bardzo poruszy. Wielkie wrażenie na mnie zrobiło, jak oglądając nie naocznie, ale w telewizji, kiedy papież Benedykt XVI odwiedzając Auschwitz zażyczył sobie, że on pod bramą przejdzie sam. Nie w tłumie dostojnych gości, ale sam. To było wspaniałe. Albo kiedy pytanie padło od Jana Pawła II, który tutaj był: Gdzie był wtedy Bóg? A mnie się skojarzyło, że ten Bóg był w nas. Że wytrwaliśmy, że udało nam się  nie spodleć, wyjść i z Oświęcimia, i wyjść na ludzi. Ja wydałem niedawno taki tomik wierszy pod tytułem Wypalone w pamięci. Bo my tamte dni, tamte przeżycia mamy autentycznie, nie tylko ja, ale wszyscy, mamy to wypalone w pamięci. My od tego nie uciekniemy. Nie uda się nam. Jestem o tym absolutnie przekonany. To nam będzie ten obraz, ten dramat towarzyszył do końca naszych dni.”


***
Bogdan Bartnikowski urodził się 24 stycznia 1932 r. w Warszawie. W wieku 12 lat jako łącznik brał udział w powstaniu warszawskim. Jego ojciec zginął w powstaniu, a on razem z mamą trafił do Auschwitz. Po wojnie wrócił do Warszawy, pracował jako dziennikarz. Na swoim koncie ma 23 książki pisane prozą – opowiadania, powieści, reportaże oraz kilka tomików wierszy. Działa w Związku Literatów Polskich. 



Zobacz również:

4 komentarze:

  1. Kolejne ważne spotkanie... Pięknie je opisujesz i podoba mi się Twój szacunek do tych ludzi. Coraz rzadziej spotykany...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jedno z najważniejszych spotkań w moim życiu. Bo to może być ostatnia okazja, żeby usłyszeć ich historie bezpośrednio od nich. Takie spotkania nie zdarzają się często, więc tym bardziej trzeba je docenić. A jeśli chodzi o szacunek, to w moich oczach nikt nie zasługuje na szacunek bardziej niż oni. Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Te wszystkie dzieci, które "zachowywały" twarz... Straszne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? Nawet w takich chwilach mali chłopcy zachowywali się po męsku. Bezcenne przeżycie, usłyszeć coś takiego z ust dziecka, które przeżyło Auschwitz.

      Usuń