środa, 28 stycznia 2015

„I tego można sobie właściwie do końca życia nie darować” - Zofia Posmysz w Galerii Książki


W przededniu 70. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau i Miasta Oświęcim w oświęcimskiej Galerii Książki odbyło się wyjątkowe spotkanie. Gośćmi biblioteki byli pisarze, a jednocześnie byli więźniowie - Zofia Posmysz, Halina Birenbaum oraz Bogdan Bartnikowski. Zosia miała 19 lat, kiedy trafiła do Auschwitz, Halinka 13, a Boguś 12. Pisarze zgodnie twierdzą, że wojna odebrała im dzieciństwo. Życie w okupowanej Polsce i wszechobecna śmierć, którą widywali na ulicach sprawiły, że przestali być dziećmi na długo przed tym zanim trafili do obozu. W oczach dorosłych widzieli strach. Nie płakali, nie trzęśli się nad sobą. Znaleźli w sobie nadludzkie siły do walki. Ocaleli prowadzeni na rzeź.

Zacznę od końca, czyli od tego, że po oficjalnej części spotkania przyszła pora na dedykacje. Atmosfera się rozluźniła, a pisarze, ciasno otoczeni przez czytelników, rozdawali autografy i uśmiechy. Wyobrażam sobie, że musieli być bardzo zmęczeni. Był już wieczór, a oni mieli za sobą długą podróż i dzień pełen emocji. A jednak przez cały czas trzymali fason, cierpliwie wpisywali dedykacje, odpowiadali na pytania, pozowali do zdjęć. Dzielili się nie tylko swoją historią, ale też uściskiem dłoni, ciepłym słowem i serdecznym uśmiechem. 

Mam w swoich zbiorach różne książki z dedykacjami, ale „Pasażerka”, „Nadzieja umiera ostatnia” i „Dzieciństwo w pasiakach” zajmują w mojej biblioteczce szczególne miejsce, bo ich autorzy to ludzie pod każdym względem wyjątkowi. Ich opowieści są poruszające, przerażająca, a jednocześnie pełne nadziei. Na blogu będę do nich wracać przez trzy kolejne dni, a w swoim sercu będę je wspominać do końca życia. Ale żeby nie popaść w patetyczny ton przejdźmy do rzeczy. Dziś swoją historię opowie nam Zofia Posmysz.

I strasznie, strasznie dymił komin…

Pani Zofia opowiada powoli i spokojnie, z rozmysłem wypowiada każde słowo. W jej głosie słychać zadumę i smutek. Proste plecy, wysoko uniesiona głowa, skromny, ale elegancki strój sprawiają, że wygląda jak przedwojenna dama. Coraz rzadziej widuję dzisiaj takie kobiety. Zapytana o sytuacje, wydarzenia z obozu, które wracają do niej najczęściej zamyśla się na chwilę. „Właściwie można by powiedzieć, proszę państwa, że to były wyłącznie takie sytuacje” - odpowiada. Jednak zdarzenia, które wspomina, które najbardziej wryły jej się w pamięć, pochodzą z początków jej pobytu w obozie.


W trakcie pierwszego wymarszu do pracy w polu, podczas mijania bramy Zosia zobaczyła wiszące na drutach ludzkie ciało. Nie bardzo wierzyła w to, co zobaczyła. Koleżanki wytłumaczyły jej, że więźniarki, które nie wytrzymują tych warunków, skracają sobie życie. Później rozpoznawała w nocy, że ktoś poszedł na druty, bo rozlegał się tak rozpaczliwy krzyk, że można było od niego dostać zawału serca. Osoby, które wybierały tę drogę do wolności nauczyły się, że trzeba wybrać miejsce przy strażniku, który też nie mógł wytrzymać krzyku i strzelał. „I doszło do tego, że kiedy coś takiego się zdarzało w nocy, ja czekałam tylko prawie modląc się, żeby już ten strzał padł, żeby tego więcej słychać nie było. To było jedno z moich najcięższych przeżyć w obozie. Przeżyć psychicznie. Nie mówię już o tym jaki był głód, jak była strasznie ciężka praca w polu, no bo to są właściwie rzeczy ogólnie znane.”

Inne wspomnienie związane jest z pracą komanda nad Sołą przy wycinaniu szuwarów. Jednej z dziewcząt udało się przedostać na drugą stronę rzeki i uciec. Problem zaczął się, kiedy po pracy trzeba było wracać i okazało się, że brakuje jednej więźniarki. W takich sytuacjach karą za ucieczkę było zdziesiątkowanie komanda. Kobiety przez godzinę stały nad Sołą i czekały na dalszy los. „Dla nas to była wieczność. Dziewczyny, zwłaszcza te starsze, zaczynały modlitwy. I wtedy, pamiętam, pierwszy raz słyszałam pieśń: Słuchaj Jezu jak cię błaga lud, słuchaj, słuchaj uczyń z nami cud. Wysoki rangą oficer, który przyjechał konno, zarządził wymarsz do obozu, tym razem więźniarki zostały ocalone, ale za karę zostały skazane na karną kompanię. Ogolono im głowy, nie dano jeść i skierowano do podobozu w Budach. Jeżeli obóz główny Birkenau był piekłem, to karna kompania była dnem piekła. Panował ogromny głód, ale najgorsze było bicie. Komandoführer, to był prawdopodobnie psychopata, tylko czekał, aż ktoś popełni jakiś błąd, czy wykroczenie. Wówczas rzucał się na tę osobę, najpierw bił pięścią skroń, a kiedy słabe kobiety padały, to wtedy kopał. Kiedy się zmęczył przychodziły harpie - strażniczki, które dokańczały dzieła. Raz, kiedy kobiety stały gotowe do powrotu do obozu, z jakiegoś powodu na jedną z więźniarek rzucił się komandoführer i zaczął swoją obróbkę. „Miałam wtedy prawie 19 lat. I wtedy sobie pomyślałam, jak straszną rzeczą jest, że my tu stoimy - 200 osób, bo komando liczyło 200 osób, stoimy i patrzymy na to, i jesteśmy bezsilne, i żadna nie robi ruchu, żeby przerwać to morderstwo. Żeby się rzucić na tego oprawcę. Tak to było. Człowiek wobec pewnych rodzajów zła czy zbrodni bywa bezsilny. I tego można sobie właściwie do końca życia nie darować.”

Trzecie przeżycie z tych, które pani Zofia pamięta najbardziej, które ją prześladuje, związane jest z transportem do gazu Żydów węgierskich. Był 1944 r., zaczęły się te straszne transporty. Krematoria pracowały dzień i noc, nie było czym oddychać, nad wylotem komina był płomień, a więźniarki z bloku 10 słyszały przyjeżdżające w nocy pociągi. Którejś nocy, a właściwie już nad ranem, bo robiło się szaro, Zosia usłyszała śpiew. Zafascynowana dziewczyna zeszła za swojej koi, podeszła do drzwi baraku i ostrożnie wyjrzała na zewnątrz. Zobaczyła, że za drutami, wzdłuż rampy, nieruchomo leżeli ludzie, a wśród nich stał mężczyzna i śpiewał podnosząc ręce do góry. Niespodziewanie podeszła do niej koleżanka z komanda i zapytała: „Ty wiesz co on śpiewa?”. „No wiesz, myślę, że to jest może jakaś modlitwa. A ona mi odpowiedziała: tak, to jest modlitwa za umarłych. Kadisz.” Współwięźniarka odciągnęła Zofię od drzwi i obie wróciły na swoje miejsca. Dalsze stanie przy drzwiach było zbyt niebezpieczne. „Rano kiedyśmy wyszły na apel, już ustawiłyśmy się w szeregach przed blokiem, tam za drutami nie było widać nikogo. Już nie było tych ludzi i strasznie, strasznie dymił komin.”


***
Zofia Posmysz urodziła się  23 sierpnia 1923 w Krakowie. W 1942 r. została aresztowana przez gestapo za posiadanie nielegalnych ulotek. Została umieszczona w krakowskim więzieniu przy Montelupich, a później przewieziona do KL Auschwitz-Birekanau. W styczniu 1945 roku została przeniesiona do KL Ravensbrück, a później Neustadt-Glewe. Po wojnie zamieszkała w Warszawie. Studiowała polonistykę. Jej debiut literacki nastąpił w 1945 r., kiedy w „Głosie Ludu” ukazał się artykuł „Znam katów z Belsen…” podpisany tylko jej numerem obozowym – 7566. Przez lata pracowała w Polskim Radiu. Ma na swoim koncie reportaże radiowe, słuchowiska, powieści i książki o tematyce obozowej. W 2013 roku otrzymała tytuł Honorowego Obywatela Miasta Oświęcim, a we wrześniu 2014 r. pisarka odsłoniła swoja tablicę w Alei Pisarzy przy oświęcimskiej Galerii Książki.



3 komentarze:

  1. Wyjątkowe osoby z przerażającą przeszłością. Ich książki napisało samo życie, zazdroszczę tak wspaniałego spotkania!

    OdpowiedzUsuń
  2. To musiało być niesamowite spotkanie. Wspaniale to wszystko wyłuskałaś. No i znowu Galeria Książki błyszczy :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Dobrze, że jeszcze żyją takie osoby jak Pani Posmysz i można ich posłuchać, by nie zapominać i przekazywać dalej ich historię....

    OdpowiedzUsuń