czwartek, 29 stycznia 2015

„A przecież myśmy żyli jeszcze...” - Halina Birenbaum w Galerii Książki


Halina Birenbaum mówi szybko, energicznie, jakby chciała wypowiedzieć naraz więcej słów niż to możliwe. Opowiada z przejęciem, ale też uśmiechem, czasami żartuje. Publika reaguje na to niepewnym, cichym śmiechem. No bo jak to? Czy to wypada opowiadać o przeżyciach wojennych ze śmiechem? Halina Birenbaum udowadnia, że tak. Jej niezłomny optymizm jest silniejszy niż wojenna trauma. Na pierwszy rzut oka widać, że w tym małym ciele drzemie ogromny duch, który aż się wyrywa do ludzi.

Do Auschwitz trafiła w wieku 13 lat. Co dało jej siłę do życia? Chyba samo życie, sam fakt, że żyje. Że musi oddychać, choć nie ma powietrza, musi się pomieścić na pryczy, choć nie ma miejsca. Musi pchać się do jedzenia, żeby mieć siły do walki. Te wszystkie sytuacje, które przychodziły wtedy tak raptownie, były czymś zupełnie niemożliwym, a jednak realnym. I w realności człowiek musi się jakoś dostosować, albo ginie. „Ja byłam w ogóle w Brzezince wśród tych najmarniejszych. Ja byłam dzieckiem, ja miałam trzynaście lat wtedy, ja już miałam za sobą dwa miesiące Majdanka, ja już miałam oderwanie od matki. Matka była dla mnie wszystkim.”

Mama Halinki była zawsze spokojna, nigdy nie panikowała, a swoją postawą dodawała córce sił i otuchy. Dopóki matka żyła dziewczynka miała pewność, że przeżyje. W chwili, kiedy wysiedleńcy z getta warszawskiego stali na Umschlagplatzu i czekali na transport do obozu mama ze spokojem tłumaczyła córce, że wywiozą ich do pracy na roli i wszystko będzie dobrze. Halinka musi mówić, że ma 17 lat, bo dzieci nie są potrzebne, nie wspominała, że dzieci zabijają. Jednak przyjazd pociągu się opóźniał i zdenerwowani Niemcy postawili na środku placu karabin maszynowy wycelowany w więźniów. Wtedy mama „spojrzała mi prosto w oczy i powiedziała, że każdy człowiek musi kiedyś umrzeć i my umrzemy razem, i to nie będzie straszne. Nie bój się. Ta matka to była moją siłą przez całe życie. Do dziś.” Jednak wysiedleńcy nie zostali rozstrzelani, ale trafili do obozu na Majdanku. W trakcie selekcji do łaźni Halinka widziała mamę po raz ostatni. Czekała na nią, dopytywała co się stało. Wtedy Hela, bratowa, powiedziała: „Mamy nie ma. Ja jestem twoją mamą teraz.”

Hela zaczęła walczyć o nie obie. Kiedy w komorze gazowej zabrakło gazu więźniowie zostali zapakowani do wagonów i przewiezieni do Auschwitz. „Nie przyszłam sama do Oświęcimia, przyszłam z Helą, która zastępowała mi mamę.” W obozie dziewczyna zobaczyła ogromny teren, a na nim baraki budowane z cegieł, a nie z drewna jak na Majdanku, mnóstwo wież wartowniczych. Wszędzie było błoto, nawet ludzie byli w kolorze błota, nie można było rozpoznać, czy to kobiety, czy mężczyźni. „I tak sobie pomyślałam - oj stąd to ja już nigdy nie wyjdę”. W obozie Hela zaczęła słabnąć, a Halinka znalazła w sobie siłę do walki. Mama i tata już nie żyli, wszystko co miała zostało jej odebrane, nawet włosy jej obcięli. A coraz słabsza Hela patrzyła na nią i mówiła: „Halinka, ty moje kurczątko małe. Jak wojna się skończy, to my zawsze będziemy razem, nigdy się nie rozstaniemy. To ja ją mam teraz zostawić, bo ma gruźlicę? I stąd miałam siły na to, stąd miałam siły, bo chciałam, żeby ona żyła i żeby była ze mną razem, i tak do końca, wciąż, za każdym razem.”

Jak ona przeżyje to napisze o tym książkę

Halina zaczęła pisać będąc w getcie warszawskim, miała 11 lat. Z początku uczył ją brat, który był bardzo wymagającym i krytycznym nauczycielem. Opisywała nie tylko rzeczywistość, którą oglądała w getcie, ale też swoje emocje, domysły i przeczucia. Brat powiedział, że jej zapiski mają wartość i jak się zaczęło wysiedlenie, to ukrył je razem z innymi ważnymi dokumentami pod schodkami. „Byłam taka dumna wtedy z tego. Nie macie pojęcia. Nagroda Nobla. Mój brat uznał, że to jest ważny dokument i schował to pod schodkami.” Ale to wszystko spaliło się z całą Warszawą. 

Później nie było czasu na pisanie, był Oświęcim. Trzeba było walczyć o siebie i Helę. Wszystko dookoła było straszne, ale najstraszniejsze były te pociągi i widok ludzi, których wyprowadzają. Szedł tłum w stronę budynku z dużym kominem i oni tam znikali. Był tylko słup ognia nad kominem. I ten straszny swąd palonego mięsa. „Gdzie ja jestem? Co ja tutaj robię? Jak to jest możliwe, że to istnieje? Ludzie tam się palą! Oddycham zapachem mięsa palonego. Mówię wam, zupełnie nie mogłam sobie z tym poradzić.”

Pewnego razu Halina znalazła kawałek ołówka i torbę z cementu. Oderwała kawałek i na tym papierze napisała wszystko co wtedy myślała, czuła i co sobie wyobrażała. „Kto o tym kiedykolwiek opowie? Przecież stąd nikt nie wyjdzie.” Dziewczynka przeczytała swoje zapiski koleżance. Usłyszeli to dwaj Polacy, którzy pracowali w pobliżu. Jeden powiedział do drugiego: „Jak ona przeżyje to napisze o tym książkę”. Halina zapamiętała ich słowa, ale zapiski musiała zniszczyć. Trzymanie ich było zbyt niebezpieczne, bo mogła przez nie zginąć. 

Zaraz po wojnie Halina została odnaleziona przez brata, jedynego, który przeżył. Wówczas dziewczyna przypomniała sobie, że przecież miała napisać książkę, bo ktoś powiedział, że jak przeżyje, to napisze, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Wróciła do szkoły, na śniadanie zjadała cały bochenek chleba i była szczęśliwa. Później, kiedy przytyła, koledzy się z niej śmiali, że nie wchodzi do sali, ale się wtacza. Trochę było jej przykro, ale przecież ważniejsze było to, że miała tyle chleba, ile chciała. W szkole pisała krótkie teksty, najlepsza był z polskiego. Jednak znów musiała walczyć o siebie. Wyemigrowała do Izraela, ułożyła sobie życie, choć nikt ich tam nie rozumiał, nie chciał. To nie był dobry czas na pisanie. 

Ostatecznym impulsem do pisania okazało się porwanie i sąd Adolfa Eichmanna. Halina siedziała przy radiu i śledziła przebieg rozprawy. Dopiero wtedy zaczęto mówić o Holokauście, ale mówiono tylko o zabijaniu. „A przecież myśmy żyli jeszcze...” Nikt nie wspomniał o życiu, przyjaźniach, miłościach, rozmowach, które między sobą toczyli więźniowie. Tego nie było. „I wtedy mój mąż, ja chciałam tylko, żeby on mi współczuł (…), mówi - siadaj, napisz”. I napisała. W kuchni, miedzy obowiązkami domowymi, po odprowadzeniu dzieci do przedszkola. Swoje wspomnienia, uczucia, przeżycia przekuła w książki i wiersze.  

***
Halina Birenbaum urodziła się 15 września 1929 r. w Warszawie. Przeżyła powstanie w getcie warszawskim. Przeszła przez Majdanek, Auschwitz,  Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Wojna zabrała całą jej rodzinę. Tylko ona i brat przeżyli. W 1947 wyemigrowała do Izraela, gdzie założyła rodzinę i mieszka do dziś. 


Zobacz również:
 

6 komentarzy:

  1. To musi być niezwykle emocjonująca historia... Zresztą jak wszystkie, które napisało życie w tych okropnych miejscach... Czasem sobie myślę, że jesteśmy szczęściarzami, że jeszcze ma nam kto opowiadać :) Jeszcze kilka lat i wszystkie głosy zamilkną i pozostaną jedynie książki i wspomnienia...

    OdpowiedzUsuń
  2. Książkę Haliny Birenbaum czytałam już dawno temu. Bardzo mnie poruszyła. Natomiast jeśli chodzi o jej wystąpienie z okazji wyzwolenia obozu, uważam, że czytała zbyt szybko, bez emocji. Chwilami trudno mi było zrozumieć, co czyta.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że chciała powiedzieć więcej niż przewidywał limit czasowy, dlatego przeczytała to tak szybko. Ale masz rację, trudno było wszystko zrozumieć, a wystąpienie nie robiło takiego wrażenia. Za to spotkanie w bibliotece było świetne :)

      Usuń
  3. Czytałam jej "Nadzieję" kilka razy i za każdym razem odczuwam te same, targające mną emocje.

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie czytałam, ale czuję, że powinnam i chcę. Każda taka relacja jest ważna.

    OdpowiedzUsuń
  5. To ciągle są tak bardzo poruszające historie... Ciężko ciągle uwierzyć, że to się działo naprawdę. Jesteśmy winni tym wszystkim ludziom przynajmniej tyle - pochylić się nad ich bolesnymi wspomnieniami...

    OdpowiedzUsuń