czwartek, 4 września 2014

Nieszczęścia chodzą parami


tytuł: Pierwszy ogrodnik
tytuł oryg.: The first gardener
autor: Denise Hildreth Jones
wydawnictwo: Święty Wojciech
rok wydania: 2014
ilość stron: 416

moja ocena: 7/10

Lubię smutne książki, te o stracie, śmierci, radzeniu sobie z trudną rzeczywistością. „Pierwszy ogrodnik” autorstwa amerykańskiej pisarki Denise Hildreth Jones jest jedną z takich powieści. Historia Mackenzee i Graya boli, ale też niesie ze sobą piękne przesłanie i daje nadzieję na szczęśliwe zakończenie.

Powieść rozpoczyna się od opowieści Jeremiasza, ogrodnika w domu gubernatora stanu Tennessee, który układa kwiaty na świeżym grobie. Wiadomo, że stało się coś złego, teraz tylko czytelnik musi dowiedzieć się jak do tego doszło. Czas akcji cofa się wstecz. Poznajemy miłą rodzinę gubernatora Graya Londona. Piękna żona i pięcioletnia córeczka doskonale pasują do idyllicznego obrazka. Ale szybko okazuje się, że małżeństwu Londonów do pełni szczęścia brakuje drugiego dziecka. Mackenzee leczy się u specjalistów od niepłodności, poroniła już cztery razy i tylko ciążę z Maddie udało się donosić szczęśliwie. Mimo problemów kobieta nie traci nadziei, że wkrótce znów zostanie mamą. Codzienność biegnie swoim własnym rytmem, a obyczajowa część powieści zaczyna trochę nudzić. I właśnie wtedy wszystko się zmienia. Mała Maddie ginie w wypadku samochodowym, a Mackenzee trafia do szpitalna z ciężkimi obrażeniami. W tym przypadku urazy ciała to nic wielkiego, zagoją się i wkrótce przestanie boleć. Jednak utrata córeczki jest dla Mackenzee zbyt wielkim ciosem. Stopniowo kobieta zaczyna pogrążać się w coraz głębszej depresji…

Powieść Denise Hildreth Jones dosłownie wbiła mnie w fotel i sprawiła, że wylałam morze łez. Całą sobą przezywałam to, co działo się z Mackenzee i Grayem po śmierci Maddie. Autorka doskonale wczuła się w emocje rodziców, którzy przeżyli najgorszą z możliwych tragedii. W pewnym momencie byłam pewna, że ich życie powoli wróci do normy. Jednak kolejne nieszczęście brutalnie zgasiło delikatny promyczek nadziei. Zaczęłam się nawet buntować, że to nie tak miało być, że to dla nich zbyt wiele. Ale przecież życie bywa niesprawiedliwe, a nieszczęściach chodzą parami. Fakt, że bohaterowie są ludźmi powszechnie znanymi i dobrze sytuowanymi tylko podkreśla ich tragizm i przypomina, że w obliczu śmierci wszyscy jesteśmy tacy sami.  

Prawdziwą ozdobą powieści jest stary ogrodnik Jeremiasz. Wszyscy liczą się ze zdaniem tego prostego człowieka,  bo w kilku zwykłych słowach potrafi zawrzeć prawdziwą życiową mądrość. Mężczyzna całym sercem pragnie pomóc Mackenzee, która nie może pogodzić się z tym co się stało. Co jakiś czas trzecioosobowy narrator informuje, że Jeremiasz wiele w życiu wycierpiał, choć dopiero na końcu dowiadujemy się co było tego przyczyną. Przyznaję, że taki obrót spraw całkowicie mnie zaskoczył i dołożył kolejnego plusika do odbioru całości. Inną ciekawą bohaterką jest żywiołowa Eugenia – matka Mackenzee. Autorka w interesujący sposób zestawiła charaktery dwóch kobiet, dwóch matek, które przeżyły tragedię. Eugenia straciła jedyną wnuczkę, ale nie poddała się rozpaczy. Uzbrojona w silną osobowość, musi walczyć o dorosłą córkę.  
Powieść „Pierwszy ogrodnik” nie jest byle jakim babskim czytadłem, ale piękną, mądrą i życiową opowieścią o miłości i radzeniu sobie ze stratą. O samotności i beznadziei. O rozpaczy, która dzieli zamiast łączyć. O żalu tak wielkim, że zasłania cały świat. I złości – na siebie i Boga. Autorka unika łatwych rozwiązań i nie stara się łagodzić bólu rodziców po śmierci jedynego dziecka. Każdy musi przeżyć żałobę po swojemu, ale trzeba pamiętać, że rzadko jesteśmy sami w swojej rozpaczy. Obok nas są ludzie, którzy również cierpią, martwią się, chcą pomóc. No i jest jeszcze Bóg, na którego najłatwiej się obrazić (sama coś o tym wiem), choć to akurat do niczego nie prowadzi. Ale to każdy musi zrozumieć indywidualnie. Byleby tylko nie było za późno.

 ***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Pani Oli i wydawnictwu Święty Wojciech!

16 komentarzy:

  1. Książka wydaje się być ciekawa:) a twoje zdjęcie jest przepiękne:)

    OdpowiedzUsuń
  2. Niestety to prawda: nieszczęścia chodzą parami, a kłopoty tabunami...

    OdpowiedzUsuń
  3. Jeśli książka wywarła na Tobie takie wrażenie, to należy ją poznać...

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja również uwielbiam książki, które zawierają w sobie jakiś znaczący problem aczkolwiek nie sięgam po nie zbyt często. Czuję się po takich lekturach zupełnie beznadziejnie, ale jednocześnie odnajduję w sobie siłę do działania.

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo lubię tę serię wydawnictwa i chętnie przeczytam Pierwszego ogrodnika :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Smutna lektura. Z pewnością teraz po nią nie sięgnę. Może później...

    OdpowiedzUsuń
  7. Czasami sięgam po takie smutne książki, zapiszę sobie tytuł.

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię takie książki, naprawdę fajnie się zatopić w podobnym klimacie i tematyce, ale znowu nie ma co przesadzać, bo się zrobi za smutno ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Nie jestem pewna, czy poradziłabym sobie z ładunkiem emocjonalnym, który z dużym prawdopodobieństwem zawiera ta książka... :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Zapiszę tytuł, ale pewnie szybko nie znajdę na nią czasu...

    OdpowiedzUsuń
  11. Jak wiesz lubię takie emocjonalne książki, które podejmują trudne tematy. Utrata dziecka musi niesamowicie boleć :( Też pewnie przepłakałbym całą tę powieść. Mam na nią jednak wielką ochotę, mam nadzieję, że uda mi się ją przeczytać.

    OdpowiedzUsuń
  12. Myślę, że jak dla mnie to za dużo odniesień do Boga, wolę, gdy człowiek musi sobie sam radzić ze swoimi problemami i chętnie bym przeczytała powieść, która opowiada o tym, jak pogodzić się ze stratą.

    OdpowiedzUsuń
  13. Ja czytałam jakiś czas temu książkę, w której było napisane, że nieszczęścia chodzą trójkami - "Na domiar złego" Sarah-Kate Lynch ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Chociaż smutnych opowieści zbytnio nie lubię, to jednak po tę książkę mam ochotę sięgnąć, i z pewnością uczynię to w niedalekiej przyszłości :).

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  15. Wiesz, ja niby też lubię smutne opowieści, ale najbardziej chyba przepadam za takimi tragediami, których nie da się uniknąć (tak, to pozostałość po moich ukochanych dramatach antycznych). I jak już sięgam po coś smutnego, to wolę, kiedy nie ma szczęśliwych zakończeń - wtedy całość emocjonalnie rozkłada mnie na łopatki. ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Lubię takie powieści, przy których łzy lecą po policzkach. Smutne, ale jednocześnie zawsze zwracające moją uwagę na to, że powinnam doceniać to co mam i cieszyć się

    OdpowiedzUsuń