piątek, 18 lipca 2014

Zrobił tak, jak mu Tyrmand radził


tytuł: Big Beat
autor: Marcin Jacobson, Marek A. Karewicz
wydawnictwo: Sine Qua Non
rok wydania: 2014
ilość stron: 192

moja ocena: 10/10

Marek Karewicz fotografował gwiazdy big beatu z lat 60. i 70. ubiegłego wieku. Stworzył większość okładek płyt z tamtych lat. Same znane zdjęcia, które każdy fan polskiej muzyki sprzed lat ma wpisane w pamięci, nawet bez świadomości kto jest ich autorem. Najciekawsze jest to, że on tego big beatu wcale nie lubił, ta muzyka go nie pociągała, bo najważniejszy był cały czas jazz.

Marek Karewicz był blisko gwiazd tamtych lat, z wieloma łączyła go prawdziwa sympatia, ale Karewicz potrafił trzymać dystans, patrzeć na wszystko chłodnym okiem. Takie są te jego wspomnienia – ciepłe, ale zdystansowane, pozbawione taniego sentymentalizmu i ckliwości. Fotograf pozwala sobie na osobiste komentarze, często odważne, bezpośrednie, lekko złośliwe, ale ujmująco szczere. Bez lukru i zbędnych uprzejmości. Odebrałam to jako przejaw ogromnego szacunku do ludzi, o których opowiada, a także do czytelnika. W końcu to jego osobista perspektywa, opowieść o tym  co pamięta i jak pamięta. Obrazy Karewicza pozwoliły mi spojrzeć z nieco innej, bardziej krytycznej, perspektywy na muzyków, których darzę bezbrzeżną miłością (wymienię tylko Grechutę, Niemena, Klenoczna, Nalepę). 


Marek Karewicz w młodości marzył o karierze muzyka jazzowego, ale zabrał się za fotografię po tym jak Leopold Tyrmand powiedział by „przestał pieprzyć na trąbce i zajął się poważnie fotografią.” Z jego opowieści wyłania się obraz polskiej sceny muzycznej z lat, kiedy piosenki były jeszcze o czymś. Choć nie wszystkie, bo głupiutkich tekstów przecież nie brakowało.

„Karin Stanek fotografowałem wielokrotnie. Mieliśmy dobre relacje, ale nie mogę powiedzieć, bym lubił to, co śpiewała. Jak mogła mi się podobać piosenka Malowana lala? W ogóle jak komukolwiek taka piosenka mogła się podobać?”

Ogromny szacunek należy się dla  Marcina Jacobsona, który spisał wspomnienia Marka Karewicza. Jego obecność w tekście jest zupełnie niewidoczna, a przecież jego wkład w powstanie książki jest nieoceniony. W trakcie lektury można usłyszeć muzykę z tamtych lat. Ja jestem jej fanką, więc bez problemu z każdym nowym rozdziałem zmieniałam w głowie kolejne płyty. Mogłabym przytoczyć mnóstwo anegdotek wyczytanych z książki, ale tego nie zrobię, żeby nie psuć nikomu zabawy. Z resztą wszystkie te opowiastki nie miałyby swojego uroku bez niepowtarzalnego stylu Karewicza. 

Najsłynniejsza fotografia Marka Karewicza
Po raz kolejny wydawnictwo SQN stanęło na wysokości zadania i wypuściło na rynek prawdziwe cacko. Pod względem edytorskim ta książka to małe arcydziełko, które powinno się pokazywać jako doskonały przykład tego, w jaki sposób należy wydawać albumy. Proporcja między treścią, a fotografiami została idealnie wyważona. Treść mogłaby istnieć bez zdjęć, ale nie miałaby aż takiego uroku. Z kolei fotografie bez wspomnień Karewicza byłyby interesujące, ale nie wzbudzałyby emocji.

Ośmielam się stwierdzić, że „Big Beat” będzie najlepszą książką muzyczną tego roku. Nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żeby inny tom przebił wspomnienia Karewicza. Album  czyta się i ogląda rewelacyjnie, ale i tak autor zostawił najlepsze na koniec. Ostatnia anegdotka przebija wszystkie inne zgromadzone w tomie. Jest jak wisienka na torcie, doskonałe ukoronowanie absolutnie genialnej całości.


Jeden z moich najukochańszych albumów

 ***
Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Pana Oskara i Wydawnictwa Sine Qua Non!
***
Recenzja bierze udział w wyzwaniu muzycznym!

8 komentarzy:

  1. Jestem pewna, że wyłowiłaś prawdziwą perełkę!

    OdpowiedzUsuń
  2. W pełni się z Tobą zgadzam, album jest wspaniały i polecam go każdemu fanowi polskiej sceny muzycznej :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Zazdroszczę, i tego, że mogłaś tę książkę przeczytać, i tego, że ją masz, skoro ona tak ładnie wydana:) Lubię tamte czasy, muzykę też, więc publikacja idealnie wpisuje się w mój gust:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Widziałam już recenzję tej pozycji na innym blogu - równie pochlebną. Chyba czas, aby się z nią zapoznać ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Książki muzyczne jakoś nie są dla mnie, aaale wiem, że mojemu lubemu na pewno by się spodobała i nawet przydała, bo on bardzo interesuje się muzyką :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Ależ super album! I niesamowicie interesująca postać!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo, bardzo zachęcające...jak dobrze, że autor posłuchał Tyrmanda;)
    Wspomnienia Marka Karewicza, jego zdjęcia i muzyka wykonawców, o których pisze, grająca gdzieś w tle - to dobry plan na wakacyjne popołudnie;)

    OdpowiedzUsuń