poniedziałek, 30 czerwca 2014

Luxtorpeda, czyli najlepszy koncert piątej edycji Life Festival Oświęcim


W przeciągu kilku ostatnich dni w Oświęcimiu odbywała się najlepsza impreza w okolicy, czyli piąta edycja Life Festival Oświęcim. Bogaty i różnorodny program ściągnął do miasta fanów muzyki z całej Polski, a nawet sąsiednich państw. Już na pierwszy rzut oka widać było, że coś się dzieje, bo takich tłumów nie spotyka się na co dzień w raczej spokojnym i niedużym Oświęcimiu. Jako wielbicielka muzyki nie mogłam przegapić tak wyjątkowej imprezy odbywającej się tuż pod moim nosem, więc oczywiście byłam na miejscu i świetnie się bawiłam. Sobotni koncert Erica Claptona ściągnął na MOSiR dziki tłum ludzi (20 tys. fanów), ale dla mnie to nie jego koncert okazał się tym najlepszym…

W piątek pogoda była piękna i słoneczna. Wpadliśmy z Mateuszem na stadion chwilę przed 18:00, więc udało nam się jeszcze usłyszeć końcówkę występu kapeli Coria. Panowie grali przyjemnie dla ucha, ale bez większych rewelacji, a przynajmniej nie mogę stwierdzić nic więcej po wysłuchaniu tak niewielkiego fragmentu ich koncertu. O tej porze nie było jeszcze tłumów, więc udało nam się zająć fajne miejsca przy barierce. Mieliśmy świetny widok na scenę i telebim, więc nie ruszyliśmy się stamtąd do końca, czyli po godz. 23:30 (nawet nie chcę wspominać o tym jak bolały nas nogi).  

Najbardziej wyczekiwany przez mnie koncert Luxtorpedy był doskonały. Panowie dali z siebie wszystko, Litza zagadywał publikę, opowiadał o piosenkach i związanych z nimi historiach. Luxtorpeda to chyba jeden z ostatnich zespołów, który śpiewa piosenki o czymś istotnym, a każdy tekst to właściwie odrębna opowieść. Teksty mają sens i niosą z sobą pozytywny przekaz. Energia i radość kapeli udzieliły nam się natychmiast, a występ Luxtorpedy skończył się zbyt szybko. Na końcu muzycy podziękowali sobie wzajemnie poprzez uściski i poklepywania. To było  niesamowite! Jeszcze nie widziałam, żeby jakikolwiek zespół zachowywał się w ten sposób. Wydawało mi się, że już nie mogę lubić ich bardziej, ale tym prostym, ale sympatycznym gestem wzajemnego szacunku  Panowie sprawili, że pokochałam ich jeszcze mocniej. 


Następnie na scenie pojawił się Balkan Beat Box, który okazał się największym zaskoczeniem festiwalu. Na co dzień nie słucham muzyki tego typu i po przesłuchaniu kilku kawałków w internecie byłam sceptycznie nastawiona do ich występu. Okazało się, że na żywo Balkan Beat Box prezentują się znakomicie, a swoją optymistyczną muzyką szybko rozbujali publikę i kilku ochroniarzy. Wokalista chętnie zagadywał uczestników festiwalu i było widać, że muzycy bawią się równie dobrze. Jednak w trakcie ostatniego numeru wysiadło nagłośnienie. Zespół trzymał fason i nie przerwał występu, a techniczni biegali spanikowani. Po chwili udało się uratować sytuację, ale jak się później okazało głośniki zepsuły występ gwiazdy wieczoru, czyli kapeli Soundgarden.

Kapela Chrisa Cornella jest już legendarna i nie trzeba jej przedstawiać. Bardzo czekałam na pierwszy w Polsce koncert Soundgarden, ale bardziej z sympatii dla Cornella, niż samego zespołu, bo lepiej znam dokonania lidera z innych jego projektów. Chris szalał po scenie, dwoił się i troił, często zagadywał publikę, dziękował za zaproszenie, entuzjazm i polską flagę podarowaną mu przez fanów. Ale cóż z tego, skoro przez problemy z nagłośnieniem prawie nie było go słychać… Zespół grał głośno i rewelacyjnie, ale zagłuszał śpiew Chrisa. A przecież Cornell potrafi tak wspaniale wrzeszczeć. Aż żal, że przez głupie nagłośnienie występ Soundgarden wypadł raczej przeciętnie. W tym względzie organizatorzy zawiedli, a moje poczucie muzycznego niedosytu zwalam tylko na nich. 


W sobotę nagłośnienie działało bez zarzutów, ale za to przelotny deszcz co jakiś czas straszył festiwalowiczów. Na stadionie zjawiliśmy się o tej samej porze, co dnia poprzedniego. Postanowiliśmy pozwiedzać teren festiwalu i pooglądać atrakcje, które uczestnikom zapewnili organizatorzy. W kilku namiotach można się było pobawić, odpocząć i schować przed deszczem.

W międzyczasie posłuchaliśmy końcówki występu kapeli Abby, ale tak jak w przypadku Corii obyło się bez większych rewelacji. Punktualnie o 19:00 na scenie pojawiła się Edyta Bartosiewicz z zespołem. Wiem, że niektórzy przyjechali specjalnie na jej występ (Mateusz podsłuchał rozmowę na ten temat w strefie gastro). Choć nie lubię kobiecych wokali, to Bartosiewicz jest jedną z niewielu wokalistek, którą zdarza mi się słuchać dla przyjemności. Edyta wyglądała ślicznie (jej dziewczęca uroda jest  zachwycająca) i zaprezentowała świetną formę. Aż żal mi było, że w trakcie „Opowieści” akurat nie padał deszcz. Mam nadzieję, że Edyta wróci do częstego koncertowania, bo słuchanie jej na żywo, to czysta przyjemność. 


Prawie godzinna przerwa nas wynudziła i sprawiła, że zaczęliśmy się niecierpliwić przed występem Erica Claptona. W końcu muzycy pojawili się na scenie, a publika zaczęła szaleć. Pod względem muzycznym była to wyśmienita uczta. Usłyszeć na żywo takie legendarne numery jak „Tears in Haven”, „Layla” (w rewelacyjnej aranżacji), czy choćby „Cocaine” okazały się emocjonującym i niezapomnianym przeżyciem. Największym zaskoczeniem i prawdziwą perełką wieczoru okazał się dla mnie klawiszowiec Paul Carrack i jego wykonanie „How Long”. Przecież ten facet ma o wiele lepszy i ciekawszy głos niż Clapton! 


Wszystko byłoby super, gdyby nie zachowanie Erica Claptona na scenie, który nie przemówił do publiczności ani me, ani be, ani hello Poland. Co jakiś czas z jego ust padało tylko „thanks”. Zero jakiegokolwiek kontaktu. Nie wiem, czy to kwestia jego osobowości i zawsze zachowuje się w ten sposób, ale dla mnie było to niefajne i trochę zepsuło odbiór całego koncertu. Tylko jedna piosenka na bis chyba zaskoczyła wszystkich, a przynajmniej ja spodziewałam się przynajmniej trzech numerów. Dobrze, że na koniec Clapton zdecydował się chociaż machnąć ręką, bo na ukłon też nie było co liczyć (możliwe, ze w tym wieku ma problemy z kręgosłupem). 

Ludzie z telefonami są naprawdę irytujący...

W tym roku teren festiwalu został przeorganizowany, a całość lepiej przemyślana. Widać, że organizatorzy uczą się na błędach. Na pochwałę zasłużyła firma ochroniarska, która zachowywała się uprzejmie i kulturalnie, przez co obyło się bez nieprzyjemnych scysji. Fajnym miejscem był też sklepik z pamiątkami, czyli miejsce gdzie można było zaopatrzyć się w festiwalowe koszulki, muzyczne gadżety i płyty gwiazd festiwalu. Skusiłam się na koszulkę Luxtorpedy (ach jaka jest śliczna) i płytę „Robaki”.

Mimo wszystko nie obyło się bez organizacyjnych wpadek. Największą i najpoważniejszą był oczywiście problem z nagłośnieniem. Po raz kolejny było za mało worków na odpady, przez co śmieci walały się po całym stadionie, a ludzie bez oporów rzucali papierki i pojemniki po napojach pod nogi. Ale już największa głupotą było to, że w sobotę można było kupić napoje, ale bez nakrętek. Na moje oburzenie i protesty, że dzień wcześniej nie było takich cyrków, sprzedająca dziewczyna wyjaśniła, że takie dostała polecenie. Nadal nie rozumiem po co to było, chyba tylko po to, żeby zdenerwować ludzi. O cenach za jedzenie i picie nie ma co wspominać, bo na takich imprezach zawsze jest drogo. Ale przynajmniej wszędzie sprzedają napoje z nakrętkami…


W trakcie całego festiwalu bawiliśmy się rewelacyjne, ale najbardziej podobał nam się koncert Luxtorpedy. Później Balkan Beat Box, Erica Claptona, Soundgarden (wypadliby lepiej gdyby nie głośniki) i Edyty Bartosiewicz (Edyta wybacz, ale pierwszeństwo muszę oddać męskim głosom).

Do zobaczenia za rok (liczę, że zjawią się u nas The Rolling Stones)!

Więcej zdjęć na lifefestival.pl (skąd pożyczyłam fotografie wykonawców). 

25 komentarzy:

  1. Też lubię Luxtorpedę :) A o sprzedawaniu napoi w butelkach bez nakrętek to pierwsze słyszę. Czego to ludzie nie wymyślą...
    Wydaje mi się, czy masz na sobie koszulkę Luxtorpedy? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, tak :) nowiutką i świeżutką zakupiona na festiwalu :D łączmy się w uwielbieniu dla Luxtorpedy :D

      Usuń
    2. Świetnie w niej wyglądasz :) Mogliby też pomyśleć o jakiś innych gadżetach z Luxtorpedą. Chętnie kupiłbym kubek. Ale nie wiem czy byliby inni chętni, bo może to tylko ja mam obsesję na punkcie kubków do herbaty ;)

      Usuń
    3. Aż mnie zawstydziłeś :) dziękuję :) A co do gadżetów, to były jeszcze breloczki i chyba naszywki, ale kubka nie widziałam. Może jakby poszukać, to by się znalazł :)

      Usuń
    4. z zabieraniem zakrętek spotkałam się tylko na bramkach, kiedy ktoś chciał wnieść swój napój na teren imprezy to mógł (np. na Czyżynaliach) ale jedynie w odkręconej butelce. kupując cokolwiek na miejscu nikt się ich nie czepiał. szczerze mówiąc przez takiego typu zabiegi nauczyłam się tylko jednego - zawsze jakaś zakrętkę biorę ze sobą z domu ;)

      Usuń
  2. No cóż, przed koncertem na Narodowym też można było wnieść napoje w butelkach bez zakrętek :S
    Czekałam na Twoją relację - może kiedyś uda mi się dotrzeć na festiwal i spotkać z Tobą, razem poszaleć :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Reflektuję na jakikolwiek koncert :D ewentualnie może być spotkanie autorskie, albo nawet wizyta w księgarni :D

      Usuń
  3. Ja ten czas spędziłam też w Oświęcimiu, tyle, że na pogotowiu buuu

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że już wszystko w porządku :)

      Usuń
  4. Niesamowita dawka pozytywnej energii dla ucha i ducha.. Bartosiewicz moim zdaniem jest na drugim miejscu po Nosowskiej, więc chętnie bym posłuchała na żywo tej wokalistki. :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Widzę, że świetnie spędziłaś czas, w sumie koncertowo :) Ale napoje bez nakrętek to totalny odlot, takie rzeczy to chyba tylko w Polsce można spotkać :/

    OdpowiedzUsuń
  6. Ha, też jestem fanką męskich głosów i nie przepadam za kobiecymi :) Świetny wpis - bardzo emocjonalny :)

    OdpowiedzUsuń
  7. To musiał być fantastyczny koncert. Zazdroszczę zwłaszcza możliwości posłuchania Edyty Bartosiewicz na żywo:)

    OdpowiedzUsuń
  8. Zazdroszczę. To musiał być świetny koncert. Zwłaszcza zazdroszczę możliwości wysłuchania Edyty Bartosiewicz na żywo...

    OdpowiedzUsuń
  9. Na mecze siatkarskie również nie można wnosić zakręconych napojów. Od razu nakrętki zanierają przy bramkach:)
    Luxtorpedy bardzo lubię słuchać, ale dużo bardziej Corii. Posłuchaj, zachęcam! Myślę, że nie powinnaś się zawieść:) Coria to zespół stworzony po rozpadzie (a dokładniej odejściu wokalisty Grześka) Symetrii, który również uwielbiałam. Coria jednak, z nowym wokalistą, zyskała nowe inne brzmienie i prezentuje nieco inny styl, który chyba bardziej mi odpowiada.
    Zazdroszczę uczestniczenia w Festivalu!

    OdpowiedzUsuń
  10. Widzę, że dobrze się bawiłaś :) Ale nie rozumiem, czemu napoje nie mogę mieć nakrętek ;)

    OdpowiedzUsuń
  11. Co z tymi nakrętkami? :)
    Na następny koncert Luxtorpedy zabieram się z Tobą :D

    OdpowiedzUsuń
  12. Widzę, że wszystkich to ciekawi, a więc wyjaśnię:) Zakaz posiadania/wnoszenia zakręconych napojów na różnego rodzaju imprezy/mecze/koncerty wiąże się najzwyczajniej z bezpieczeństwem. Chodzi o to, że taka zakręcona, pełna butelka waży niemało i można nią daleko rzucić, a więc np. w nielubianego wokalistę, sportowca, ewentualnie w niewinnego człowieka, który nie pasuje komuś z tłumu. Jeśli ma się butelkę odkręconą, najzwyczajniej w świecie rzuca się nią źle (tzn. z dużą dozą prawdopodobieństwa, że połowa jej zawartości wyląduje na rzucającym), pustą zaś nie ma sensu rzucać, bo ta nie doleci do celu, a nawet jeśli, to nie wyrządzi żadnej krzywdy. Poza tym - odkręcona butelka = wygazowany napój, a ten nawet jak jest powtórnie zakręcony, jest mniej "twardy",a co za tym idzie, bezpieczniejszy.
    Dlatego na meczach zazwyczaj napoje sprzedawane są w papierowych/plastikowych kubkach, nie w butelkach. Nie słyszałam o tym, żeby sprzedawać napoje bez nakrętek. Lekka paranoja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja to wszystko rozumiem, bo bezpieczeństwo jest najważniejsze na tak dużej imprezie, ale zaskoczyło mnie, że w piątek nie było takich wymogów. Czyli co? W piątek nikt nie przejmował się bezpieczeństwem festiwalowiczów? Dopiero w sobotę ktoś wpadł na to, że ludzie mogą sobie zrobić krzywdę?
      Najprostszym rozwiązaniem jest niewypuszczanie ludzi z jedzeniem i piciem ze strefy gastro (jak na Off Festivalu), wtedy nie ma żadnych niedomówień :)

      Usuń
    2. O! Wiecie co mnie jeszcze zaskoczyło? Według regulaminu, który dokładnie przeczytałam przez imprezą, na teren stadionu nie wolno było wnosić parasoli zakończonych ostrymi szpicami, a bardzo dużo ludzi miało właśnie takie parasolki... Dlatego tak mnie ten korek z butelki zdenerwował, bo prędzej mi ktoś wydźga oko takim szpicem niż nakrętką :)

      Usuń
  13. Miałaś dobrą zabawę :) Szkoda, że ten Clapton taki sztywniacki, zwykle artyści nawiązują kontakt z publicznością.

    OdpowiedzUsuń
  14. Na Luxtorpedę to bym się wybrała. :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Dziwna sprawa z tymi zakrętkami... Też nie rozumiem po co coś takiego. Żałuję, że mnie tam nie było. Do Oświęcimia przecież rzut beretem ode mnie! No cóż... :) Edytę chętnie bym posłuchała na żywo, lubię jej wokal i mądre piosenki :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Mam spory kawałek do Oświęcimia, ale żałuję, ze mnie tam nie było ;)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  17. Najważniejsze, że dobrze się bawiłaś :) Z tymi nakrętkami to paranoja, sprzedaż bez nakrętek jest nie na miejscu.

    OdpowiedzUsuń