czwartek, 29 maja 2014

Za dużo Tochmana w Tochmanie



tytuł: Eli, Eli
autor: Wojciech Tochman
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2013
ilość stron: 152
moja ocena: 5/10

Po raz pierwszy mam wyrzuty sumienia z powodu tego, że przeczytania książka zupełnie mi się nie podobała. Jest mi przykro, że moja opinia nie będzie pozytywna. Gdyby to był inny autor, inny reporter, to pewnie nie czułabym się źle, ale Wojciecha Tochmana bardzo cenię i szanuję, a wszystkie jego poprzednie książki, które czytałam uważam za doskonałe. Nie wiem co się stało z „Eli, Eli”, ale coś zdecydowanie nie wyszło.

Nazwisko Tochmana to już swego rodzaju marka, gwarancja, że będziemy mieć do czynienia z reportażami najwyższej próby. Takie też było moje nastawienie, kiedy sięgałam po „Eli, Eli”. Tym razem reporter pisze o Filipinach, niewyobrażalnej biedzie, która tam panuje, beznadziei i braku perspektyw, niechcianych i niepotrzebnych dzieciach, żywych mieszkających na cmentarzach, kobiecie zmieniającej się w drzewo. Tochman spotyka swoich bohaterów, nawiązuje żywą relację, angażuje się w ich opowieści i swoje uczucia przelewa na papier. Dokładnie w tym miejscu zaczyna się mój problem z „Eli, Eli”, bo Tochmana w tym reportażu jest zbyt wiele. Wcześniej autor ukrywał się za swoimi bohaterami, był niewidoczny w tekście, ale precyzją swoich słów zadawał czytelnikowi ból. Tym razem reporter moralizuje, komentuje, ocenia. Tym samym nie zostawia miejsca na własne przemyślenia, a to w przypadku reportażu jako gatunku jest dla mnie niedopuszczalne. Momentami miałam nawet wrażenie, że Tochman narzuca mi emocje, które powinnam odczuwać w danym momencie.

Nie wiem, czy teksty z „Eli, Eli” stanowią sumę strachów Tochmana, czy męczą go wyrzuty sumienia, że w jakiś sposób korzysta na nieszczęściu swoich bohaterów, ale jeśli ta książka miała być próbą usprawiedliwienia się, to w tym temacie lepiej wypadli Greg Marinovich i João Silva ze swoim „Bractwem Bang Bang”. Kiedyś po przeczytaniu reportaży Tochmana długo nie mogłam się otrząsnąć, czułam się podle, a człowieczeństwo i marność własnego istnienia uwierały jak kamień w bucie. Teraz czuję jedynie rozczarowanie. Zabrakło mi niepowtarzalnego stylu Tochamna, surowości, precyzji i poczucia otępienia po lekturze. Całość ratują jedynie rewelacyjne fotografie Grzegorza Wełnickiego, które są bardziej porażające i sugestywne niż jakiekolwiek słowa Tochmana.

19 komentarzy:

  1. Szkoda, bo jakoś zwróciłam na nią uwagę, okładka również jest ciekawa. W takim razie podziękuję :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie do wiary! A liczyłam na to, do czego Tochman nas przyzwyczaił... Pewnie i tak przeczytam, nawet gdybym miała mieć równie dwuznaczne wrażenia, na to się nastawiam dzięki lekturze twojej recenzji. Może dzięki temu rozczarowanie nie będzie tak wielkie...

    OdpowiedzUsuń
  3. A już liczyłam na dobry reportaż. Jednak ze względu na autora przeczytam tą pozycję. Może odniosę inne wrażenie - nie ukrywam, że właśnie na to liczę...

    OdpowiedzUsuń
  4. Słaby Tochman? Książki jeszcze nie czytałam, ale to brzmi niepokojąco...

    OdpowiedzUsuń
  5. Gdyby książka nie była tak droga przeczytałabym ją dawno, ale opinie odstraszają i cena też. Zresztą wcale nie spieszy mi się by zawieść się na Tochmanie. Myślę, że może kiedyś, bo ciekawość na pewno mi nie da spokoju. Zresztą jestem przekonana, że Tochmana i tą książkę trzeba w jakiś sposób zrozumieć od innej strony niż reportaże, słyszałam wiele rozmów z autorem po publikacji "Eli, Eli" i mam sporo przemyśleń na ten temat, ale poczekam aż przeczytam żeby się nimi dzielić :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Skoro się rozczarowałaś, to ja spasuje, bo nie mam czasu i ochoty na zwyczajne literackie przeciętniaki.

    OdpowiedzUsuń
  7. Też jestem bardzo zdziwiona, bo Tochman to dla mnie ... - no właśnie - nazwisko-gwarancja tego, o czym piszesz w pierwszym akapicie. Książki nie kupię, ale, jeśli znajdę w bibliotece, przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  8. Lubię Tochmana i ogólnie literaturę faktu, ale jakoś do Eli Eli mnie nie ciągnie.

    OdpowiedzUsuń
  9. Szkoda, że się zawiodłaś :( Autor nie powinien narzucać swoich emocji, czy zdania; powinien być obiektywny...

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie znam reportaży Tochmana, ale w takim razie nie będę sięgała po powyższą pozycję. Wolę sięgnąć po lepszą książkę tegoż autora:)

    OdpowiedzUsuń
  11. No właśnie dlatego trochę waham się za każdym razem, gdy patrzę na nią w bibliotece.

    OdpowiedzUsuń
  12. Tochmana miałam w planie czytelniczym, jestem zaskoczona, że książka jest niezbyt dobra. Mimo wszystko przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  13. Czytałam "Bractwo Bang Bang", ale najnowszej książki Tochmana jeszcze nie. Przyznam, że zaskoczyła mnie Twoja opinia, gdyż trafiałam póki co na pozytywne recenzje "Eli, Eli".

    OdpowiedzUsuń
  14. Jeszcze nie znam Tochmana a te książkę sobie już zapisałam, ale w tej sytuacji to nie wiem........

    OdpowiedzUsuń
  15. Ajć, zdziwiłaś mnie, ale pewnie przeczytam. I w sumie dzięki Tobie nie zezłoszczę się tak bardzo, bo będę przygotowana. ;-) A teraz żyję tym wydarzeniem: http://www.teatr-capitol.pl/pl/aktualnosci/1240-umwuka-premiera-spektaklu-na-podstawie-reportazu-tochmana-zobacz-wideo

    OdpowiedzUsuń
  16. Niestety mnie też ten reportaż mnie troszkę zawiódł. Po kilku stronach zastanawiałam się, czy to na pewno napisał Tochman. Zabrakło mi jego nieoceniania, jego pozostawania w cieniu, zabrakło niejednoznaczności.
    Z drugiej strony przerażająca bieda filipińczyków i wszystko, co się z nią wiąże - przemoc, życie z skrajnym ubóstwie, niewolnicza praca, wykorzystywanie dzieci i kobiet, życie na nagrobkach- jest jednoznaczna. A cały dramat rozgrywa się w wszystko to w cieniu wysokich biurowców i hoteli za 1000 euro za noc. To jest jakiś obłęd! Koszmar, z którego szybko się chcemy obudzić. Strząsnąć z siebie te przerażające zdjęcia i opowieści. Może stąd ta zmiana języka, na mniej lotny, a bardziej surowy, brutalny i pełen przekleństw. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że historie były pisane ze złością. W kogo wycelowana jest ta złość? W biedaków, którzy czekają aż dzieci przyniosą im kilka peso za wyzbierane butelki? W tych, którzy nigdy nie pracowali, rozmnażają się na potęgę i żyją na ulicach, cmentarzach. A może to złość na tych, którzy patrzą na swoich rodaków z klimatyzowanych aut, biur i nic nie robią? Może to złość na politykę postkolonialną, złość na amerykańskie okręty z amerykańskim marynarzami, którzy chętnie korzystają z wdzięków filipińskich dziewcząt? Ech!

    OdpowiedzUsuń