poniedziałek, 12 maja 2014

W tunelach metra



tytuł: Niebo pod Berlinem
tytuł oryg.: Nebe pod Berlínem
autor: Jaroslav Rudiš
wydawnictwo:  Prószyński i S-ka
rok wydania: 2007
ilość stron: 140

moja ocena: 7/10

Długo polowałam na debiutancką powieść mojego ulubionego czeskiego pisarza Jaroslava Rudiša. W końcu kupiłam ją za jakieś śmieszne pieniądze, rzuciłam się do lektury i od tamtej pory nie wiedziałam co o niej napisać. Bo „Niebo pod Berlinem” to wyjątkowo dziwna książka.


„Człowiek zapamiętuje wydarzenia według dźwięków. Według nich je układa, gubi i znów odnajduje. Świat to technika dźwiękowa, uszy to kierunkowskazy. Jestem tam, gdzie chcą one.”

Bohaterem powieści jest trzydziestoletni nauczyciel, którego przygniata proza życia. W ostatnim akcie desperacji mężczyzna rezygnuje z pracy i wyjeżdża, a raczej ucieka do Berlina. Tam pragnie zacząć wszystko na nowo, tam poznaje oryginalnych przyjaciół, spełnia swoje marzenie zakładając własną kapelę i spotyka kobietę swojego życia. Gdzieś obok niego kręcą się marzyciele, podstarzałe punki, nieudacznicy, wykolejeńcy. Cała akcja rozgrywa się głównie pod ziemią, w tunelach metra, gdzie nie istnieje wyraźna granica między światem żywych, a umarłych.

„… a mnie się wydaje, że szczęście można naprawdę ukraść. Ale nawet kradzione nie trwa dłużej niż to prawdziwe.”

Powieść Rudiša składa się z obrazków, scenek połączonych ze sobą motywem metra. Muzyka jest dla autora bardzo ważna, w zasadzie to cała fabuła kręcie się wokół muzyki. Co jakiś czas trafiają się genialne zdania, chwytające za serce przemyślenia, czy zabawne teksty związane z życiem i muzyką. Właśnie wstawki muzyczne podobały mi się najbardziej w całej powieści. Już dawno odkryłam w Rudišu pokrewną duszę z podobnym poczuciem humoru i wyobcowania. Niektóre jego teksty chciałabym ukraść dla siebie i podpisać je własnym nazwiskiem.

„Tak, Beatlesów kocham. Kocham nad życie. Przy tym zwrocie muszę się teraz uśmiechnąć.”

Nietypowy format i fakt, że książka została zadrukowana w poziomie od początku zwiastują, że będzie to oryginalna lektura. I faktycznie taka jest. Interesująca, hipnotyzująca i męcząca zarazem. Zaledwie sto czterdzieści stron czytałam na dwa razy. Nie byłam w stanie przetrawić całości za jednym zamachem. „Niebo pod Berlinem” to dobra, a nawet bardzo dobra powieść, jednak nie polecałabym jej na pierwsze spotkanie z Jaroslavem Rudišem. Moglibyście się zniechęcić, albo uprzedzić, a szkoda by było, bo Rudiš z książki na książkę jest coraz lepszy. Dla fanów jego talentu jest to pozycja obowiązkowa, jednak dla tych, którzy dopiero mają zamiar rozsmakować się w jego prozie proponuję najpierw sięgnąć po „Grandhotel”, lub „Koniec punku w Helsinkach”.

9 komentarzy:

  1. Jeśli będę miała ochotę na taką lekturę, to kto wie - może się skuszę?

    OdpowiedzUsuń
  2. Zaintrygowałaś mnie tym wpisem. Do tej pory znałam tylko jednego współcześnie piszącego czeskiego pisarza - M. Viewegha - którego zresztą bardzo lubię. Teraz mam zamiar poszukać książek Rudiśa i przekonać się czy jego twórczość mi odpowiada.
    Pozdrowienia :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Jakoś nie mam na nią ochoty.

    OdpowiedzUsuń
  4. Chyba nie dla mnie tym razem :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciekawa pozycja. Nie znam autora, ale po Twojej recenzji mam ogromną ochotę go poznać.

    OdpowiedzUsuń
  6. Rzeczywiście zapowiada się ciekawie, jeszcze nie czytałam książki wydrukowanej w poziomie. O autorze słyszę pierwszy raz, ale motyw metra wydaje się być interesujący :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wystarczy słowo "metro" w tytule postu, żeby mnie zainteresować;)
    Hm, specyficzna książka. A takie zazwyczaj nie do końca mi się podobają. Czy z tą byłoby inaczej? Trzeba przeczytać, żeby się o tym przekonać;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Ale piękna recenzja :) Aż by się chciało wziąć i czytać tę książkę...

    OdpowiedzUsuń
  9. W przyszłości pomyślę nad nią :)

    OdpowiedzUsuń