poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Bajki o dzieciństwie


tytuł: Guguły
autor: Wioletta Grzegorzewska
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2014
ilość stron: 96

moja ocena: 8/10

„Najładniejsze bajki są o tym, że byliśmy mali.” Te słowa Zbigniewa Herberta nadają się idealnie na motto najnowszej książki Wioletty Grzegorzewskiej, bo opowieści z tomiku „Guguły” są niczym innym jak właśnie bajkami z czasów dzieciństwa.

Wiolka mieszka z rodzicami i dziadkami w małej wsi Hektary. Pory roku wyznaczają rytm życia, a codzienność przepełniona jest ciężką pracą dorosłych i beztroską zabawą dzieci. Wszelkie rozrywki, czy nietypowe wydarzenia związane są najczęściej ze świętami religijnymi. To tam dorasta mała bohaterka, dojrzewa fizycznie i psychicznie, zbiera pierwsze i być może najważniejsze doświadczenia związane z życiem i śmiercią.

„Guguły” składają się z krótkich opowiadań, przepełnionych emocjami wspomnień, które pamięta się tylko dlatego, że były w jakiś sposób przełomowe. Dobre, czy złe, to nieważne, ale nie bez powodu to one zostają w człowieku na całe życie. Opowiastki Loletki są trochę jak majaki z przeszłości, fragmenty snów, kiedy nie jesteśmy pewni, czy rzeczywistość nie miesza się nam z dziecięcymi wyobrażeniami i fantazjami. Czasami wystarczy jakiś dźwięk lub zapach, żeby sprowokować lawinę wspomnień. Mam wrażenie, że tak właśnie jest u Grzegorzewskiej, której proza zwraca uwagę swoją zmysłowością, a wszystko o czym pisze autorka czytelnik może sobie z łatwością wyobrazić, bo zaczynają do niego wracać własne wspomnienia. Sama pamiętam kolorowe odpusty z mnóstwem tandety, wiejskie wesela w remizie, skubanie pierza, strojenie całej wsi, bo gdzieś nad nami będzie przelatywał helikopter z papieżem. A to przecież zupełnie inna wieś i trochę inne czasy. Osobista refleksja nasuwa się jedna - dorosłam, zebrałam różne doświadczenia, ale w środku cały czas czuje się niedojrzała. Dokładnie jak ojciec Wiolki, tak jak te guguły.

Wioletta Grzegorzewska nie idealizuje dzieciństwa, unika taniego sentymentalizmu, choć w tle pobrzmiewają nuty melancholii. „Guguły” wpisują się idealnie w nurt wiejskich wspomnień, do którego ja osobiście mam słabość. Książka Grzegorzewskiej może dumnie stanąć gdzieś pomiędzy Myśliwskim i Stasiukiem, a to chyba największy komplement na jaki mnie stać.

***
Za możliwość przeczytania książki serdecznie dziękuję Pani Annie i Wydawnictwu Czarne!

9 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawa pozycja. Lubię takie książeczki, bo pozwalają się oderwać od cięższych lektur - są miłą odmianą. Dobrze, że autorka nie idealizuje okresu dzieciństwa - ono samo w sobie jest idealne, nawet jeśli okraszone złymi wspomnieniami...

    OdpowiedzUsuń
  2. O, jaka ciekawa książka. Ale to chyba nie powinno dziwić, skoro to moje ukochane Czarne. Mam swoją wieś związaną ze wspomnieniami z dzieciństwa, z przyjemnością sprawdzę jak o tym pisze Grzegorzewska:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Chyba nie dla mnie - mimo wszystko.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hmm.. mam znajomą Wiolettę Grzegorzewską i teraz zaczęłam się zastanawiać, czy ja czasami o czymś nie wiem? :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja też słabość i sentyment do wiejskich wspomnień, więc choćby z tego względu będę mieć na uwadze powyższą książeczkę, chociaż szczerze powiedziawszy, okładka nie zachęca.

    OdpowiedzUsuń
  6. Przyznam, że najbardziej intryguje mnie sam tytuł.

    OdpowiedzUsuń
  7. Czarne Twój blog to dobra rekomendacja :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Jakoś mnie nie zachęca, ale bardzo ciekawa recenzja :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Mam podobne sentymenty :):):) Chętnie przeczytam, zapowiada się cudnie :)

    OdpowiedzUsuń