czwartek, 13 lutego 2014

Próbka poezji amerykańskiej


tytuł: Od Walta Whitmana do Boba Dylana. Antologia poezji amerykańskiej
autor: Stanisław Barańczak
wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
rok wydania: 1998
ilość stron: 304

moja ocena: 5/10

Podczas ostatniej wizyty w bibliotece miejskiej ruszyłam w kierunku półek z poezją. Ta część budynku jest najczęściej pusta i głucha, tak daleko nikt się nie zapuszcza. Bo i po co? W końcu najpopularniejsze książki znajdują się w centralnej części wypożyczalni. Trochę to smutne, z perspektywy tych wszystkich zaniedbywanych tomów, ale przynajmniej miałam spokój. Kurtkę i torebkę rzuciłam na podłogę, usiadłam wygodnie na wykładzinie i zaczęłam grzebać...

Tomik „Od Walta Whitmana do Boba Dylana. Antologia poezji amerykańskiej” skusił mnie tytułem i nazwiskiem autora przekładu. Z góry założyłam, że Barańczakowi mogę zaufać, w końcu to on dokonał autorskiego wyboru wierszy. Poezję amerykańską znałam w stopniu minimalnym, więc postanowiłam poszerzyć własne horyzonty. Ależ się zawiodłam...

Większość przytoczonych nazwisk znałam ze słyszenia. Jednak amerykańska popkultura potrafi skutecznie przemycać poetyckie motywy. Niestety same wiersze zupełnie do mnie nie przemówiły. W trakcie czytania odezwał się we mnie europejski snobizm, a tematy poruszane przez poetów wydały się infantylne i nieistotne. Najwidoczniej mam zbyt małą wiedzę na temat historii i kultury Stanów Zjednoczonych, żeby móc w pełni zrozumieć tamtejszą poezję. Spodobał mi się klimat panujący w wierszach Ezry Pounda i T.S. Eliota, jednak te przytoczone przez Barańczaka nieszczególnie przypadły mi do gustu. Nawet utwory Emily Dickinson całkowicie mnie zawiodły, a przecież znam i lubię jej poezję. Może to wybór wierszy jest tak niefortunny? Może akurat inne utwory złapałyby mnie za serce? Nie wiem, ale bardziej od samej poezji podobały mi się mini biografie poetów spisane ręką Barańczaka. Jak dla mnie były ciekawsze niż przytoczone wiersze.

Moim największym zarzutem pod adresem amerykańskiej poezji jest brak uniwersalności. Jakoś nie potrafiłam przenieść przeczytanych słów na jakikolwiek inny grunt. W pewnym momencie obawiałam się nawet, ze nie znajdę ani jednego wiersze wartego przytoczenia. Ale udało się! Poniżej wszystkie wynotowane przeze mnie utwory. Tylko wiersz Roberta Hayden’a powalił mnie na kolana. Arcydzieło! Reszta dobra, ale nie wybitna, a szkoda, liczyłam na wiecej…  


Te zimowe niedziele - Robert Hayden

W niedzielne ranki ojciec także wstawał wcześnie
i w sinoczarnym zimnie ubierał się, aby
spękanymi rękami, które go bolały
od roboty na mrozie w dni powszednie, sypnąć
węgla do pieca. Nikt mu nigdy nie dziękował.

Budziłem się, słyszałem trzaskanie drzazg mrozu.
Kiedy się już nagrzało, ojciec wołał na mnie
i zwlekałem się z łóżka, ubierałem, w lęku,
w jaki wprawiały mnie chroniczne domowe gniewy.

I zamieniałem parę obojętnych słów
z nim, który zdążył już przegnać chłód z domu
i wyglansować moje odświętne półbuty.
Cóż ja wtedy wiedziałem, cóż ja mogłem wiedzieć
o surowych, samotnych posługach miłości?


Odpowiedź gwiżdże wiatr - Bob Dylan

Ile oddziela nas granic i rzek
Od sensu, który jest w nas?
Ile mórz ujrzy ptak, nim ocali go brzeg
I długi sen w ciszy gwiazd?
Ile jeszcze eksplozji ogłuszy ten wiek,
Tę ziemię zasieków i krat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile ostrości powinien mieć wzrok,
By dojrzeć niebo zza chmur?
Ile razy słuch złowi czyjś jęk albo szloch,
Nim wreszcie dosłyszy w nim ból?
Ilu jeszcze na zawsze zagłębi się w mrok,
w ten mrok, co w nich samych się wkradł?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.

Ile przeminie imperiów i lat,
Nim góry skruszą się w pył?
Ile człowiek znieść może poniżeń i zdrad,
Nim z łaski pozwolą, by żył?
Ile jeszcze zostało mu woli i sił,
By godzić się wciąż na ten świat?
Odpowiedź zna wiatr, odpowiedź gwiżdże wiatr,
Odpowiedź, odpowiedź gwiżdże wiatr.


Tyrada - Frank O’Hara

— O co ci szło, to ci mówiłem —
powiedziałem — a co od ciebie z łaski
dostawałem, to brałem! Skończ z tym
obijaniem się po mojej sypialni,

że aż meblom się chce płakać! Nie mam
zamiaru walić w podłogę albo rzucać
jabłkami! Do cholery z radiem,
niech próchnieje! Nie mam już

ochoty być potworem we własnym
łóżku! — Ba. Cisza zapadła
jak zbyt łatwa decyzja; zupełna
zapaść. Obrazy huśtały

się na ścianach z nudy a
rośliny wyobrażały sobie nas wszystkich
na Trynidadzie. Zewsząd pchały się
na mnie okna. Popędziłem do drzwi.

— Wróć — krzyknąłem — na chwilę!
Co z tą parą nowych butów? A maszynka
do kawy też jest twoja! — Żadnych
kroków. Ha! co za ulga!


Życie jest nudne, przyjaciele. Tak mówić nie należy (z cyklu piosenki przyśnione, 14)  - John Berryman

Życie jest nudne, przyjaciele. Tak mówić nie należy.
Bądź co bądź, niebo błyska, wielkie morze dyszy tęsknotą,
nam też coś zabłyśnie albo se tęsknie westchniemy,
a poza tym matka pouczała mnie, jak byłem mały
(i to nie raz):" Samo przyznanie się, że ci nudno,
oznacza, że nie masz w sobie

Życia Wewnętrznego". Dochodzę teraz do wniosku, że nie mam
w sobie Życia Wewnętrznego, bo nudzę się na potęgę.
Nudzą mnie ludzie,
nudzi mnie literatura szczególnie wielka literatura,
nudzi mnie Henry, z tymi jego przejściami & rozterkami
achillesowo fatalnymi,
i z tą sympatią dla ludzi i mężnej sztuki, co mnie osobiście nudzi.
I niezmącony spokój wzgórz & gin - wszystko wygląda na wściekłe nudy

i jakoś tak się stało że pies
zabrał się stąd, on sam & jego ogon, i to dość daleko
w góry, w morze albo w niebo, pozostawiając
po sobie: mnie, merdnięcie.


My na pełnym luzie - Gwendolyn Brooks

Bilardziści:
siedmiu "Pod Złotą Szuflą"

My na pełnym luzie. My
W barze, nie w budzie. My

A akcji nad ranem. My
Wiemy, co grane. My

Czujemy bluesa. My
Czad czerwca w płuca. My

Doskok i chodu. My
Wcześnie do grobu.


Świat niewidzialny
- Robert Pinsky

W Krakowie padał deszcz: kamienne arkady, brukowce
I zadymione powietrze przesiąkały na wskroś jedną barwą,
Gdy w secesyjnej kawiarni, na krzesłach w kształcie harf,

Siedzieliśmy, prawie gotowi do zwiedzania obozu zagłady.
Gdyśmy jechali tam nazajutrz rano, mijając zagrody
I parujące wsie z drewna, przestało już padać,

Choć niebo wciąż było szare. Młoda przewodniczka
Kruchą, despotyczną angielszczyzną objaśniała widoki:
Niskie baraki z cegły; metodycznie usypane

Góry obuwia, szczoteczek, włosów; celę, gdzie niedawno
Papież pomodlił się i złożył kwiaty; księgi raportowe,
Fotografie, latryny – cały ten jadłospis

Ogromów nie do przełknięcia. Zaczęła się znowu mżawka,
I w naszym przystawaniu na chwilę, by w drodze
Z budynku do budynku otworzyć czy zamknąć parasol,

Było coś skurczonego, sztucznego. Chciało się ziewać,
A jednocześnie krzyczeć w głos biblijne frazy:
Rozlanym jest jako woda; Twój jest dzień i Twoja

Jest także noc; Nie mogę dojrzeć własnej
Prawicy... Wspomniałem uprawianą przed zaśnięciem grę,
Stwarzany siłą woli sen (nie myślałem o nim dotąd ani razu):

Jestem tam; obdarzony, sam jeden, mocą niewidzialności,
Wędruję po obozie bez przeszkód. Z początku delektuję się władzą
Bez pośpiechu, tworząc niewielkie fantomy dla odwrócenia uwagi,

Potem zabijam, zabijam, w pełnym szczegółów i dziwne
Beznamiętnym wewnętrznym filmie: strącam z dachu komory gazowej
Człowieka trzymającego kryształki, zwalam pałką z nóg

Owczarka, ulubieńca dzieci Komendanta,
W końcu spłukuję wszystko niejasną powodzią
Ognia i krwi, dryfując w stronę snu

W finale zamazanym jak finał naszej wycieczki,
Kiedy w wirze ulewy przebiegaliśmy koło szubienicy,
Na której w czterdziestym siódmym powiesili Komendanta alianci.

Nie czuję się zmieniony, pouczony – pod tym względem
Było o tym tak jak z każdym zabytkiem; choć prawda,
Że odtąd już nie stąpam w nocy, niewidzialny,

Między rzędami czerwonych budynków, jak gniewny bóg
Czyniąc sprawiedliwość dla ucieczki przed bezsennością.
Tak oto, skompromitowany Panie Zastępów, Twój sługa

Rozdziawia usta potulnie, by łykać czyny, któreśmy
My, najzdolniejsze z wszystkich Twoich byłych stworzeń,
Popełnili; bezkształtni, rozlani jak woda, a przecież

Usiłujemy to objąć, nie odwróciwszy wzroku w rozpaczy:
Tak jakbyś nam – zwróconym ku partackiemu misterium
Dewocjonaliów w witrynie, aby Cię po raz któryś

Oskarżyć – jakbyś nam miał wreszcie ukazać, w purpurze
Rozpłatanego serca, tajemnicę Twego
Dnia i – bo też jest Twoja – także Twojej nocy.


Aby rzeczy były nadal całe - Mark Strand

W polu
jestem nieobecnością
pola.
Ze mną
tak zawsze.
W każdym miejscu
jestem brakiem tego miejsca.

Kiedy chodzę,
robię w powietrzu rozstęp
i nie mogę na krok się z niego ruszyć,
żeby powietrze

zaraz się nie wprowadzało,
wypełniając lukę.

Każdy z nas ma jakiś
powód, żeby się nie ruszać.
Ja ruszam się,
aby rzeczy były nadal całe.

10 komentarzy:

  1. Niestety, antologie poezji to do siebie mają, że często wybrane przez autora utwory nie przemawiają do czytelnika - choć pewnie Barańczak wybrał te najbardziej charakterystyczne czy reprezentatywne :/
    Mogę za to polecić antologię poezji angielskiej, również autorstwa Barańczaka, "Od Chaucera do Larkina", znalazłam tam mnóstwo fantastycznych utworów, do których często wracam od kilkunastu lat:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za podpowiedź :) Przywlokłam do domu jeszcze dwie antologie Barańczaka, tym razem poezji angielskiej, ale póki co tomiki zerkają na mnie z półki :)

      Usuń
  2. Odpowiedź gwiżdże wiatr... matko, ależ przypomniałaś mi fascynujące czasy... Ten wiersz, a raczej piosenkę śpiewaliśmy przy ognisku...rozmarzyłam się;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Patrząc na powyższe wiersze stwierdzam, że nasz rodzima poezja jest piękniejsza ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Szkoda, że zawiodłaś się na tej antologii...
    Swoją drogą, pod pewnymi względami to dobrze, że jest taka część biblioteki, w której można spokojnie usiąść i długo wybierać to, co chcemy przeczytać;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Chętnie bym poznała lepiej twórczość niektórych z poetów o których piszesz, ale raczej sięgnęłabym po całe tomiki. Choć z tego co pamiętam, kiedyś próbowałam to uczynić i było kiepsko z dostępnością. Kiedyś też sięgałam po poezję w oryginale i muszę powiedzieć, że to zupełnie inne doświadczenie. Myślę, że warto skusić się na takie ćwiczenie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Też nie przepadam za literaturą amerykańską w tym poezją. Może to i snobizm, nie mam pojęcia, ale jakoś nie i już. Z drugiej strony widzę, że polscy poeci współcześni stają się coraz bardziej hermetyczni, nieczytelni i ta maniera im wcale nie służy, bo w końcu najważniejszy jest przekaz, a ten musi być po pierwsze zrozumiały.

    Zaskoczył mnie wiersz Boba Dylana w tym tłumaczeniu - pozytywnie!

    OdpowiedzUsuń
  7. Ach, poezję w swoim wykonaniu mogę porównać tylko z gotowaniem - zasad działania jednego i drugiego nie umiem pojąć :) Ale kto wie... może kiedyś...

    OdpowiedzUsuń
  8. Ja zawsze uważałam, że najpiękniejsze są polskie wiersze :) Z tych zagranicznych znam i najbardziej podoba mi się "I colę z tobą pić" wymienionego przez Ciebie O'hary :)

    OdpowiedzUsuń