poniedziałek, 6 stycznia 2014

Żółte oczy prowadzą do domu - Markéta Pilátová


tytuł: Żółte oczy prowadzą do domu
tytuł oryg.: Žluté oči vedou domů
autor: Markéta Pilátová
wydawnictwo: Good Books
rok wydania: 2011
ilość stron: 250

moja ocena: 5/10

Mój zachwyt literaturą czeską trwa nadal i z tego powodu czytam co tylko uda mi się dorwać, byleby autor pochodził z Czech.

Kiedy ostatnim razem wybrałam się do biblioteki miejskiej miałam mocne postanowienie, żeby tylko oddać książkę i nie wypożyczyć nic nowego, bo przecież i tak mam za dużo książek w domu (chociaż książek nigdy za wiele). Stwierdziłam, że tylko przejdę obojętnie obok regału z nowościami, przecież patrzenie nic nie kosztuje, a ja nawet nie mam czasu grzebać w książkach, bo zaparkowałam w niedozwolonym miejscu i muszę szybko znikać, żeby nie narazić się służbom miejskim. Oczywiście jeden rzut oka wystarczył, żeby dostrzec „Żółte oczy prowadzą do domu” i tym oto sposobem mój plan legł w gruzach. 

„Żółte oczy prowadzą do domu” to pierwsza powieść Markéty Pilátovej. Do debiutów zawsze podchodzę z rezerwą i raczej nie spodziewam się cudów. Tym razem moje oczekiwania były trochę większe, gdyż ostatnio przeczytane przeze mnie książki czeskie były znakomite. No cóż, nie tym razem...

Marta, córka czeskich emigrantów, urodziła się w São Paulo. Nie czuje się ani Brazylijką, ani Czeszką. Żyje w rozkroku między dwoma światami, dwiema kulturami. Choć kraj urodzenia zna od zawsze, to nie czuje się w nim dobrze. Z kolei z krainą przodków łączy ją język i domowe opowieści. Pewnego dnia postanawia wyjechać do Pragi. Na miejscu poznaje Lenę, która znalazła się w dokładnie takiej samej sytuacji. Dziewczyny zaprzyjaźniają się i razem grzebią w historii, oswajają rzeczywistość, szukają swojego miejsca. Ich losy łączą się z losami Maruszki i Luizy, które z kolei związane są ze sobą osobą ukochanego Jaromira, który nie żyje już od wielu lat, a nadal nie daje spokoju obu kobietom. Staruszki próbują rozwikłać tajemnicę, którą ukrywał przed nimi Jaromir. 

Pomysł na powieść był interesujący i co ciekawe zaczerpnięty z życia. Pilátová jako nauczycielka dzieci czeskich emigrantów w Brazylii patrzyła na młodych, których tylko język łączy jeszcze z ojczyzną rodziców, którzy nie potrafią zrozumieć nostalgii starszego pokolenia. Zaczyna się dobrze i ciekawie. Później jest tylko nijako. Akcja robi się mdła i bezbarwna. Co prawda przeczytałam powieść do końca, ale bez większego zainteresowania. Jak dla mnie za dużo w niej zbiegów okoliczności i przypadków. 

„Żółte oczy prowadzą do domu” to niezła powieść o przyjaźni, miłości i odkrywaniu własnej tożsamości (a przynajmniej tak mi się wydaję). Choć opowieść Marty i Leny nie zrobiła na mnie piorunującego wrażenia, to nie uważam za zmarnowany czas, który spędziłam z lekturą. Mimo wszystko nie mam zamiaru namawiać was jakość szczególnie do sięgnięcia po tę książkę. Sami zdecydujcie czy dacie szansę Pilátovej i jej powieści.

10 komentarzy:

  1. Ja tam w zbiegi okoliczności akurat wierzę, za dużo miałam w swoim życiu, żeby nie. ;)

    Do debiutów podchodzę podobnie jak Ty, ale lubię od nich zaczynać (jeżeli mam dużą wiarę w autora). Bo zakładam, że potem będzie tylko lepiej.

    OdpowiedzUsuń
  2. Byłam ostatnio w miejscowej bibliotece i okazało się, że nie ma tam działu z czeską literaturą :( No się załamałam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ładna okładka, intrygujący tytuł i świetne imię autorki;) Szkoda, że ostatecznie nie było tak dobrze. W takim razie na początek przeczytam raczej "Koniec punku w Helsinkach", będzie bezpieczniej:) A kiedy już wsiąknę w literaturę czeską, przyjrzę się też Marketce:) Miłego wieczoru:) Małgośka

    OdpowiedzUsuń
  4. Nie słyszałam o tej autorce, ale dobrze widzieć, że książka Cię nie zachwyciła. Ciekawe, czy M. Pilatowa wydała jeszcze jakieś powieści?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tego co wiem, to jakieś jeszcze wydała, ale w Polsce ukazał się tylko ten debiut :)

      Usuń
  5. Czeska literatura to dla mnie czysta egzotyka;) Przynajmniej na razie;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Szkoda, że książka okazała się być kiepska... Moja pierwsza myśl, kiedy zobaczyłam okładkę pomyślałam, że jet świetna. Pozory czasem mogą mylić. Będę jej unikać.
    Bardzo lubię imię Marketa... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. No przecież nie mogą pisać samych arcydzieł;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Widać u Czechów, podobnie jak w polskiej literaturze, zdarzają się pozycje, które należałoby wycofać z obiegu. :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Szkoda, że jest mdło i nijako, ale skoro to debiut, to może kolejna powieść będzie lepsza:)

    OdpowiedzUsuń