środa, 8 stycznia 2014

Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie - Martin Abram


tytuł: Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie
autor: Martin Abram
wydawnictwo:  Polwen
rok wydania:  2013
ilość stron: 656

moja ocena: 7/10

Z góry zakładam, że wszyscy znają fabułę powieści Henryka Sienkiewicza „Quo Vadis”. Martin Abram (czyli Marcin Więcław) pokusił się o napisanie alternatywnej wersji dzieła Sienkiewicza. Pomysł ciekawy, ale przy tym niesamowicie ryzykowny…

Akcja powieści rozgrywa się w 2112 r., czyli w nie tak znowu odległej przyszłości. Granice zatarły się na tyle, że istnieje tylko jedno państwo na świecie, czyli Stany Zjednoczone Świata ze stolicą w Nowym Jorku. Najważniejsze stały się pieniądze, a ludzie z obywateli zamienili się w konsumentów. Rządzący stali się celebrytami, którzy kreują wszelką modę. Władzę interesuje tylko zabawa i szum medialny, który nakręca sukces. Prezydent John Garison III pragnie zapisać się na kartach historii jakimś spektakularnym osiągnięciem, którym przebije swoich poprzedników. W porozumieniu z Radą Dwunastu, czyli grupą najbogatszych ludzi na świecie, wymyśla, że najlepszym sposobem na zdobycie popularności i wzrost gospodarki będzie kontrolowana przez rząd wojna. Trzeba tylko znaleźć odpowiedniego kozła ofiarnego, przeciwko któremu zwróci się świat. Wybór pada na chrześcijan, których pozostała niewielka grupa…

Główną oś powieści stanowi oczywiście wątek miłosny. Ale zamiast Ligii i Winicjusza mamy Angel i Szymona. Ona jest czarującą i miłą panią weterynarz, a on przystojnym dowódcą armii. Młodzi zakochują się w sobie już od pierwszego wejrzenia, ale zanim ich uczucie będzie możliwe musi przejść ciężką próbę. Dziewczyna ponad fascynację mężczyzną przedkłada wiarę w Boga i wierność swoim zasadom. Z kolei on, przyzwyczajony, że bez wysiłku dostaje każdą kobietę, musi i chce zagłębić się w zupełnie nieznanym dla siebie kawałku świata.

Przed lekturą miałam pewne obawy, w końcu odgrzewanie tej samej historii może skończyć się niestrawnością. Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie się martwiłam. Martin Abram spisał się doskonale! Powieść niesamowicie wciąga, tempo akcji jest równomierne, a autor przez cały czas utrzymuje napięcie i zainteresowanie czytelnika. Ponad sześćset pięćdziesiąt stron czyta się błyskawicznie. Na szczęście pisarz pokusił się o zmianę imion bohaterów (czepiam się, ale dla głównej bohaterki mógł wymyślić jakieś lepsze), więc nie wszystko jest oczywiste, a czytelnik musi zadać sobie trud, żeby odgadnąć kto jest kim z oryginalnej wersji. Ogromnym plusem jest też inne niż u Sienkiewicza zakończenie, więc element zaskoczenia utrzymuje się do ostatniej strony.

Przyszłość wykreowana przez autora jest wielce prawdopodobna. I chyba właśnie ten element tak fascynuje i jednocześnie przeraża. Trochę przeszkadzało mi, że autor grubą krechą odkreślił dobrych od złych. Trudno w powieści znaleźć bohaterów niejednoznacznych, walczących wewnętrznie, miotających się w tym świecie. Tylko Szymon stoi gdzieś pośrodku, choć bardziej ciągnie go do pozytywnych bohaterów. Reszta jest tylko biała lub czarna, innych kolorów brak. A szkoda, bo właśnie postaci, które trudno dokładnie określić są najciekawsze i mają największe pole do działania. To chyba mój największy zarzut. Cała reszta wypada wyśmienicie.

„Quo Vadis. Trzecie tysiąclecie” to interesująca wariacja na temat „Quo Vadis” Henryka Sienkiewicza. Mimo dobrze znanego tematu powieść tchnie świeżością, a jej lektura sprawia czytelnikowi ogromną frajdę. Jesteście ciekawi jak bę1)dzie wyglądał świat za sto lat? Koniecznie sięgnijcie po powieść Martina Abrama! Wykreowana przez niego wizja przyszłości jest możliwa, a w trakcie czytania miałam nawet wrażenia, że zmierzamy dokładnie w takim kierunku. Polecam! 
***
Za możliwość przeczytania książki dziękuję Karolinie i wydawnictwu Polwen

14 komentarzy:

  1. Ciekawa fabuła, stanąć twarzą w twarz z takim dziełem, bardzo chciałabym przeczytać!

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakoś nie mogę sobie wyobrazić tej książki. Czytałam już parę książek, które są inną interpretacją oryginału, jednak ciężko mi je odseparować od pierwotnej wersji. A 'Quo Vadis' było jedyną książką Sienkiewicza jaka mi się podobała.

    OdpowiedzUsuń
  3. Może być ciekawie, a już na pewno miło odejść od utartych schematów znanego nam ze szkoły "Quo Vadis" :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Kończę i mam bardzo zbieżne odczucia. Z początku objętość mnie przeraziła. dlatego CZYTAM ETAPAMI.

    OdpowiedzUsuń
  5. Całkiem ciekawy pomysł na książkę. Jeden z ciekawszych z jakimi dane mi było się spotkać w ostatnim czasie. Chętnie przeczytam,zapowiada się interesująco.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie przekonują mnie takie wizje - to mi wygląda na jakąś wersję Igrzysk śmierci, poza tym świat, w którym obywatele zamienili się w konsumentów to świat dzisiejszy, a nie za 100 lat. Zastanawia mnie też zawsze, czemu po "apokalipsie" zawsze jedynym państwem, które zostaje są Stany Zjednoczone. Jeszcze rozumiem jeśli autor jest Amerykaninem - wszak u nich wszystko sprowadza się tylko do własnego kraju, ale Polak?

    OdpowiedzUsuń
  7. Brzmi naprawdę fajnie. Tylko najpierw oryginał przeczytam (wreszcie!).

    OdpowiedzUsuń
  8. Nie wiem. Jakoś nie mam przekonania do tej książki. Coś ostatnio zrobiłam się bardzo wybredna jeśli chodzi o literaturę i sama nie wiem, czego aktualnie chce. Może jak wrócę do zdrowia będę mniej marudna ;)

    OdpowiedzUsuń
  9. Ooo, "Quo vadis" Sienkiewicza mi się naprawdę podobał. Odważnie...

    OdpowiedzUsuń
  10. Bardzo sobie cenię powieść "Quo vadis", ale rzeczywiście zgadzam się z joly-fh, czy przyszłość ma tylko Ameryka? Marzy mi się, że może jakaś Indonezja by przetrwała, albo Cypr, czy Mongolia...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale przecież apokalipsy nie było, świat przetrwał. To wolne wybory spowodowały likwidację granic i wprowadzenie wspólnej waluty :) Nazwa Stany Zjednoczone Świata jest dla mnie w tym przypadku bardzo trafiona. Czemu stolicą jest Nowy Jork? Może gdyby to był np. Berlin, to dyktatorski prezydent świata źle by się kojarzył? Nie wiem, taki pomysł autora, w tym przypadku akurat nie kłuje mnie w oczy, uszy, ani nic innego :) Ale ogólnie to fakt, że wszelkie zagłady przezywają zawsze tylko Amerykanie, taki chyba element popkultury :)

      Usuń
  11. Hm, całkiem odważny pomysł! Dobrze, gdyby nakręcił udaną ekranizację... "Quo vadis" w końcu doczekało by się jakiejś! :>

    OdpowiedzUsuń
  12. Interesująco to się zapowiada, nie odmówię sobie poznania :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Powieść niezbyt mnie interesuje, wolę oryginał;) Ale trzeba docenić, że ktoś zafascynował się "Quo vadis" do tego stopnia, że stworzył alternatywną wersję;)

    OdpowiedzUsuń