wtorek, 17 grudnia 2013

Jaroslav Seifert - wiersze


Pamiętam jak na studiach, na zajęciach z edytorstwa (jedne z najfajniejszych zajęć, a i od pana doktora trudno było oderwać oczy) przygotowywaliśmy własne tomiki. Ja zdecydowałam się na poezję Jaroslava Seiferta, akurat byłam po lekturze „Zrób sobie raj” Mariusza Szczygła, więc wybór nie był trudy. Ostatnio przypomniało mi się piękno tych wierszy i postanowiłam się nimi z wami podzielić w moim skromnym kąciku poetyckim. 

Wiersz najpokorniejszy

Na górze wielkiej i ku miastu się chylącej
stojąc z rękoma rozkrzyżowanymi,
jestem jak prorok drogę wskazujący,
szlak, którym pójdą w jasne jutro biedni,
jam mędrzec, co nie szczędzi dobrych przepowiedni,
i ten, co z kwiatem nieśmiertelnym w ręce
pierwszy wystrzeli podczas rewolucji,
i ten, co pierwszy padnie, walcząc najgoręcej,
i ten, co pierwszy klęknie, by opatrzyć rannym rany,
cudotwórczy jak bóg
i potężny jak bóg,
jestem czymś więcej,
jestem czymś znacznie więcej,
a przecież jestem tylko
pokornie na łaskę tłumu zdany
poeta
Jaroslav Seifert.

Być poetą

Życie dawno mnie nauczyło,
że muzyka i poezja
są czymś najpiękniejszym na świecie,
co życie mogło nam dać.
Oprócz miłości oczywiście.

W starych wypisach,
wydanych jeszcze za c.k. Austrii,
w roku, w którym umarł Vrchlický,
wyszukiwałem rozpraw o poetyce
i ozdobnikach poetyckich.

Potem włożyłem do szklanki różyczkę,
zapaliłem świeczkę
i zacząłem pisać pierwsze swoje wiersze.

Tylko buchnij, płomieniu słów,
pal się,
choćbym miał sobie palce poparzyć!

Zaskakująca metafora to coś więcej
niż złoty pierścień na palcu.
Ale i Rymownik Puchmajera
nie zdał mi się na nic.

Daremnie zbierałem myśli
i kurczowo zaciskałem powieki,
aby usłyszeć cudowny pierwszy wiersz.
W ciemności bowiem zamiast słów
ujrzałem kobiecy uśmiech i na wietrze
rozwiane włosy.

To było moje przeznaczenie.
Przedzierałem się za nim bez tchu
przez całe życie.

Allegro con spirito

Nie dosłyszałem już ostatnich słów
i otworzyłem oczy.
Następnie znowu mocno zacisnąłem powieki,
żeby sen był nieprzerwany.
Na próżno jednak.
Anioł już nie wrócił.
Wstałem wcześnie rano
i szybkim krokiem poszedłem na Petrzin.
Wszystkie ptaki były już na nogach,
przejęte szaleństwem śpiewu,
działały pośpiesznie, zanim przyjdą ludzie.
Poranna rosa na ławeczkach
nie utraciła jeszcze dziewiczości.
Grób znalazłem bez trudu.
Poznałem go po fiołkach.
Złote krople należały do ubogich pierwiosnków.
Koniuszkami palców dotykałem trawy.
niepostrzeżenie zrobiłem trzy krzyżyki,
jak to jest u nas nakazem zwyczaju,
kiedy chcemy pozdrowić martwego
i coś mu tam przekazać.
Teraz wiem, dlaczego zakochani
lubią siadywać
na pobliskiej ławeczce.
Pewnie dlatego ptaki w tym miejscu
śpiewają z takim zapamiętaniem.
W dolinie budziła się już Praga.
Mozart ją kochał.
I teraz jak szczęśliwa Lora u stóp Máchy
Praga również leży u stóp,
głęboko pod pomnikiem Amadeusza.

Szalik z kaszmiru

Od dawna już nie rosną konwalie
w kralupskim zagajniku
jak w czasie mego chłopięctwa.
Byłem zakochany w najmłodszej siostrze
mojej matki.
Była starsza o kilka lat i przepiękna.
Wszyscy o tym wtedy rozmawiali.
Wiedziałem w tym czasie przeraźliwie mało
o kobietach,
a przecież w marzeniu,
snułem się bez przerwy wokół kobiecości.
Przechodziła obok mnie
i zawsze się tylko uśmiechała,
nigdy nie spojrzała mi w oczy,
które płonęły, bo krew cichutko wybuchała
w moich tętnicach.
Ile to razy rozwierałem ramiona,
żeby obejmować przynajmniej powietrze
przez które właśnie przechodziła
do innego pokoju
wynosząc z sobą słodki uśmiech.
Często marzyłem odważnie, żeby przynajmniej we śnie
zobaczyć ją najzupełniej nagą.
Albo przynajmniej do pasa obnażoną,
a moje wargi, jeszcze bezradne,
pragnęły ją przybliżyć w jej różowych cieniach.
A jeśli kiedyś szybko wybiegła z izby
i zostawiła na krześle swój szalik z kaszmiru
przyciskałem go do twarzy
i wchłaniałem jej zapach
pod koniec wakacji wyjeżdżałem
z powrotem do Pragi.
Podobała mi się także podczas pożegnania,
ująłem ostrożnie jej paluszki, jak kruche kwiaty orchidei.
Już od dawna nie rosną konwalie
w kralupskim zagajniku.
Już od bardzo dawna


Autobiografia


Kiedy czasem opowiadała o sobie,
moja matka mówiła:
„Moje życie było smutne i ciche,
chodziłam na palcach.
Ale kiedy wpadałam w złość
i tupałam nogą,
zaczynały cichutko podzwaniać na półkach
filiżanki po mamusi,
I musiałam się, chcąc nie chcąc, uśmiechnąć”.

W chwili, kiedy się urodziłem,
wleciał ponoć motyl przez okno
i usiadł na krawędzi matczynego łóżka,
a w tej samej chwili zawył na podwórku pies.
Matka dopatrywała się w tym
niedobrego znaku.

Moje życie wprawdzie nie było spokojne
tak jak jej.
Ale mimo iż w dzień dzisiejszy
wpatruję się nie bez smutku
jak w puste ramy
i widzę tylko zakurzone ściany
— było nad podziw piękne.

Nie mogę zapomnieć
wielu chwil,
które były jak płonące kwiaty
o wszystkich możliwych barwach i odcieniach,
podczas gdy wieczory pełne woni
przypominały błękitne winogrona
ukryte wśród liści mroku.

Namiętnie czytałem wiersze
i kochałem muzykę,
i nieustannie zdumiony
brnąłem od piękna do piękna.
Ledwie jednak ujrzałem po raz pierwszy
obraz nagiej kobiety,
zacząłem wierzyć w cuda.

Życie minęło mi szybko.
Było za krótkie
dla moich zuchwałych marzeń,
które nie miały granic.
Anim się spostrzegł
— a tu już koniec życia.

Śmierć wkrótce otworzy kopnięciem drzwi mojego domu
i wejdzie.
Przejęty grozą i lękiem
wstrzymam oddech
i zapomnę już zaczerpnąć powietrza.

Oby jednak było mi dane
jeszcze w porę ucałować ręce
tej, która cierpliwie krok w krok za mną
szła i szła, i szła
— i kochała najbardziej.


Koralowe kolczyki


Wszystko, co od nas już odchodzi
i zapada w przeszłość,
traci po drodze wiele
ze swoich właściwości.
Zło blednie, grzech zostaje zapomniany,
wino kwaśnieje,
a pocałunki, które uwięzły pod niebem,
przemieniają się w pieśń.

Kiedy pragnąłem twych uścisków,
wymyślałem wiersze.
Chodziłem z kąta w kąt po pokoju
i w pustkę okna je wypowiadałem.
Ach, te wiersze!
Nie były nazbyt mądre,
lecz były pełne natrętnych pragnień
i namiętnych słów.

Usta mi zaciskałaś dłonią,
ażebym milczał,
zawzięcie zasłaniałaś
swoje zaskoczone uszka,
a ja już czubkiem języka błądziłem
w ich różowych zagięciach
jak w labiryncie.

Sypiałem na twoim sercu
i chciwie wdychałem zapach
gorącej skóry.

Sny, które się skradają potajemnie
i w mroku dopadają śpiącego,
miały kolor twoich oczu.
Były niebieskie.
I powoli kapały mi na czoło
twoich kolczyków zamglone korale
niczym krople pieczętującego wosku.

Kiedy dziś obejmuję dłońmi
swoją starczą twarz,
pod palcami wyraźnie czuję
kształt własnej czaszki.
Nie myślałem o niej nigdy przedtem,
głowy dłońmi nie obejmowałem.
Nie było powodu.

Straszne pragnienie życia,
chociażby bez radości, chociażby bez nadziei,
stale przypina czarne skrzydła
strachu przed nieistnieniem.

Lecz kiedy umrę już naprawdę,
to nawet z niemoty ziemi
szlochem się wyrwie w stronę twoich kroków
moja miłość.


Pociecha


Cóż to, chmurzy się panienka,
bo przez cały dzień padało?
A cóż powiedzieć ma ta jednodniowa jętka?
Padało przez całe jej życie.


Matczyne lusterko

Lusterko w złotej aureoli
traciło srebrny blask powoli,
aż się na koniec stało ślepe.
Przez swego życia pół bez mała
matula przed nim się czesała.
Kiedyś w nim widać było lepiej.

Wisi przy oknie tuż, na ścianie,
patrzy na ciebie, patrzy na mnie,
czemuż by się nie uśmiechało?
Matula była wciąż wesoła,
zmarszczki jej nie żłobiły czoła,
a jeśli już, to bardzo mało.

Nad młynkiem walce wciąż nuciła,
pewnie przed laty je tańczyła
i czuła się szczęśliwa z tatkiem.
Snując z młodości swej wspomnienia
w taflę lusterka pełną lśnienia
nieraz rzucała wzrok ukradkiem.
Lecz gdy, jak w każdym dniu powszednim,
włosy z grzebienia zdjęta przed nim,
by cisnąć je na żer ogniowi -
przez chwilę trapi ją rozterka
i widzę to w głębi lusterka,
co jej przelotne zmarszczki łowi.

Potem pękł owal ramki; szybko
rysy zjawiły się pod szybką
i szara pleśń pasożytnicza.
W końcu szkło pękło, spadła rama,
lecz i w tym szczątku czesze mama
kosmyki z obu stron oblicza.

Czas leci. Mama do lusterka,
już siwa, coraz rzadziej zerka,
do samotności swej przywyka.
Gdy do mieszkania kto zastuka,
już jej nie wadzi klot fartucha,
w czarnym fartuchu drzwi odmyka.

Otwieram drzwi. Dziś wchodzę z lękiem,
nie wiem, czy ktoś mi poda rękę,
czy ktoś uściska mnie za progiem.
Wiem, że lusterko tu i dzisiaj
na ścianie tuż przy oknie wisi,
lecz dojrzeć go przez łzy nie mogę.

Piosenka o dzieciństwie

Chciałbym znów, chłopcy, sypać ziemię -
Budować groblę, być wśród was;
Zegara przed oczyma nie mieć,
Nie słyszeć, jak upływa czas.
Nie marznąć brodząc zimną strugą,
Zastawiać razem z wami sieć,
I życie, drogę piękną, długą
Ciągle przed sobą jeszcze mieć.

***

W wielkosobotnie południe
zachowywaliśmy dwie minuty ciszy.
A był to czas gdy z wilgotnych gałęzi
chlustały kolory
i kobiety chciały
być jeszcze piękniejsze niż poprzedniego dnia
i roznosiły zuchwale swoje wdzięki
dokąd się tylko dało.
Zaledwie dwie minuty,
lecz należące do umarłych.
Dokąd to się właściwie wtedy śpieszyłem,
że wydawały mi się takie długie?
Ach tak! Już wiem!
Kiedy umarli wspominają żywych,
trwa to całą wieczność.


***

Noc, właścicielka ciemności,
pośpiesznie wylewa z nieba zorze,
krwawą wodę,
w której sztyletem pięknej blondynki
został przebity Marat,
i zaczyna oddzierać od ludzi
ich własne cienie
jak krawiec oddzierający rękawy
podczas przymiarki żakietu.
Wszystko już było na tym świecie,
nie ma nic nowego,
lecz biada kochankom,
którzy nie potrafią w każdym pocałunku
odkryć nowego kwiatu.



***

Nie wiem, jak zacząć;
                        ślady stóp na śniegu
straciły ostrość, a i zmierzch już nadszedł.
A ja wciąż jeszcze tutaj czekam.
                        Na kogo? I po co?
Później trochę padało i nastała wiosna,
upłynął rok, a potem drugi, trzeci,
i to już było całe życie.
                        A ten, kto tutaj przechodzi,
to zupełnie ktoś inny, to już nie jestem ja.

Kiedyś ujrzałem swoje nazwisko
wraz z datą śmierci na czarnej chorągwi
srebrem wyszyte.
                        Świeca płonęła wesoło
i huczały organy:
być może organista oszalał.

Lecz tamten zmarły musiał być kim innym,
                        skoro ja jestem tutaj.
Oto i dedykacja.
Na czarnej fladze dla zmarłego.


Pieśń z interludium

Gdyby ktoś ranie zapytał,
co to jest poezja,
przez kilka sekund byłbym zakłopotany.
A tak dobrze to wiem!

Czytywałem od nowa umarłych poetów
i od czasu do czasu
ich wiersze oświetlały mi drogę
jak płomień w ciemności.

Życie nie stąpa jednak na paluszkach,
niekiedy szarpie nas
i tupie.

Często miłości szukałem po omacku
jak ktoś, kto stracił wzrok
i wśród gałęzi drzew jabłoniowych
myszkuje dłonią pragnąc wyczuć
okrągłość owoców.

I znam wiersze
silne jak zaklęcie piekła,
co nawet bramy raju wyłamuje z zawiasów.

Szeptałem je zaskoczonym oczom.
Słabe ramiona, w lęku zaciśnięte,
jakżeby mogły, poruszone ich mocą,
nie otworzyć objęć miłości!

Gdyby jednakże ktoś zapytał moją żonę,
co to jest miłość,
zaczęłaby pewnie płakać.

* * *
 
Tylko raz widziałem
słońce tak krwawe.
 A potem już nigdy.
Złowieszczo toczyło się ku horyzontowi
i wydawało się,
że ktoś kopnięciem otworzy wrota piekieł.
Spytałem w obserwatorium astronomicznym
i wiem już dlaczego.

Piekło znamy, jest wszędzie
i chodzi na dwóch nogach.
 Lecz raj?
Być może raj to nic innego,
jak uśmiech,
 na który czekaliśmy od dawna,
i usta,
 które szepną nasze imię.

A potem ta krótka zawrotna chwila,
kiedy wolno nam zapomnieć
o tym piekle.

8 komentarzy:

  1. Nie znam tego poety ani jego twórczości, lecz niektóre wiersze są piękne. Szczególnie ten ostatni zrobił na mnie duże wrażenie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Świetne. Seiferta ledwie kojarzę, że w ogóle był ktoś taki, ale wiersze z przyjemnością przeczytałam.
    Są mądre i przejrzyste. To bardzo lubię.
    Dużo pięknych myśli jak ta: ,,biada kochankom, którzy nie potrafią w każdym pocałunku odkryć nowego kwiatu"

    OdpowiedzUsuń
  3. Na wierszach to się bardzo nie znam, ale te mi się podobają :)

    OdpowiedzUsuń
  4. ładne wiersze - rzadko czytam poezje, ale już jak czytam to troszeczkę inną :) ostatni jest bardzo interesujący

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo trafne spostrzeżenia zauważam w tych nieznanych mi wierszach, gdzieś na pograniczu klasyki wiersza a formy nowatorskiej, tudzież współczesnej. Miłe dla oka i szczytne dla duszy. Dzięki za przybliżenie tej pięknej twórczości.

    OdpowiedzUsuń
  6. Autora nie znam, ale wiersze piękne!

    OdpowiedzUsuń
  7. Bardzo, bardzo piękne. :) Będę często zaglądał.

    Zapraszam do mnie: http://keeganab.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń