środa, 25 września 2013

Jestem Tyrmand, syn Leopolda - Matthew Tyrmand, Kamila Sypniewska


tytuł: Jestem Tyrmand, syn Leopolda
autor: Matthew Tyrmand, Kamila Sypniewska
wydawnictwo: Znak
rok wydania: 2013
ilość stron: 208

moja ocena: 3/10

Zdenerwowałam się. I to na poważnie, tak bardzo, że długo nie mogłam zasnąć. W ten stan wątpliwej przyjemności wprowadził mnie Matthew Tyrmand, syn Leopolda.
W Leopoldzie Tyrmandzie, a raczej jego twórczości, zakochałam się stosunkowo niedawno. Do tego doszło uwielbienie samego pisarza spowodowane lekturą genialnej książki Agaty Tuszyńskiej „Tyrmandowie. Romans amerykański” (recenzja tutaj). Dlatego też z mieszaniną ciekawości i niepokoju przyjęłam informację o mającej się ukazać publikacji „Jestem Tyrmand, syn Leopolda”. Szybko kupiłam swój egzemplarz, szybko zaczęłam czytać i szybko zaczął się mój problem z bezsennością. Z okładki patrzy na mnie uroczy chłopczyk i jego tata, co sugerowałoby, że Matthew pokusił się o spisanie swoich wspomnień o ojcu. Ale cóż może pamiętać człowiek, który został półsierotą w wieku czterech lat? Istotnie niewiele. Tyrmand junior nawet nie próbuje mydlić czytelnikowi oczu i szczerze przyznaje: „Słabo znałem człowieka”. Więc o czym jest ta książka? No właśnie nie wiem...

Matthew opowiada o swoim dzieciństwie od momentu śmierci ojca, wspomina swoją rodzinę ze strony matki (o rodzinie ojca opowiada pod koniec książki), przytacza historyjki ze szkoły i studiów. Bez ogródek przyznaje się, że od najmłodszych lat miał parcie na duże pieniądze, co zaprowadziło go do pracy na Wall Street.
„W końcu znajdę swój sposób, by zbić fortunę. Dobrze się uczyłem w szkole, nieźle sobie radziłem na uniwersytecie, potem na Wall Street. Zebrałem sporo doświadczenia dotyczącego zarabiania pieniędzy. Może ta książka, kupi ją pięć milionów Polaków w kraju i milion Polonii.... Może chwycą jakieś kubki, czapki z logo Tyrmand... może tyrmandówka...
A poważnie – z tą książką chodzi o to, by się zbliżyć do Polski, do taty.”
Mnie to wcale nie brzmi zabawnie (większość ludzi żartując mówi to, co naprawdę myśli).

„Po nim z pewnością odziedziczyłem zamiłowanie do przyciągania uwagi”. I ogromne ego też, bo wszystko o czym pisze Matthew sprowadza się do jego własnej osoby, a szczerze mówiąc nie jest jakąś szczególnie interesującą postacią. Po lekturze książki nie udało mi się rozwiać dręczących mnie wątpliwości, a nawet doszły do nich nowe.
„Przez ojca tęskniłem za Polską...” No to czemuś do niej przyjechał dopiero w 2010 r. mając trzydziestkę na karku?
„Gdy ktoś pyta, kim jestem, odpowiadam: - Polakiem.” Serio? Tak bez znajomości języka, kultury, historii? Dalej trochę się poprawia: „Ja mówię o sobie: Amerykanin polskiego pochodzenia.”

Od strony 178 zaczyna się robić troszeczkę lepiej, bo wreszcie jest coś o Leopoldzie. Również wspomnienia autora z wizyt w Polsce są fajne i ciekawie opisane. Z Warszawy, Krakowa, Oświęcimia, Wadowic... W zasadzie to jedyny pozytywny aspekt publikacji.

Może podeszłam do lektury zbyt poważnie i bez odrobiny dystansu, a teraz czepiam się za bardzo. Może zupełnie nie zrozumiałam o co chodziło autorowi. Może zabrakło mi empatii. Może. Ale jedno jest pewne, książka zdecydowanie mi się nie podobała. Co więcej uważam, ze jest zupełnie zbędna, bo nie wnosi niczego nowego i wartościowego. Nie chcę przy tym umniejszać historii Matthew Tyrmanda, ale wszystko o czym pisze to jego prywatna sprawa. I sprawą prywatną powinno pozostać. Dodatkowo całość została zbrukana akcentami politycznymi i zaserwowana w nudny sposób.

Życzę Matthew Tyrmandowi wszystkiego najlepszego. Niech odnajdzie to, czego szuka, poukłada sobie wszystko i będzie szczęśliwy. Ale niech nie pisze o tym książek! Niestety talentu literackiego nie odziedziczył po tacie (no chyba, że nie sprawdziła się pani, która to wszystko spisała). Zwyczajnie szkoda drzew i moich nerwów.

16 komentarzy:

  1. Patrząc na tytuł i okładkę myślałam, że ta książka jest warta przeczytania... A teraz mnie w ogóle do niej nie ciągnie. Gdyby tęsknił za Polską to wróciłby tutaj dawno, dawno temu, bądź na stałe... uczyłby się polskiego... Po lekturze Twojej recenzji zrodziła się myśl w mojej głowie: napisał tą książkę, aby w Polsce zarobić pieniądze przez mydlenie oczu...

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. dlaczego się denerwujesz?pewnie dlatego,że poczułaś się rozczarowana,liczyłaś na spotkanie z leopoldem tyrmandem a spotkałaś TYLKO jego syna,ale zauważ,na okładce książki jest napisane,syn leopolda a nie ojciec matthew i książka jest o synu,a nazwisko tyrmand?to wspaniały chwyt marketingowy,przecież nawet ty dałaś się nabrać,facet pisze,że na wall street nabrał sporo doświadczenia dotyczącego zarabiania pieniędzy i chyba nie kłamie,"...nauczyłem się od nie go jak przyciągać uwagę..."-tu też chyba nie mija się z prawdą,zauważ,że gdyby tytuł brzmiał"matthew tyrmand"to pewnie byś jej nie kupiła,zdjęcie też jest dobre,po co to napisał?a dlaczego nie?popatrz na te wypociny w księgarniach,reasumując, żeby nie rozczarować tak zupełnie czytelników,to na osłodę coś tam jednak o tym swoim ojcu napisał

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Próbowałem przeczytać to ogromne zdanie jednym tchem - nie dało się. Przydałoby się nauczyć wstawiać kropki :P

      Usuń
  3. Kiedy zobaczyłam tę książkę w zapowiedziach, od razu chciałam ją przeczytać, ale potem trafiłam na fragment, w którym Matthew opowiada właśnie o tym, że słabo znał Tyrmanda i też pomyślałam: "To o czym tak właściwie jest ta książka??". To jasne, że tytuł miał być chwytem na fanów twórczości Leopolda, ale trochę to słabe, że nawet w literaturze trzeba w jakimś tam stopniu oszukiwać odbiorcę.

    OdpowiedzUsuń
  4. Hahaha. Śmiać mi się chce. Dzisiaj w TeleExpresie polecali tę książkę. Ba. Sam autor polecał! A tutaj tak kiepsko wypadła... Cóż. Nie sięgnę :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Dziękuję za szczerą recenzje.
    Niestety brak empatii to poważny zarzut, dlatego wolę jednak nie sięgać po powyższą książkę.

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie sięgnęłabym po tą książkę sama z siebie, a Twoja opinia tylko potwierdziła moją decyzję.

    OdpowiedzUsuń
  7. Od pierwszych chwil, kiedy dowiedziałam się, że Matthew napisał tę książkę podejrzewałam, że może to być zwykły, bezczelny chwyt marketingowy. Nie podoba mi się to wcale! Czyżby pozazdrościł mamie? Tylko, że ona miała w tym przypadku bardzo wiele do powiedzenia. Matthew niekoniecznie;(
    Dziękuję za tę recenzję:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie liczyłam na coś w stylu opowieści Marry Ellen. A tu niestety takie rozczarowanie :(

      Usuń
  8. Ja znam tylko jedną książkę Tyrmanda, wiec nie mogę stwierdzić czy lubię jego twórczość czy nie, ale wiem, że czytanie o kimś, kto jest znany tylko z powodu sławnego ojca, jakoś mnie nie kręci, więc sobie daruję ;-) Sam tytuł jakoś mnie zniechęca...

    OdpowiedzUsuń
  9. Witam serdecznie
    Chciałabym przedstawić dwa konkursiki, może akurat nagrody przypadną komuś do gustu i zechce wziąć w nich udział...
    Jeden z nich to mega konkurs książkowy gdzie zwycięzców będzie aż 19, a nagrodami są przeróżne książki, zarówno literatura kobieca, fantasy, poradniki... Do koloru do wyboru :)
    W drugim konkursie natomiast do wygrania jest zestaw czterech kubeczków, ale nie byle jakich... Są to kubki muminkowe z cytatami...Z pewnością znajdzie się wielu fanów tej bajeczki wiec tym bardziej polecam :)
    Nie chciałabym nadużywać gościnności i linków nie zostawię, ale jeżeli ktoś byłby zainteresowany to zapraszam na mój profil, a tam znajdziecie Babylandię oraz Książeczki synka i córeczki, a w nich po boku są banerki i tak traficie na dany konkursik :)
    Z góry chciałabym ogromnie przeprosić za spam, wiem że pewnie wiele z Was ma już dość takich autopromocji, ale mimo wszystko spróbuję szczęścia i mam nadzieję, że znajdą się chętni na takie fajne nagrody :)
    Pozdrawiam cieplutko
    Marta

    OdpowiedzUsuń
  10. Ta książka nie jest w moim typie, generalnie małe jest prawdopodobieństwo, że wzięłabym się za jej czytanie, biorąc pod uwagę fakt, że tyle jest innych książek, które chcę przeczytać. Także nie przejęłam się tym, że jest kiepska :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Nie przepadam za takimi książkami, dlatego nie byłam nią wcześniej zainteresowana. Po przeczytaniu Twojej recenzji stwierdziłam, że nic nie straciłam ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Masz rację - jeżeli chce już pisać niech nie stosuje przy tym karyodnego chwytu marketingowego - a to właśnie zrobił, gdy na okładkę wstawił imię ojca... nic dziwnego, że siPozdrawiam serdecznie;)ę zawiodłaś.
    ostrzeżona, na pewno nie przeczytam;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Coś tak czułam, że to pozycja nie dla mnie i widzę, że się nie pomyliłam.

    OdpowiedzUsuń