sobota, 27 lipca 2013

Paraiso Travel - Jorge Franco


tytuł: Paraiso Travel
tytuł oryg.: Paraiso Travel
autor: Jorge Franco
wydawnictwo: Czarne
rok wydania: 2006
ilość stron: 238

moja ocena: 7/10

Kolumbijskiego pisarza Jorge Franco poznałam przy okazji jego debiutanckiej powieści „Rosario Tijeras". Była to miłość od pierwszego zdania. Jego kolejne dzieło miałam okazję przeczytać w ramach comiesięcznych spotkań DKK w mojej miejscowości. Choć „Paraiso Travel” można uznać za bardzo dobrą książkę, to jednak pozostaje daleko w tyle za „RosarioTijeras".  

Akcja powieści rozpoczyna się w małym kolumbijskim miasteczku, gdzie przemoc, bieda i wojny gangów są chlebem powszednim. Marlon jest spokojnym i dobrym chłopakiem. Z kolei jego ukochana Reina to wulkan energii. Dziewczyna jest piękna, szalona, a przede wszystkim opętana marzeniami o emigracji. Oczywiście to Stany Zjednoczone mają być rajem na ziemi. Młodzi składają wniosek o wizę, który zostaje odrzucony. Ale jest jeszcze nadzieja, którą w Reinie roznieca pani z biura. Otóż istnieje możliwość nielegalnego przerzutu przez granicę wszystkich, którym odmówiono wiz, ale trzeba pokryć ogromne koszty podróży. Dziewczyna bez wyrzutów sumienia okrada najbliższych i wraz z Marlonem udaje się w niebezpieczną podróż. Po dotarciu na miejsce para kłóci się i Marlon opuszcza wynajęty pokoik, żeby zapalić papierosa i ochłonąć. Zaczepiony przez policjanta biegnie przed siebie i po jakimś czasie orientuje się, ze nie wie gdzie jest, a co najgorsze, nie wie jak wrócić do mieszkania i do Reiny. Bez dachu nad głową, bez jakichkolwiek dokumentów,  bez znajomości języka zostaje skazany na łaskę i niełaskę zupełnie obcych ludzi…

W swojej prozie Franco w doskonały sposób ukazuje destrukcyjną siłę miłości. Reina jest egoistką, która w bezwzględny sposób wykorzystuje wszystkich wokoło, a już najbardziej pastwi się nad ślepo zakochanym Marlonem. Chłopak zrobi wszystko co tylko ukochana mu rozkaże. Wcale nie chce wyjeżdżać, nie wierzy w magię Nowego Jorku, jest mu zwyczajnie dobrze wśród przyjaciół i rodziny. Ale to pierwsze, naiwne i obezwładniające uczucie jest silniejsze. Reina straszy go samobójstwem, kusi własnym ciałem, obiecuje, że jak tylko przekroczą granicę to odda mu i ciało i duszę. Owładnięty miłością i pożądaniem chłopak ucieka z domu i razem z ukocha nielegalnie przekraczają granicę. Wszystko zmienia się, gdy strach każe mu uciekać przed policjantem. Zagubiony w ogromnym mieście, bez pieniędzy i legalnych dokumentów, skazany jest na śmierć. Ale pomocną dłoń wyciągają do niego inni emigranci, którzy dają mu szansę na normalne życie. Ale duch Reiny nadal go prześladuje, dręczy, nie daje o sobie zapomnieć.

Jak skończy się ta historia? Czy Marlón wykorzysta otrzymaną szansę i odbije się od dna? Co stało się z Reiną? Czy ziścił się jej american dream? Przekonajcie się sami! Warto! I niech ta opowieść będzie ostrzeżeniem dla wszystkich, którym wydaje się, że tylko w innym miejscu i czasie można odnaleźć szczęście. Wypada powtórzyć za Dorotą Terakowską „Nie ma lepszych miejsc. Są tylko lepsi ludzie”. Polecam!

PS
Na podstawie powieści powstał film o takim samym tytule. Co prawda nie jest tak dobry jak książka, ale i tak wart obejrzenia. Polecam.

7 komentarzy:

  1. Rozumiem milosc od pierwszego zdania jesli chodzi o "Rosario", sama na podstawie tylko tego zdania stwierdzilam, ze musze przeczytac.

    Ta pozycja rowniez wydaje sie interesujaca, ale moim priorytetem zostanie Rosario...

    OdpowiedzUsuń
  2. Interesująca tematyka, bo ktoś nie szuka szczęścia daleko, a może przecież jest tuż tuż :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Muszę przyznać, że mnie zaciekawiłaś swoją recenzją, ale na razie mam za dużo czytelniczych zaległości, więc chyba jednak pokuszę się na filmową wersję tej historii.

    OdpowiedzUsuń
  4. To musi być ciekawa książka :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Lubię literaturę południowoamerykańską, więc czemu by kiedyś tego nie przeczytać? Poza tym Twoja recenzja brzmi ciekawie ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. ooo to ja może na film się skuszę :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Hmm, brzmi interesująco. Oby historia nie okazała się nazbyt przygnębiająca, jak to się dzieje w przypadku tych o polskich emigrantach (nie wszystkich, oczywiście, ostatnio czytałam Głowackiego i stąd te słowa). ;) Wolałabym też, by Reina nie była jednoznacznie nieprzyjemną osobą, jaka wyłania się z twojego wpisu.

    OdpowiedzUsuń