niedziela, 30 czerwca 2013

Sting i koncert finałowy Life Festival Oświęcim!


Czwarta edycja Life Festival Oświęcim przeszła już do historii. Ostatniego dnia imprezy nawet kapryśna pogoda dopisało i obyło się bez deszczu. Trochę przypadkiem na koncert finałowy udało mi się wybrać z całą rodziną. Co prawda miałam dwa bilety dla siebie i dla mamy, ale na ostatnią chwilę udało mi się wygrać darmową wejściówkę, a jeden bilet podarowała mi koleżanka, tak więc tata i siostra również towarzyszyli nam w zabawie. 

Zaskoczyło mnie, że na imprezie było tak mało dzieci. Cóż, bilety tanie nie były, więc pewnie rodzice postanowili trochę zaoszczędzić na swoich pociechach. Weszliśmy na teren festiwalu chwilę przed występem Moniki Brodki. Co prawda nie przepadam za jej twórczością, ale trzy piosenki znałam więc nawet udało mi się trochę pobujać i pośpiewać. Brodkę cenię głównie za to, że promuje się poprzez muzykę, a nie wulgarnie  wyodsłaniane ciało i głupkowate wypowiedzi w mediach. Po jej występie na scenie pojawił się Darek Maciborek, który wygłosił krótkie przemówienie… niemal takie samo jak przed spektaklem „Zamach na Mozarta”, co trochę mnie rozbawiło, a trochę zdegustowało.


 Chwile później wystąpił Ray Wilson & Stiltskin. Jego twórczości nie znam zupełnie, ale ciepły, chropowaty głos brzmiał niezwykle przyjemnie. Dodatkowo pan Ray wygląda rewelacyjnie. Sama nie wiem czy lepiej się go słuchało, czy oglądało :-)

Oczywiście gwiazdą całego festiwalu był Sting. Koncert finałowy rozpoczął się z półgodzinną obsuwą. Jeszcze w czasie występu Ray’a Wilson’a przeniosłam się do Red Zone, która znajdowała się zaraz przed sceną. Na co dzień nie odczuwam, żeby moje sto sześćdziesiąt kilka centymetrów wzrostu to było mało, ale dziwnym trafem na koncertach zawsze wszyscy są wyżsi ode mnie! Na szczęście udało mi się zająć fajne miejsce w piątym rzędzie, skąd miałam dobry widok na scenę. I to wszystko dzięki mojej kochanej Ani, która podarowała mi ten ostatni, najcenniejszy bilet! Nie wiem w jaki sposób jej się odwdzięczę! Wracając do muzyki, to myślę, że wszyscy zgromadzeni na stadionie byli usatysfakcjonowani z występu pana Stinga. Trzeba przyznać, że  pomimo sześćdziesiątki na karku jest niezwykle żywotny i energiczny. W takcie koncertu nie zabrakło takich kawałków jak „Englishman In New York” (pięknie odśpiewany przez publikę), „Fields Of Gold”, „Heavy Cloud No Rain” (jedno z najlepszych wykonań w czasie całego koncertu), „Message In A Bottle”. „Roxanne” (tak genialnego wykonania dawno nie słyszałam!!!), „Every Breath You Take” (tak Iasdorko, pomyślałam wtedy o Tobie), „Desert Rose” (ulubiona piosenka mojej mamy) i na samym końcu długo wyczekiwane „Fragile”. Wszystko pięknie, ładnie, bawiłam się świetnie, skakałam, tańczyłam, śpiewałam, ale… w setliście zabrakło mojego ukochanego „Shape Of My Heart”!!! I co z tego, że wymienione wcześniej kawałki były, skoro nie było tego jednego, jedynego o którym marzyłam? No cóż, może następnym razem… Panu Gordonowi towarzyszył cały zespół znakomitych muzyków, ale największe wrażenie zrobił na mnie grający na klawiszach David Sancious, który wyglądał jakby grał od niechcenia, bo nie miał akurat nic lepszego do roboty w domu! No nie mogłam od niego oczu oderwać. Tak wygląda ucieleśnienie muzyki! Ogromne wrażeni zrobił na mnie również młody skrzypek Peter Tickell, którego solówki sprawiały, że publice zapierało dech! Podsumowując muszę przyznać, że pomimo braku „Shape Of My Heart” był to bardzo dobry koncert na wysokim poziomie, którego z pewnością nigdy nie zapomnę.

Pan Maciborek powinien pomyśleć nad przeniesieniem festiwalu w inne miejsce, bo stadion MOSiR jest zdecydowani za mały, a popularność imprezy rośnie z roku na rok. Pod względem organizacyjnym nie odbyło się bez kilku wpadek. Przede wszystkim powinien obowiązywać zakaz wynoszenia jedzenia i picia ze strefy gastronomicznej. Rozumiem, że na stadionie jest za ciasno żeby utworzyć strefę gastro z prawdziwego zdarzenia, ale trzeba było chociaż pomyśleć o koszach na śmieci. Sama musiałam przewędrować przez pół stadionu, żeby odnaleźć kontener i do niego wyrzucić odpadki. Publika jakoś nie przejmowała się ekologią i rzucała papierki, butelki i plastikowe kufle po piwie pod nogi. Tym samym wychodząc z imprezy trzeba było brodzić w śmieciach. A wystarczyło gdzieniegdzie poustawiać kartonowe pudła i nie byłoby problemu, albo żeby chociaż wolontariusze przeszli przez stadion raz na godzinę z workami i zbierali odpadki nagromadzone przez ludzi. Może jestem przewrażliwiona, ale cały ten syf leżący na murawie zepsuł mi trochę ogólne wrażenia estetyczne związane z całym festiwalem.

Z kolei na pochwałę zasługuje firma ochroniarska obsługująca imprezę. Ochroniarze byli mili, kulturalni i nienachlani, dzięki temu obyło się bez nieprzyjemnych scysji, a niestety z doświadczenia wiem, że ochrona skutecznie potrafi zniszczyć nawet najlepszy klimat koncertu. W moim odczuciu firma obsługująca Life’a zasługuje na największe uznanie. Cieszę się, że to akurat oni czuwali nad bezpieczeństwem uczestników imprezy i mam nadzieję, że spotkamy się za rok. 


Tegorocznego Life’a będę wspominać bardzo miło (fotorelacje można zobaczyć na stronie http://lifefestival.pl,  z której pożyczyłam kilka powyższych zdjęć). Na pamiątkę zostanie mi bilet i czerwona opaska na rękę, której mój instynkt gromadziciela nie pozwoli mi wyrzucić. A teraz idę sobie posłuchać „Shape Of My Heart”, a wam życzę przyjemnego wieczoru :-)

12 komentarzy:

  1. Uuu skąd jesteś, jeśli można wiedzieć? Bo widzę, że w moje rejony zawitałaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie tyle zawitałam co mieszkam w okolicy Oświęcima :D jestem z Polanki Wielkiej, a Ty? :)

      Usuń
    2. O widzisz, a ja Zator :D Czyli obie jesteśmy z Doliny Karpia :D

      Usuń
    3. Ooooo to możliwe, że mamy wspólnych znajomych :) moja przyjaciółka mieszka w Zatorze i często u niej bywam :) musimy kiedyś zorganizować spotkanie molików książkowych z Doliny Karpia :)

      Usuń
  2. Zazdroszczę obecności na tym koncercie! Musiało być na nim naprawdę cudownie. Ten klimat i w ogóle...
    No i oczywiście Sting. Chciałabym kiedyś wybrać się na jego koncert. Może kiedyś mi się jeszcze to uda. :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ja za koncertami tego typu nie przepadam, aczkolwiek cieszę się, że Ci się podobało ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Zazdroszczę Ci, że mogłaś być na tych koncertach ;)

    Nie wiedziałam, że mieszkasz tak blisko mnie ;)

    Pozdrawiam,
    Klaudyna

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale Ci zazdroszczę! Niezapomniane przeżycie!

    OdpowiedzUsuń
  6. Och, och, dziękuję, kochana! Aż mi się cieplej na duszy zrobiło :-)
    Wspaniałe przeżycia! Oby jak najwięcej takich fantastycznych wydarzeń w naszym życiu, jak ostatnie koncerty!
    Pozdrawiam serdecznie :-)

    OdpowiedzUsuń
  7. "Shape of my heart" to jedna z moich ukochanych piosenek. Zresztą ogólnie bardzo lubię Stinga i przynaję się bez bicia, że zazdroszczę możliwości posłuchania go na żywo :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Wspaniała fotorelacja. Bardzo się cieszę, że miałaś udany koncert. Ja teraz już nie chodzę na tego typu imprezy, bo ciężko się dopchać do sceny i wszędzie panuje jeden wielki tłok i sobie odpuściłam. Wolę obejrzeć w telewizji.

    OdpowiedzUsuń
  9. Ale fajnie. Też bym się wybrała na taki festiwal, w szczególności, gdy tak wielka gwiazda jak Sting występuje. Zazdroszczę :)

    OdpowiedzUsuń