czwartek, 18 października 2012

O książkach w Barcelonie słów kilka...



W drugim tygodniu października miałam przyjemność przebywać przez tydzień w Barcelonie. Miasto jest kolorowe (główna to zasługa Gaudiego), hałaśliwe i wesołe. I bardzo słoneczne. Kiedy w Polsce były już przymrozki w Barcelonie temperatura osiągała 32 stopnie Celsjusza. Nie chce zanudzać was szczegółami z oglądanych zabytków i parków. Opowiem wam o książkach.

Książki w Hiszpanii są tak drogie, że aż przecierałam oczy ze zdumienia! Średnia cena za jeden egzemplarz wynosi około 20 euro! Wiadomo, inna rzeczywistość, inne pensje, inna wartość pieniądza. Ale mimo wszystko kwota jest kosmiczna! Oczywiście z każdej witryny zerkało na mnie „50 twarzy Greya”. Ach ten marketing. Większość eksponowanych książek jest nam, polskim czytelnikom, dobrze znana. Przewijają się te same nazwiska co u nas i nie ma w tym nic dziwnego. Czasami tylko występują w ładniejszych wersjach graficznych. Najważniejszym oczywiście było znalezienie polskiego akcentu, co wśród tysięcy książek wcale nie było łatwe... Aż w końcu wpadł mi w ręce tomik prozy Wisławy Szymborskiej znany u nad pod tytułem „Lektury nadobowiązkowe” i „Boży bojownicy” pióra Andrzeja Sapkowskiego.



Jakiś czas temu na hiszpańskim rynku wydawniczym ukazał się „Gottland” Mariusza Szczygła. Miałam takie marzenie, aby przywieźć książkę do domu. Po co? Sama nie wiem. Chciałam i już. Niestety nie znalazłam jej w żadnej księgarni. Mogłam podziwiać tylko jej reklamy w barcelońskim metrze. W końcu dostałam informację, że można nabyć „Gottland” w księgarni na najbardziej ekskluzywnej ulicy w Barcelonie, ale niestety był to już mój ostatni dzień pobytu w tym dziwnym mieście. Mina pani sprzedawczyni, rodowitej hiszpanki, na moje pytanie o tą książkę - bezcenna! Nie do końca wiedziała po co mi tomik po hiszpańsku, skoro mówię po angielsku. Jeszcze imię autora była w stanie powtórzyć, ale przy nazwisku podsunęła mi tylko karteczkę, abym zapisała. Jednak jest coś fajnego w tym naszym języku, który wprawia w zakłopotanie obcokrajowców. Przeczytałam ostatnio w książce "Tyrmandowie" zwierzenia Mary Ellen o tym jak podczas nauki polskiego przedziera się "przez ten szeleszczący pejzaż niepokornej polszczyzny". I też od razu przypomniała mi się mina hiszpańskiej kasjerki. Nadal serce mi pęka, że wróciłam do domu, bez tej publikacji. Musiałam pocieszyć się trzema zakładkami do książek.




Zupełnie przypadkiem znalazłam, ukryty gdzieś w dzielnicy gotyckiej, przepiękny i ogromny antykwariat. Książki piętrzyły się od podłogi pod sufit. Tam ceny były już bardziej przystępne – ok. 5 euro za sztukę. Publikacje ze wszystkich dziedzin i w we wszystkich językach pookładane były mniej lub bardziej przypadkowo. Nad ogólnym chaosem panował sympatyczny pan antykwariusz, który nie miał nic przeciwko robieniu zdjęć. 
 








Prowizoryczny kiosk z czasopismami i drobnymi pamiątkami miał jakże uroczego strażnika.




P.S.

Miasto zwiedziłam z przewodnikiem wydanym przez National Geographic. Na wstępie przytoczona została ogólna historia Barcelony. Dalej miasto podzielone zostało na dzielnice i każdy rozdział stanowi opis miejsc wartych uwagi, muzeów i prawdziwych perełek, które koniecznie trzeba zobaczyć. Małe mapki pomagają odnaleźć się wśród gąszczu ulic.


Polecam i przewodnik, i miasto!

13 komentarzy:

  1. Zakładki są świetne i sówka ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale ci zazdroszczę, że byłaś w tak ciepłym miejscu, kiedy u nas zimno i pada. Co do książek, to rzeczywiście ceny kosmiczne.

    OdpowiedzUsuń
  3. W przyszłym roku planuję wypad do Barcelony, także mam nadzieję sprawdzić to, co napisałaś :P

    Zakładki super:) Mam tę z pocałunkiem Klimta, tyle, że kupiłam ją w Wiedniu przy Muzeum, w którym obraz się znajduje.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mogę polecić tani nocleg u Polaków :)

      Usuń
  4. Barcelona - słucham o niej codziennie :) Moja najlepsza przyjaciółka (z którą, tak się składa, mieszkam) jest wielką fanką tego miasta. I wiesz co? Ten przewodnik wygląda bardzo znajomo :)

    OdpowiedzUsuń
  5. W Barcy byłam- super miasto! ;D A 20 euro to taniocha! Nie można przeliczać, bo inaczej to nawet powietrze byłoby drogie ;D U nas to ze świecą szukać książki za 20zł :(
    A pamiątki i zdjęcia świetne, widać że wyjazd bardzo udany :D

    OdpowiedzUsuń
  6. We Francji, gdzie aktualnie mieszkam, ceny książek mnie po prostu dobijają. Nie licząc wydań kieszonkowych, które można dostać już za około 6-8 euro, wszystkie nowości kosztują dwa albo trzy razy tyle.
    W Barcelonie miałam okazję być jak dotąd 2 razy - pamiętam nieznośne, wakacyjne upały, tłumy turystów, ale też piękny park Gaudiego.
    Aż robi się ciepło na sercu, jak widzę to wydanie Szymborskiej... :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Wspaniale patrzeć na te zagraniczne wydania tworów naszych rodaków - aż serce rośnie;) Wprawdzie październikowego tygodnia w Polsce nie zamieniłabym na żaden kraj czy miasto, jak on to tylko u mnie na wsi;) Za to listopad i Barcelona to był by traf;) Cieszę się, że udało Ci się wyszukać takie perełki;)

    OdpowiedzUsuń
  8. Fajnie zobaczyć książki polskich autorów w obcych tytułach, szczególnie w języku hiszpańskim, który uwielbiam :). Barcelony zazdroszczę. Mam nadzieję, że i mnie uda się tam w końcu wybrać :)

    OdpowiedzUsuń
  9. Dzisiaj wlasnie pisalismy na blogu o czytaniu ksiazek w obcych jezykach. W sumie jakis czas temu bylem w Wiedniu i takze byly fajne tytuly w ksiegarniach. Jednakze niestety niczego nie kupilem, bo jezyk niemiecki jest mi prawie calkowiecie obcy ;)

    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
  10. Czytałam już jedną książkę pana Szczygła, więc i na tę, o której wspominasz, mam sporą ochotę - zwłaszcza że to moja ukochana seria Reportaż :D

    OdpowiedzUsuń
  11. Bardzo fajny pomysł na taką relację z podróży po księgarniach ;) a co do naszego języka, to się zgadzam, zawsze można mieć satysfakcję, że umiemy mówić w tak trudnym języku ;)

    OdpowiedzUsuń